Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angela. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 stycznia 2016

10. Sowin' all your wild oats

Stanęłam jak wryta, uśmiechając się szeroko. Nadal nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Do balustrady przywieszono mnóstwo kolorowych balonów. Na stole stało kilkadziesiąt butelek z różnego rodzaju alkoholem, pizza i chipsy. Gunsi zaprosili chyba całą okolicę, bo w salonie było sporo ludzi. Większości z nich nie znałam, ale widocznie chłopcom to nie przeszkadzało.
        – Wszystkiego najlepszego – pisnęła radośnie Lena, rzucając mi się na szyję. Była drobna, ale mimo to myślałam, że mnie udusi. – Proszę, to taki mały prezent ode mnie i Slasha – dodała, odsunąwszy się ode mnie.
    Podała mi niewielkie pudełeczko przewiązane różową wstążką. Chciałam jej podziękować za tę drobnostkę, ale zanim się zorientowałam, zdążyła zniknąć w tłumie. Byłam ciekawa, co znajdowało się w środku, ale z drugiej strony nie chciałam zniszczyć opakowania. Lena musiała poświęcić trochę czasu, żeby wyglądało jak z drogiego sklepu.
    – Wiedziałem, że ci się spodoba – mruknął tuż nad moim uchem.
    Nawet się nie zorientowałam, kiedy Axl znalazł się tak niebezpiecznie blisko mnie. Uśmiechał się łobuzersko, chowając coś za plecami. Ubrał się w to, co zawsze, ale dla mnie i tak wyglądał szykownie. W dodatku zapach jego wody kolońskiej działał na mnie hipnotyzująco.
        – To twoja sprawka? – spytałam, dostrzegając w jego spojrzeniu ten tajemniczy błysk.
    Zaśmiał się głęboko, wywołując ciarki na moim ciele. Miałam ochotę skarcić się w myślach za tę reakcję, ale niepotrzebnie. Przecież chciałam dać mu drugą szansę. Zamiast tego uśmiechnęłam się zalotnie.
    – Raczej robiłem za źródło informacji – odparł, nawijając na palec kosmyk moich włosów. – Ktoś inny zajął się organizacją.
    Nie wiedziałam, kim był ten ktoś inny, ale miałam ochotę go wyściskać. Już dawno nie celebrowałam swoich urodzin. Te w dodatku znaczyły dla mnie coś więcej. Jutro kończyłam dwadzieścia jeden lat i w pełni mogłam się cieszyć dorosłością. Tylko czy było czym?
    – A co tam chowasz? – drążyłam nurtujący mnie temat. – Przecież wiesz, że niezbyt lubię dostawać prezenty.
    – To? – spytał głupio, wyciągając zza pleców średnich rozmiarów pluszowego misia. – Pan Darcy sam przyszedł. Powiedział mi, że u ciebie będzie mu najlepiej.
    Zachichotałam, przyglądając się błyszczącym w świetle onyksowym oczom pluszaka. Wyglądał dokładanie tak samo jak moja przytulanka z dzieciństwa. Tylko imię mu trochę zmodyfikowaliśmy.
    – Pan Darcy powiadasz? – Niepostrzeżenie uniosłam brew. – Ktoś tu chyba zapamiętał bohatera mojej ulubionej książki*. Ale nie uważasz, że nie jestem nieco za duża na misia?
    Zaśmiał się, wręczając mi go. Był niezwykle przyjemny w dotyku. Przejechałam opuszkami palców wzdłuż jego szarego brzuszka, następnie odkładając go na stojącą obok etażerkę. W końcu Pan Darcy musiał mieć idealny widok na przybyłych gości.
    – Absolutnie – wymruczał do mojego ucha, przejeżdżając chłodnymi opuszkami wzdłuż mojego policzka.
    Westchnęłam cicho, wzdrygając się nieco. Jego zimny dotyk wywołał ciarki na mojej skórze. Paradoksalnie było to dosyć przyjemne uczucie. Uwielbiałam sposób, w jaki na mnie działał. Najchętniej zatraciłabym się w tej przyjemności, gdyby nie obecność tych wszystkich osób. No i mój Casanova odszedł, aby przygotować dla siebie drinka.

sobota, 12 grudnia 2015

2. Think about you



   Szliśmy ulicami Los Angeles oświetlanymi przez blask księżyca. Z jednej strony, cieszyłam się, że będę blisko przyjaciół. Z drugiej natomiast, okropnie się bałam. Nadal żyłam wspomnieniami z San Francisco, choć tak bardzo chciałam się ich pozbyć. Dodatkowo jego obecność, która wtrącała mnie z równowagi. Może powinnam z nim porozmawiać?
 
   Wreszcie doszliśmy na miejsce. Moim oczom ukazał się malutki domek z zaniedbanym ogródkiem i werandą, na której można było znaleźć dosłownie wszystko. Jednym słowem ich parcela wyglądała, jakby pięć minut temu przeszło tam tornado. Zaśmiałam się cicho. On chciał, żebym to wszystko ogarnęła? Tutaj nawet ekipa sprzątająca nie dałaby rady.

     – Wiem, że tu nie jest za czysto, ale tym się na razie nie przejmuj. Zapraszam do środka, poznasz chłopaków. – W geście pokazał mi drzwi.

   Udaliśmy się w kierunku wejścia. Wchodząc po schodach, nie dało się nie zauważyć, że okropnie skrzypiały. Na wspomnianej wcześniej werandzie leżała masa petów i kilkadziesiąt pustych butelek po whiskey, wódce i tym podobnych. Axl otworzył drzwi i wpuścił mnie pierwszą. Weszliśmy do małego salonu z otwartą kuchnią i dębowymi schodami prowadzącymi na górę. Na kanapie, która kolorem przypominałam skoszoną trawę siedziało trzech facetów. Dwóch blondynów i jeden Mulat o kruczoczarnych lokach na głowie. Wszyscy posiadali długie włosy, co było swoistą cechą rockmenów.

     – Hej, chłopaki, to jest Victoria. Pomieszka z nami przez jakiś czas. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko. Vicky, to jest Duff, Steven i Slash. – Pokazał mi ich po kolei.

     – Miło was poznać. – Uśmiechnęłam się niemrawo.

     – Nam również. Spoko, możesz zostać, o ile za parę dni sama nie będziesz chciała się wyprowadzić – zaśmiał się Duff.

   W gruncie rzeczy to nie wykluczałam tej opcji. Bowiem panował tutaj jeden, wielki syf. Na podłodze walały się śmieci, które emitowały dosyć nieprzyjemny odór. Na oliwkowych ścianach znajdowała się substancja nieznanego pochodzenia. Raczej nie chciałam się dowiedzieć, co to było.

     – Idziemy do klubu? –  Usłyszałam znajomy głos.

   Dostrzegłam czarnowłosego mężczyznę o bladej skórze, który już odrobinę pijany schodził po schodach. Poczułam gulkę w gardle, która nie chciała zniknąć podczas przełykania śliny. Nic się nie zmienił.