Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiss. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiss. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lipca 2017

75. It is better to say too much than never say what you need to say




               
Przekręciłam kluczyk w stacyjce, wypuszczając powietrze. Cała trzęsłam się z nerwów. Nadal miałam mętlik w głowie. Nie wiedziałam, czy aby na pewno dobrze robię. Co jeśli Jenny nie miała racji? Kurde, nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego imienia.
                Tego popołudnia miałam cholernego pecha. Natrafiłam na godzinę szczytu. Gdzie nie pojechałam, musiałam stać w korkach. Stukałam nerwowo paznokciami o kierowcę, co jakiś czas zerkając na odtwarzacz radiowy. Z jego głośników wydobywały się ciche dźwięki jednej z piosenek The Beatles. Wyłączyłam go w pewnym momencie. Dodatkowo mnie stresował. Dzięki niemu mogłam szacować czas, który nieubłaganie mijał.
                Od czasu do czasu wzdychałam ciężko, czując jak moje serce kołacze coraz mocniej. Nerwy niemalże pochłaniały mnie w mgnieniu oka. Dlaczego tak było? Chyba zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Kochałam tego faceta i jechałam, żeby mu to powiedzieć. W jaki sposób? Nie miałam pojęcia. Układałam w głowie możliwe scenariusze, jednak każdy był nie taki, jak chciałam. W życiu nie sądziłam, że rozmawianie o uczuciach może być takie trudne.
                Zatrzymałam pojazd, stając na kolejnych czerwonych światłach. Zaklęłam pod nosem, przygryzając wargę. Bałam się, że będzie za późno Że przyjadę, a on już będzie w drodze. Wzięłam kilka głębokich wdechów na uspokojenie. Nie mogłam do tego dopuścić. Nie teraz, kiedy byłam już tak blisko.
                Zajechałam pod apartamentowiec, parkując samochód na wolnym miejscu. W tamtym momencie zbytnio się nim nie przejmowałam. Wiedziałam, że nikt go nie ukradnie. W końcu los nie mógł być aż tak okrutny.
                Stawiałam zdecydowane kroki, czując, jak moje serce bije w ich tempie. Skręcało mi jelita gorzej niż przed testem z matematyki. Do kompletu brakowało tylko spoconych dłoni.
                Otworzyłam oszklone drzwi, wzdychającym przy tym. Jestem już blisko celu, nie mogę zrezygnować, powtarzałam w myślach, próbując zniwelować stres. Wybrałam drogę prowadzącą przez schody, aby mieć więcej czasu. Z każdym stopniem wymyślałam kolejną kwestię, którą mogłam powiedzieć. Żadna jednak nie była idealna.
                Przełknęłam z trudem ślinę, stając przed drzwiami prowadzącymi do mieszkania Hope. Miałam nogi z waty i myślałam, że zaraz się przewrócę. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Przez chwilę nawet miałam ochotę zwymiotować z nerwów. Cholera, Vicky, ogarnij się!
                Nacisnęłam dzwonek. Usłyszawszy, jak rozlega się jego dźwięk, przymknęłam oczy. Teraz było już za późno na odwrót. Otworzyłam powieki i zacisnęłam wargi w wąską linię. Moje serce omalże nie wyskoczyło z klatki piersiowej, kiedy usłyszałam jego kroki. Drzwi się uchyliły, po czym wychyliła się z nich jego wymizerniała twarz. Hope miała rację, wyglądał okropnie.
                – Vicky? – Był zdziwiony, jednak w jego głosie można było wyczuć nutkę nadziei. – Co ty tutaj robisz? – spytał, opierając dłoń o hebanową framugę.
                Po raz kolejny przełknęłam ślinę. Niech się dzieje, co chce.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

71. Sometimes you gotta bleed to know that you're alive



                Gwałtownie nabrałam powietrza, czując jak po mojej twarzy spływają krople lodowatej wody. Czułam się, jakby ktoś przywrócił mnie do życia. Wytrąciłam się z transu, w którym pozostawałam… zbyt długo.
                – Co jest? – pisnęłam, ocierając policzki i otwierając powieki.
