Wyszłam za
zewnątrz, od razu nabierając świeżego powietrza. Przyjemny wiaterek ochładzał
moją twarz. Chociaż nie byłam w środku nie wiadomo ile czasu, zdążyłam poczuć
się przytłaczająco przez ten cały tłum ludzi. Wyciągnęłam z kieszeni paczkę
papierosów, następnie odpalając jednego.
– I co? –
spytał z ciekawością Axl.
Dopiero teraz
zauważyłam postać rudzielca, który opierał się o słup z ogłoszeniami. Był sam,
z czego wywnioskowałam, że udało mu się spławić małolaty.
– Nie ma jej
tam – westchnęłam, strzepując popiół. Zaczął kręcić głową. On też już miał
dosyć tych całych poszukiwań. – Ale wiem, gdzie może być – dodałam nieco
pewniej, uśmiechając się subtelnie.
Spojrzał na
mnie. Jego wzrok przepełniało zmęczenie, ale mimo niego udało mi się znaleźć
iskierkę radości. Tak samo jak ja spodziewał się szczęśliwego zakończenia. Inne
nie wchodziło w grę.
– Gdzie? –
dociekał, odchodząc od podparcia.
Już
otworzyłam usta, żeby przekazać mu nazwę miejscowości, kiedy nagle do naszych
uszu doszło czyjeś wołanie.
– Vicky!
W naszą
stronę truchtał Greg, który zapewne wyjechał niedługo po nas. Musiał sobie
przypomnieć, że umknął mu pewien istotny szczegół.
– Zapomniałeś
mi powiedzieć o domku w Vistcie – wypomniałam, zaciągając się dymem.
Stanął obok
nas, próbując złapać oddech. Przewrócił oczami, chcąc znaleźć dobry argument.
– Przepraszam
– mruknął, spoglądając na mnie błagalnym wzrokiem. – Przez to wszystko na
śmierć zapomniałem, że dałem jej kluczyki.
Uśmiechnęłam
się przyjaźnie. Dobrze, że jednak sobie przypomniał. W końcu kto, jak nie on
mógł zlokalizować owe miejsce.
– Zawieziesz
mnie tam? – spytałam, zauważając w oddali jego samochód.
Axl
odchrząknął, w ten sposób zwracając na siebie uwagę. Nie zapomniałam o nim. Po
prostu nie chciałam go niepotrzebnie fatygować. Już i tak bardzo mi pomógł.
– Dziękuję
bardzo – zwróciłam się w stronę rudzielca. – Nawet się nie spodziewałam, że
mogę liczyć na takie wsparcie z twojej strony. – Wyciągnęłam z kieszeni
kluczyki i podałam mu je. – Wróć moim, a ja pojadę z Gregiem. – Spojrzał na metalowy
przedmiot, a następnie na mnie. Chciał coś powiedzieć, ale weszłam mu w słowo.
– Tak będzie lepiej.
– Skoro tak
mówisz – westchnął bez przekonania. – Pozdrów ode mnie Nicole – dodał na
odchodne, zmierzając w stronę zaparkowanego kawałek dalej BMW.
Odwróciłam
się, usłyszawszy jego głos. Uśmiechnęłam się niewyraźnie. Coś czułam, że mógł
mi pomóc. Zrobiłam kilka kroków na przód. Musiałam mu streścić wszystkie ważne
wydarzenia dzisiejszego dnia. Razem na pewno coś wykombinujemy. Zatrzymałam się
kilka centymetrów przed jego postacią, przypomniawszy sobie o dosyć istotnym
szczególe. Od kilku godzin nie miałam żadnego kontaktu od Nicole i na dobrą
sprawę nawet nie wiedziałam, gdzie mogłaby być…
– Nicole –
mruknęłam niewyraźnie, skupiając swoje nieobecne spojrzenie na czubkach jego
butów.
– Coś się
stało? – spytał z troską.
Przeniosłam
wzrok na jego twarz. Zmarszczył brwi, okazując niewiedzę.
– Axl, musisz
mi pomóc – oznajmiłam półszeptem.
