–
Usiądź, proszę – poleciła, gestem dłoni zachęcając mnie do zajęcia miejsca na
metalowym krześle obitym miękkim, szmaragdowym pluszem.
Posłusznie
wypełniłam jej prośbę. Zaplotłam palce, bacznie śledząc każdy jej ruch.
Notowała coś w swoim kajecie, od czasu do czasu przekładając zapisane kartki
papieru z jednej kupki na drugą. Prawie na mnie nie patrzyła. Czekała z tym, aż
zacznę coś mówić.
Pierwszy
raz odwiedziłam gabinet Hannah Goldhirsch pół roku temu. Miała dobre opinie.
Była typowym fachowcem, w całości pochłoniętym swoją pasją, z której czerpał
profity. Poza tym Greg mi ją polecił. Podobno pomogła mu w trudnych chwilach.
–
Wróciłam – powiadomiłam, chcąc w ten sposób zwrócić na siebie jej uwagę.
Poskutkowało.
Kobieta odłożyła na blat stalowe pióro, zakładając dłonie. Wlepiła we mnie to
swoje przenikliwe, analityczne spojrzenie, którym potrafiła prześwietlić dusze
niemalże każdego człowieka na Ziemi.
–
Trochę się nie widziałyśmy – zauważyła, kiwając głową. – Pół roku?
–
Tak – przytaknęłam bez chwili namysłu. – Chciałam skonsultować swój przypadek
również z innymi specjalistami – przyznałam beznamiętnie.
–
Wystraszyłam cię swoimi metodami – stwierdziła, parskając dźwięcznym śmiechem.
–
I tak, i nie. Wróciłam, bo tamci lekarze zostawiali wiele do życzenia.
–
Co takiego? – spytała, mrużąc oczy.
Na
tym właśnie polegała jej taktyka. Zasypywała milionem pytań i w spokoju czekała
na odpowiedź. Miałam mówić i to dużo. Ona tylko od czasu do czasu coś
wydedukowała albo sugerowała.
–
Wysnuwali dziwne teorie, źle dopasowywali leki. Przez te wcześniejsze pigułki
miałam w nocy koszmary. Ten powoduje depresyjny nastrój, który pewnie już
zauważyłaś.
–
Nie da się ukryć – zaśmiała się. Zerknęła na moment do mojej teczki. – Diagnozę
postawił niejaki doktor Hunnington. – Przeczytała, następnie posyłając mi
pytające spojrzenie. – Powiedzieli ci, na co cierpisz?