                Przywitało mnie ostre, jarzeniowe światło, które nieprzyjemnie podrażniło moje źrenice. Dopiero teraz poczułam pulsujący ból w skroniach, jakby coś rozsadzało mi głowę od środka. W dodatku cholernie piekła mnie ręka.
                – Dlaczego chciałaś to zrobić? – spytał podniesionym głosem Axl, zakręcając kurek z zimną wodą. Siedziałam w brodziku, opierając potylicę o chłodne kafelki.
                Ściągnęłam brwi, czując jeszcze większy ucisk w czaszce. Nie miałam bladego pojęcia, o czym mówił. Podniosłam rękę, aby poprawić włosy, które opadły na moje czoło, kiedy nagle zatrzymałam ją w połowie drogi. Na moim przedramieniu znajdowały się nieliczne plamy zaschniętej krwi. Co się stało? Rozchyliłam usta, próbując przyswoić sobie to wszystko.
                – Ale co ja chciałam zrobić? – mruknęłam, spoglądając na niego pytająco.
                Prychnął ironicznie, opierając dłonie na biodrach.
                – Nie udawaj głupiej – odparł szorstko.
                Przybrałam zdezorientowany wyraz twarzy, starając się odtworzyć minione wydarzenia. Byłam w klubie, spotkałam tego podejrzanego gościa, możliwe, że mnie wykorzystał, błądziłam po mieście, po dłuższym czasie dotarłam do mieszkania…
                – Nie pamiętam – przyznałam ściszonym głosem. – Wróciłam do domu, szukałam czegoś w lodówce, a potem pustka – streściłam, skupiając nieobecny wzrok na przemoczonych skarpetkach. – Naprawdę, uwierz mi – dodałam, posyłając mu dłuższe spojrzenie.
                Wpatrywał się we mnie przez moment, po czym powoli pokręcił głową. Podszedł bliżej, kucając tuż przed wejściem pod prysznic.
                – Vicky… – zaczął. Słychać było, iż brakuje mu słów – to wyglądało, jakbyś próbowała popełnić samobójstwo. Pocięłaś się, na szczęście zbyt płytko. – Zrobił niewielką pauzę, nerwowo oblizując usta. – Już myślałem, że jest za późno, ale ty tylko zemdlałaś. To pewnie na widok krwi. – Uśmiechnął się niewyraźnie, wypowiedziawszy ostatnie zdanie.
                Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Wyglądał na zmartwionego, jakby uleciała z niego wszelaka energia.
                Oddychałam coraz bardziej niespokojnie, próbując przyswoić sobie jego słowa. Próbowałam się zabić?
                – To niemożliwe, niemożliwe – powtarzałam rozpaczliwie, gwałtownie kręcąc głową.
                – Spokojnie – próbował mnie wyciszyć, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
                Pokręciłam powoli głową, nerwowo połykając ślinę.
                – Ja… ja nie wiem, jak to się stało – wydukałam, patrząc na niego z przerażeniem w oczach. – Niczego nie pamiętam.
                A może to wina tej substancji, której dosypał mi do drinka tamten koleś?
                – Musisz teraz odpocząć – oznajmił spokojnie, przesuwając rękę wzdłuż mojego ramienia, następnie chwytając moją dłoń. – Dasz radę wstać?
                Pokiwałam twierdząco głową, raptownie podnosząc się. To był zły ruch. Zakręciło mi się w głowie, efektem czego wylądowałam prosto w ramionach Axla.
                – Przepraszam – mruknęłam, kurczowo zaciskając palce na brzegach jego koszulki.
                – Nic nie szkodzi – zaśmiał się, wydychanym powietrzem przyjemnie drażniąc moje ucho. – Zaniosę cię – zaoferował, niemal natychmiast podnosząc mnie jak pannę młodą.
                Poczułam się nieco dziwnie. Pierwszy raz to on chciał, a raczej po części musiał, zaopiekować się mną. Pomimo tej całej sytuacji zrobiło mi się dziwnie cieplej na sercu.
                Przeniósł mnie do pokoju, układając moje ciało na łóżku. Wyszedł na moment, aby przynieść apteczkę. Moje przedramię nadal dawało się we znaki.
                W ciągu tych kilku minut, podczas których byłam sama, bezskutecznie próbowałam przypomnieć sobie, co tak naprawdę się wydarzyło. Ciągle jednak widziałam pustkę. Jakby ktoś wyciął z mojej pamięci dokładnie ten jeden moment.