Chłopak
podszedł bliżej, przejeżdżając dłonią po moim ramieniu. Chciał w jakiś sposób
okazać mi wsparcie. Doceniałam to, nawet bardzo. Aczkolwiek jednocześnie bałam
się, że jak dowie się prawdy, to nie będzie chciał mnie znać. Nie przeżyłabym
kolejnej straty…
– No wiesz,
to zależy do czego chcesz mnie wykorzystać – próbował mnie rozśmieszyć, co po
części mu się udało. Na mojej twarzy dosłownie na moment zagościł subtelny
uśmiech.
– Nicole wie
o wszystkim – odparłam z trudem, posmutniawszy natychmiastowo.
–
Powiedziałaś jej? – spytał wysokim głosem, mimo wszystko próbując opanować
negatywne emocje. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
– Nie –
zaprzeczyłam krótko, odwracając wzrok. – Rosie jej powiedziała.
Wokalista
odsunął się nieznacznie, opierając ręce na biodrach. Wyglądał na kompletnie zdziwionego.
Moje zdawkowe odpowiedzi ani trochę nie przybliżały go do prawdy.
– A jej kto
powiedział? – spytał ostrożnie.
Zaczekałam
chwilę z odpowiedzią. Musiałam rozważyć, czy mówić mu wszystko, czego
dowiedziałam się od blondynki czy tylko przytoczyć najistotniejsze fakty. Axl
jednak trochę się niecierpliwił i ponaglał mnie, kilkukrotnie odchrząkując.
– Eddie jest
jej biologicznym ojcem – oznajmiłam. Mówienie tego po raz kolejny przychodziło
już nieco łatwiej. – Spotkała się z nim i wtedy powiedział jej prawdę.
Rose zaklął
pod nosem, śmiejąc się ironicznie. Nikt nie chciał w to wierzyć. Może jednak
nadal śniłam? Zdecydowanie nie. Mój mózg nie był aż tak dobry, żeby odtworzyć
ten okropny chłód.
– Co robimy?
– westchnął, przestając chodzić w kółko.
Rosie raczej
należała do spraw zamkniętych. Duff tym bardziej, chociaż nadal łudziłam się,
że kiedyś mi wybaczy. Podobnie Hooter. Zostawała tylko Nicole… Martwiłam się na
samo wspomnienie jej osoby. Nie znała tego miasta. Sama dokładnie nie
wiedziałam, gdzie co było, a mieszkałam tu od dłuższego czasu. Wzdrygnęłam się,
kiedy przez moją głowę przeleciała myśl, iż mogła spać w jakimś przytułku dla
bezdomnych. Gregowi z pewnością nie wybaczyła. Wydawała się być zdecydowaną i
pamiętliwą osobą.
– Musimy jej
poszukać – bardziej zleciłam niż zaproponowałam. – Tylko, że nie mam pojęcia,
gdzie mogłaby być.
Przytknęłam
lodowatą dłoń do czoła. Czułam pulsujący ból, który prawdopodobnie został
spowodowany nadmiarem emocji.
Chłopak
podszedł bliżej, stając naprzeciwko mnie. Odgarnął miedziane kosmyki, które
wiatr usilnie próbował wepchnąć mu do ust. Jego twarz oświetlało chłodne
światło ulicznej lampy. Byliśmy tylko we dwójkę. Mało kto z własnej woli kręcił
się w tej okolicy po zmroku.
– Vicky,
musisz się skupić – polecił. Jego głos przyjemnie koił moje bębenki.
Przymknęłam oczy dla polepszenia rezultatu. – Zastanów się. Co o niej wiesz?
Miała jakieś koleżanki czy coś? Może chodziła w jakieś konkretne miejsca?
Próbowałam
odtworzyć nasze krótkie i nieco wymuszone rozmowy. Musiała kiedyś powiedzieć
coś więcej. Przecież to tylko mały odcinek czasu. Łatwo powiedzieć. Samego
dzisiejszego dnia wydarzyło się więcej niż przez cały poprzedni tydzień.
– Mówiła coś
o jakieś Corinne albo Connie – mruknęłam, otwierając oczy. – Nie pamiętam.
Wiem, że miała na nazwisko Taylor.
Prychnął pod
nosem, uśmiechając się gorzko. Chyba taka odpowiedź go nie satysfakcjonowała.
Mnie z resztą też.
– Wiesz ile
ludzi o nazwisku Taylor mieszka w Los Angeles? – spytał retorycznie, utrzymując
ze mną kontakt wzrokowy. – Gdybyśmy chcieli dzwonić do każdego z nich, to nie
skończylibyśmy przed wakacjami.
Przygryzłam
nerwowo wargę. Musiała coś jeszcze powiedzieć. Znała się z tą dziewczyną ze
szkoły. Polubiły się. W środę… Nie, to było raczej wczoraj. Powiedziała, że
idzie się z nią spotkać. Specjalnie pytała, jak może dotrzeć do…
– Ściana z
graffiti przy Lime Street – wybełkotałam, wypowiadając na głos swoje myśli.
Chłopak wydawał
się być bardziej ożywiony, usłyszawszy tę wiadomość.
– To już coś
– skomentował z nutką entuzjazmu w głosie. – To co, jedziemy tam?
Spojrzałam na
niego pytająco. Czy on powiedział my? Nie, raczej się nie przesłyszałam.
Uśmiechnął
się łobuzersko, wodząc wzrokiem po chodniku.
–
Powiedziałbym, że możemy zawiesić broń, ale to raczej nie poskutkuje – zaśmiał
się. – Czemu nie? Może być ciekawie.
– Czy ty
nawet w poważnej sprawie musisz zachowywać się jak idiota?
Udawał, że
się chwilę zastanawia, po czym przytaknął. Przewróciłam teatralnie oczami.
Zapowiadała się długa noc…
Nie zwracając
na niego uwagi, zdecydowanym krokiem podążyłam w stronę podjazdu przed Hell
House, gdzie zaparkowałam samochód. Po chwili usłyszałam za sobą ciężki oddech
Axla. Próbował mnie dogonić, co nie było zbyt trudne.
– Ćwiczysz
szybki marsz? – spytał, chichrając pod nosem.
Podobno
wmawianie sobie, że jest się kwiatem lotosu pomaga. W moim przypadku na pewno
nie. Nie z nim.
– Nie.
Zastanawiam się w jaki sposób wyłącza się u ciebie tryb idioty – odparowałam,
nie zwalniając kroku.
Nie musiałam
długo czekać, aż jego postać pojawi się obok mnie. Starałam się nawet na niego
nie zerkać. Vicky, tylko spokój cię
uratuje. Nie zapomnij o oddychaniu.
– Lubisz
udawać obrażoną, nie? – odezwał się po chwili ciszy.
Zlekceważyłam
go, otwierając drzwi od strony kierowcy.
– Nieładnie
tak nie odpowiadać – skomentował z wyższością.
Zatrzymałam
się, posyłając mu wymowne spojrzenie. Nie miałam ani ochoty, ani siły na
odpieranie jego głupkowatych zaczepek. Sprawa była poważna, a on jak zawsze
zachowywał się infantylnie.
– Mam coś do
załatwienia, więc proszę, nie przeszkadzaj – westchnęłam dosadnie. Już prawie
znajdowałam się we wnętrzu pojazdu.
– Chciałbym,
tylko że jest jeden mały problem. Ty nie wiesz, gdzie jest Lime Street –
zaakcentował, powodując, że zdecydowałam się wysłuchać, co ma do powiedzenia. –
A tak się akurat składa, że byłem tam kilka razy i mogę cię ponawigować.
Cholera! Miał
rację. Nie znałam zbyt dobrze Los Angeles. Ba, nawet krążąc po mieście nie
znalazłabym pożądanego miejsca. Chcąc, nie chcąc, musiałam wziąć go ze sobą.
Westchnęłam
przeciągle, spoglądając na niego spode łba. Stał z rękami w kieszeni i
uśmiechał się cwaniacko. Wiedział, że już mógł świętować triumf. Po raz…
kolejny.
– Dobra –
mruknęłam od niechcenia. – Wsiadaj. – Na jego twarzy pojawił się szerszy
uśmiech. Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej pojazdu. – Tylko mam jeden
warunek – uprzedziłam go.