                Do pomieszczenia wszedł Axl, niosąc ze sobą całe naręcze bandaży. Przemył dokładnie moje rany, co spowodowało niemiłosierne pieczenie, po czym zakrył je gazikami i dodatkowo owinął bandażem.
                – Widzę, że nieco się na tym znasz – stwierdziłam, bacznie śledząc jego ruchy.
                Uśmiechnął się subtelnie, wiążąc kokardkę z bandaża.
                – Trochę wprawy się nabrało – przyznał, zbierając przyniesione przez siebie rzeczy. – Zdarzało się samemu opatrywać.
                – Opowiedz mi coś – poprosiłam, układając się na lewym boku.
                – Później – jęknął, marszcząc przyjaźnie czoło. – Teraz powinnaś zregenerować siły, przespać się.
                Już otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale mnie wyprzedził.
                – Nie przyjmuję odmowy.
                Przewróciłam oczami, następnie patrząc, jak opuszcza pomieszczenie. Zanim to zrobił, zgasił światło, przez co ogarnął mnie jeszcze większy niepokój. Nie bałam się ciemności, odkąd skończyłam sześć lat, jednak teraz tak jakby ten lęk na moment do mnie powrócił. Zaśnięcie wydawało się dla mnie abstrakcją. Jak mogłabym w spokoju odpłynąć w ramiona Morfeusza, podczas gdy jakiś czas temu nieświadomie targnęłam się na swoje życie? To było takie nierealne. A jednak. Po raz kolejny analizowałam każdą minutę tej nocy, która na dobrą sprawę jeszcze się nie skończyła. Ulica po ulicy, krok po kroku. Nawet nie wiedziałam, w którym momencie moje powieki po prostu opadły, a ja zasnęłam. Zmęczenie i osłabienie wzięły górę.

69. There's a little bit of devil in her angel eyes



Nawet nie zorientowałam się, kiedy zajechałam pod Hell House. Znałam drogę na pamięć, przez co jechałam dosyć instynktownie. Wiadomość, że wreszcie byliśmy wolni dodawała mi skrzydeł. Uśmiechałam się sama do siebie, nadal po części w to nie wierząc. Wszystkie moje kłopoty zdawały się wyparować. Niestety tylko złudnie…
                Zamknęłam samochód, odruchowo przeczesując włosy palcami. Joy zdawała się powoli odlatywać. To cud, że jeszcze trzymała się na nogach. Pomogłam jej przejść przez zabrudzoną werandę, aby przypadkiem nie zawadziła o porozwalane butelki. Zdecydowanie przekręciłam klamkę, otwierając drzwi. Jak zwykle nikt ich nie zamknął. Weszłyśmy do środka, zastając w salonie Stevena i Lily. Siedzieli na kanapie, żywo o czymś dyskutując. Adler nawet, o dziwo, wyglądał na trzeźwego.
                – Duff jest u siebie? – spytała Joy. Jej głos nieco przypomniał bełkot.
                Blondyn kiwnął głową, zbytnio nie przejmując się moją towarzyszką. Zamiast tego z powrotem obdarzył Śnieżkę troskliwym spojrzeniem. Tak, chyba nigdy się do niej nie przekonam. Już prędzej zaprzyjaźniłabym się z Hope. Tamta przynajmniej miała charakterek. O tak, temperamentem nie przewyższała nikogo.
                – Możesz mu przekazać, że przyszedł wróg publiczny numer jeden – prychnęłam, puszczając jej ramię.
                Zdawało się, że moja wypowiedź już nie do końca do niej dotarła. Uśmiechnęła się szeroko, zmierzając w stronę schodów. Starała się poruszać z gracją, chociaż nie dało się nie zauważyć, iż odrobinę się chwiała. Wypite promile zaczynały dawać o sobie znać.
                Odprowadziłam ją wzorkiem niemal na samą górę. Podeszłam bliżej tej dwójki, siadając na drugim końcu kanapy. Wyciągnęłam nogi na niezbyt wygodne obicie, opierając głowę na dłoni. Zamieniłam się w słuch, nie chcąc im zbytnio przeszkadzać.