– Twoje
życzenie jest dla mnie rozkazem, jaśnie pani – zakpił, tłamsząc śmiech.
Uśmiechnęłam
się mimowolnie. Jak wytrzymam z nim
dłużej niż godzinę, to chcę medal.
– Ja
prowadzę.
Zatrzymał się
na chwilę. W mgnieniu oka uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Nie
powinnaś w tym stanie… – zaczął swoją gadkę umoralniającą, ale w porę mu przerwałam.
– Daj spokój
– jęknęłam ze znudzeniem. – Tylko w taki sposób mogę przestać myśleć o niej –
dodałam już nieco poważniej.
Nie odezwał
się. Posłusznie zajął miejsce pasażera, zapinając pas. Zrobiłam to samo,
poprawiając lusterko. Niby było dobrze ustawione, ale wolałam się upewnić. W
takich sytuacjach stawałam się bardziej przewrażliwiona niż na co dzień.
– Zobaczysz –
westchnął z entuzjazmem. – Będziemy jak Bonnie i Clyde.
Podkręciłam wydobywające się z głośników dźwięki utworów z debiutanckiej płyty Toxic Bliss. Chociaż dostałam ją prawie dwa miesiące temu, dopiero teraz znalazłam czas na odsłuchanie jej. Nastawiłam wodę na kawę, robiąc sobie niewielką przerwę w sprzątaniu Od ostatniego incydentu unikałam Hell House jak ognia. Tu nawet nie chodziło o dziwne uczucie wstydu. Po prostu Steven podłapał temat i zaczął nam kibicować. Tylko że żadnych nas nie było i ani ja, ani Axl nie chcieliśmy tego zmieniać. Zalałam wrzątkiem aromatyczny proszek, rozsiadając się na kuchennym krześle. Po mojej prawej leżał przygotowany zestaw do iniekcji. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę, nerwowo zaciskając palce na gorącej ceramice Nie byłam na głodzie. Stan, w jakim się znajdowałam można było nazwać łaknieniem. Zamierzałam jak najdłużej pozostać czysta, ale w razie kryzysu miałam wszystko przygotowane. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podobnie było ze mną i heroiną. Na początku brałam ją jedynie dla dobrego samopoczucia. Pozwalała mi wyciszyć się, zapomnieć o problemach i odciąć się od rzeczywistości. Złudnie leczyła rany, które mi zadano. Jednak kiedy jej działanie mijało, ja nadal cierpiałam i nadal tkwiłam w tym zaklętym kole. Później przyjemność stopniowo zanikała, ustępując miejsca rutynie. Z weekendowego narkomana stałam się poważnie uzależnioną ćpunką. Nie mogłam przeżyć dnia bez tej cudownej substancji. Starałam się ze wszystkich sił, ale nadal pozostawałam na dnie przepaści, z której wyjście prowadziło przez długi i stromy korytarz. Wmawiałam sobie, że jak już raz udało mi się pokonać nałóg, to równie dobrze mogę to zrobić ponownie. Westchnęłam głęboko, na moment przymykając powieki. Przypomniałam sobie o moim planie, którego szczegóły skrupulatnie dopracowywałam od tygodnia. Jakimś cudem Benowi udało się zdobyć to, czego chciałam. Otworzyłam oczy, odkładając kubek na blat stołu. Wyjęłam z kieszeni dresów listek z kolorowymi tabletkami. Znajdował się tam od jakiegoś czasu, cierpliwie czekając na ten właściwy moment. Obróciłam go w palcach, przyglądając się mu z każdej strony. Przełknęłam ślinę, czując rosnącą w gardle gulę. Podobno na pożądane efekty trzeba czekać około godziny. Przecież nie mam nic do stracenia, pomyślałam, uśmiechając się. Jeśli nie spróbuję, to nie przekonam się, czy to faktycznie działa. Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując opanować nerwy. Nie było już odwrotu. Włożyłam do ust niewielką tabletkę, czując jej lekko gorzkawy posmak. Skrzywiłam się, zaciskając dłonie w pięści. Czekanie na efekty wydawało się trwać wieczność. Upiłam łyka kawy, zabierając się za ścieranie kurzu z mebli. Musiałam zająć się czymś, żeby nie zwariować. Po skończonej pracy usiadłam na kanapie, rozkładając się na niej. Czułam się dosyć dziwnie. Ogarnęło mnie otępienie, lecz nie to, które znałam do tej pory. Mój oddech był dosyć płytki, a wzrok wyostrzony. Przyciągnęłam nogi pod klatkę piersiową, kurczowo obejmując łydki. Kwas zaczął działać. Przed moimi oczami wirowały barwne kształty, a dźwięki muzyki wydawały się głośniejsze. Uśmiechnęłam się, subtelnie odchylając głowę. Przedstawienie czas zacząć. – Wiem, że gdzieś tutaj jesteś – mruknęłam, czując, jak przez moje ciało przelatuje dreszcz. – Wreszcie spotkamy się na moich warunkach – wyszeptałam, co raczej zabrzmiało jak pytanie. Pomimo że moje ciało było rozgrzane, doświadczyłam powiewu chłodnego powietrza. Westchnęłam niespokojnie, rozglądając się po pomieszczeniu. – Tak ci się tylko wydaje. – Usłyszałam jego głos, nerwowo poszukując wzrokiem mojego rozmówcy. Na marne.
– Wychodzę! –
zawołałam, zarzucając na siebie brunatne futro.
Było okropne i wyglądałam w nim
jak jakaś hrabina, która widzi wyłącznie czubek własnego nosa. Jednak Eddiemu
się podobało. W końcu to on je kupił i nakazał, abym tego wieczoru je założyła.
Odpowiedziała mi milczeniem.
Siedziała u siebie w pokoju. Jest zbyt
zajęta, pomyślałam. Przełożyłam klucz w drzwiach, następnie przekręcając go.
Zjechałam windą, szukając w torebce papierosów. Potrzebowałam dawki nikotyny na
odstresowanie. Co prawda miałam w zapasie coś mocniejszego, aczkolwiek wolałam
to zostawić na później.
Szybkim krokiem opuściłam
budynek, trzaskając potężnymi, szklanymi drzwiami. Zaczerpnęłam świeżego
powietrza, przymykając powieki. Tego potrzebowałam – chwili wytchnienia. Włożyłam
do ust mentolowego papierosa, następnie go odpalając. Zaciągnęłam się
tytoniowym dymem, powoli go wypuszczając. Miałam wrażenie, że im dłużej jest we
mnie, tym lżejsza się staję. Drżącą ręką strzepnęłam popiół. Nie dało się nie
zauważyć, że pierwszy raz od dawna dopadł mnie stres. Ostatnimi czasy miałam
małą przerwę, przez co nieznacznie się odzwyczaiłam. Westchnęłam, obracając się
na pięcie. Dostrzegłam grupkę młodych chłopaków, którzy śmiali się, wytykając
mnie palcami. Domyślali się, kim byłam? A może znali prawdę? Przygryzłam wargę,
odwracając od nich wzrok. Może wcale nie
chodziło im o mnie, pomyślałam, uśmiechając się niewyraźnie.
Zmrużyłam oczy, zauważając
oślepiające światło reflektorów. Dopaliłam papierosa, wyrzucając niedopałek.
Samochód podjechał bliżej, zatrzymując się na wolnym miejscu. Nie wyłączając
silnika, odsunął do połowy szybę. Otworzyłam szerzej oczy, mrugając nimi. Znowu
ogarnęła mnie spowijająca miasto ciemność. Mężczyzna wychylił się, posyłając mi
zawadiacki uśmiech. Poczułam, jak rośnie we mnie obrzydzenie.
– Victoria –
wzdrygnęłam się, usłyszawszy swoje imię padające z jego ust – wsiadaj –
zaproponował, zachęcająco machając ręką.
Doskonale wiedziałam, że był to
raczej rozkaz niż sugestia. Znałam Eddiego nie od dziś. Nie znosił sprzeciwów.
Wszystko musiało odbywać się według jego planu.
Czułam, jakbym miała nogi z waty.
Wykonanie tych kilku kroków wydawało się najtrudniejszą czynnością tego
wieczoru. A to był dopiero początek.
Wsiadłam do pojazdu, niemal
natychmiast zapinając pasy. Do moich nozdrzy dotarł przyjemny zapach piżmowych
perfum. Zadbał o każdy detal.
– Nie –
niemalże wyszeptałam, odruchowo kręcąc głową.
Uśmiechnął się triumfalnie.
Widział, jak reaguję na jego towarzystwo. Górował nade mną, co niezmiernie go
satysfakcjonowało.
Włączył jakąś płytę z muzyką
klasyczną, następnie odjeżdżając z parkingu, w którym staliśmy. Zerknęłam na
niego kątem oka, z trudem przełykając ślinę. W niektórych miejscach na jego
głowie można było wyodrębnić skupiska siwych włosów. Również niewielkie
zmarszczki, pokrywające jego twarz, wydawały się pogłębić.
– Podoba ci
się sukienka? – zagadał, nie spuszczając wzroku z jezdni.
Nie cierpiałam tego koloru,
chociaż krój sukienki był całkiem niezły. Aczkolwiek nie mogłam mu o tym
powiedzieć. Jego reakcja była nieprzewidywalna.
– Cieszę się –
oznajmił, subtelnie unosząc kącik ust. – Pasuje ci do oczu – dodał.
Zarumieniłam się nieznacznie.
Chyba nadal nie przyzwyczaiłam się do komplementów, które w sumie rzadko
dostawałam. Westchnęłam niespokojnie, przenosząc swój wzrok na mijane ulice.
Nie wiedziałam, czy mówił prawdę. Jak na razie próbował stworzyć wokół siebie
otoczkę czułego, wręcz idealnego faceta. Potrafił doskonale maskować swoją
naturę mężczyzny, który przedmiotowo traktował kobiety.
Reszta drogi minęła nam w
podobnej atmosferze. On zadawał jakieś pytania, na które ja zdawkowo
odpowiadałam. Jak do tej pory nie skomentował mojego niecodziennego zachowania.
Wyłączył Sonatę księżycową Beethovena,
parkując w wyznaczonym miejscu. Znaleźliśmy się pod budynkiem jednej z
prestiżowych restauracji w tym mieście. Podobno odwiedzała ją już śmietanka
towarzyska amerykańskiego kina lat dwudziestych.
Lena siedziała skulona na zimnym podłożu i próbowała dojść do siebie, w czym przeszkadzał jej płacz. Była cała roztrzęsiona i ledwo udało jej się cokolwiek powiedzieć. Nie mogłam bezczynnie na to patrzeć. Musiałam się tym zająć i zabrać ją do siebie. Tylko, że to nie było takie proste. Nie chciałam zostawić dziewczyny samej, ale z drugiej strony, jeśli nie pojawię się w pracy, to może się dla mnie źle skończyć. Nagle wpadłam na jedyne sensowne rozwiązanie tej sytuacji. Tylko dlaczego musiałam aż tak się zniżyć i poprosić go o pomoc? Chyba nie było innego wyjścia.
– Zaczekaj tutaj – poprosiłam moją przyjaciółkę i gwałtownie się podniosłam. – Zaraz sprowadzę pomoc.
Bez chwili zastanowienia, żwawym krokiem udałam się z powrotem do klubu. Po raz kolejny ogarnęła mnie ciemność, a do moich uszu docierały głośne dźwięki przesterowanych gitar. Rozejrzałam się dookoła, aby go znaleźć. W końcu go zauważyłam. Siedział przy barze z tą swoją blondi i bezczelnie patrzył się na jej biust, podczas gdy ona mu o czymś opowiadała. Widać, że zależy mu tylko na jednym. Przewróciłam oczami i podeszłam bliżej nich, ale oni wcale nie zwrócili na mnie uwagi. Byli zbyt zajęci sobą. To było takie słodkie, że aż nie.
Całe
popołudnie spędziłam na chodzeniu po sklepach z Leną. Czarnowłosa
poszukiwała jakichś ubrań dla siebie, natomiast ja robiłam za jej
doradcę. Obeszłyśmy chyba całą galerię, zanim zdecydowała się, że jednak
kupi tę koszulę, którą widziała w pierwszym sklepie. Oczywiście ja nic
na tym nie skorzystałam, ponieważ zaraz po tym, jak wyszłyśmy z pustymi
rękami z bodajże trzeciego stoiska, odechciało mi się zakupów. Po
około dwóch godzinach bezcelowego chodzenia po galerii, postanowiłyśmy
pójść na kawę. W tym celu udałyśmy się do McDonalda, gdzie zamówiłyśmy
latte, po czym zajęłyśmy ostatnie wolne miejsce. –
Podobno chciałaś mi o czymś opowiedzieć
–
zaczęłam rozmowę. –
No tak. Znalazłam nowego dilera. Ma dobry towar w ekstra cenie
–
powiedziała podekscytowana, po czym wzięła łyka kawy.
–
A nie pomyślałaś, żeby pójść na odwyk?
Zaśmiała się. Czyżby moje słowa nic dla niej nie znaczyły?
–
Tylko po co, skoro wszystko jest w porządku? Vicky, to miłe, że
troszczysz się o mnie, ale świetnie daje sobie radę. Umiem nad tym
panować.
–
Też tak mówiłam. Lena, to świństwo kontroluje całe twoje życie
–
próbowałam wjechać jej na ambicje.
–
Najwidoczniej ja jestem wyjątkiem
–
wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.
–
Wyluzuj, bo za bardzo przypominasz mi moją matkę.
Przewróciłam
oczami i upiłam łyka kawy. Dlaczego ona nie myśli racjonalnie?
Poprawiłam włosy i uważnie się jej przyjrzałam. Jej spojrzenie było
mętne, a policzki zapadnięte. Narkotyki powoli wyniszczały ją od środka,
ale dziewczyna nic sobie z tego nie robiła. Cieszyła się życiem i
wmawiała wszystkim, że kontroluje swój nałóg. Oby to się tylko źle nie
skończyło.
W końcu nadszedł ten dzień. Mój pierwszy wieczór w nowej pracy. Jakoś mnie to nie cieszy. Cóż, może nie będzie tak źle?
Wzięłam szybki prysznic i stanęłam przed otwartą szafą. W co ja się ubiorę? To jest chyba dylemat każdej kobiety. W końcu postawiłam na małą czarną na ramiączkach i wysokie, czarne szpilki, czyli to co zawsze. Pomalowałam powieki czarnym cieniem, wytuszowałam rzęsy i podkreśliłam usta czerwoną szminką. Przeczesałam włosy szczotką i zostawiłam je rozpuszczone. Ostatni raz spojrzałam w lustro. Wyglądałam tak, jak powinnam, czyli jak dziwka. Zacisnęłam usta w wąską linię i zabrałam torebkę oraz ramoneskę. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam w stronę najbliższego przystanku autobusowego.
Wysiadłam niedaleko Hell House. Było dość chłodno, poza tym byłam bardzo poddenerwowana. Dlaczego ja to robię? Co kawałek słyszałam pogwizdywanie i niemiłe komentarze skierowane w moją stronę. Czułam się niekomfortowo i najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Przyspieszyłam nieco i starałam się nie zwracać uwagi na innych, co nie było takie proste. Niby droga nie była długa, ale wydawała się nigdy nie kończyć. W końcu dotarłam pod dom chłopaków. Chwilę się wahałam, po czym stwierdziłam, że nie ma już czasu na ucieczkę. Delikatnie uchyliłam drzwi i weszłam do środka. Gunsi siedzieli na kanapie w salonie i najwidoczniej jamowali. Slash i Stradlin grali coś na gitarach akustycznych, Rose próbował coś śpiewać, a Duff zapisywał wszystko na kartce. Tylko Steven siedział nieprzejęty i układał kostkę Rubika. Oczywiście na stole leżały puste butelki sprzed tygodnia, jak i te otwarte dosłownie przed chwilą. Najwidoczniej chłopcy nie potrafią tworzyć na trzeźwo. Od razu, jak mnie zobaczyli, zrobili sobie małą przerwę.