                – Przyszłaś z czymś konkretnym czy po prostu się stęskniłaś? – spytał, nie kryjąc chłodu, który wypełniał jego głos. To było aż niepodobne do Stevena.
                Zmarszczyłam czoło, uśmiechając się ironicznie. Czyżby to była aluzja, żebym sobie już poszła? Wiedziałam, że byłam tutaj niemile widziana przez Duffa, ale nie sądziłam, iż przez resztę też. Przecież Rose ostatnio mówił coś innego.
                – Chciałam, żebyście dokończyli rozmowę – wytłumaczyłam, dłonią zachęcając ich do kontynuacji. – Nie lubię przeszkadzać.
                – Nie przeszkadzasz – zaoponowała Lily, uśmiechając się przyjaźnie.
                Jakoś nie potrafiłam odwzajemnić jej gestu. Wydawał mi się dosyć sztuczny. Z resztą jak cała ta dziewczyna. Steven lubił w niej tę delikatność, dystyngowanie. Aż dziw, że udało jej się wplątać w intrygi Eddiego. Kompletnie nie przypominała typowej prostytutki. Podobno nawet nie cieszyła się zainteresowaniem. Tym lepiej dla niej. Chwilami sposobem bycia przypominała mi poczciwą Melanie Hamilton*.
                – Chciałam wam tylko powiedzieć, że Eddie zwija swój biznes, ale chyba to już wiecie – poinformowałam, wzrokiem wskazując na Lily, która kurczowo zaciskała palce na dłoni Stevena. Wyglądała, jakby się czymś denerwowała.
                Poderwałam się z miejsca. Zamierzałam udać się na górę. Może zastałabym tam kogoś oprócz Duffa i Joy, z kim mogłabym porozmawiać?
                Steven odruchowo złapał mnie za nadgarstek. Odwróciłam się, patrząc na niego z podejrzliwością. Jego wyraz twarzy przypominał zakłopotanie.
                – Poczekaj – poprosił, powoli i ostrożnie luzując swój uścisk.
                Pokiwałam głową z aprobatą, z powrotem siadając na kanapie. Czułam, że miał mi coś ważnego do przekazania. W końcu zazwyczaj chodził uśmiechnięty od ucha do ucha. Coś ewidentnie musiało być nie tak.
                – Mam do ciebie prośbę – powiedział z trudem, przełykając ślinę. – A właściwie to dwie – dodał, spoglądając na Lily i posyłając jej nikły uśmiech.
                Nie miałam dobrych przeczuć, jeśli chodziło o tę drugą przysługę. Moja niechęć do McKenzie tak naprawdę pochodziła znikąd. Nie lubiłam jej, bo tak. Jeśli miałybyśmy bawić się w Melanie i Scarlett**, to wolałam wypisać się z tego układu.
                – Zamieniam się w słuch – odparłam, nerwowo zaplatając palce.
                Chłopak westchnął przeciągle, wolnym ramieniem obejmując Lily. Dopiero teraz zauważyłam, że dziewczyna nieznacznie drżała. Coś musiało być na rzeczy. Od razu pomyślałam o najgorszym. Rozchyliłam subtelnie usta, z niecierpliwością czekając, aż coś powie.
                – Powiem prosto z mostu. – Zaśmiał się gorzko. – Do końca miesiąca mamy się wynieść z Hell House. Eddie wyjeżdża, a nas nie stać na czynsz. Nowy właściciel trochę sobie ceni ten dom.
                Dopiero po chwili zorientowałam się, że siedzę z rozczapierzonymi ustami. Oddychałam głęboko, próbując przyswoić sobie to wszystko. Moi przyjaciele mieli wylądować na bruku u progu ich kariery. O zgrozo! Nie mogłam do tego dopuścić, ale jednocześnie nie miałam w mieszkaniu na tyle pokoi, ażeby pomieścić ich wszystkich.
                – To okropne – jęknęłam odruchowo.
                Steven pokiwał głową, zaciskając usta w wąską linię. Sprawiał wrażenie, jakby już zdążył przedyskutować to z resztą. Chciał mnie tylko o tym poinformować. Tylko co z tymi prośbami?
                – Spokojnie, ulica nam nie grozi – uprzedził mnie, uśmiechając się niechętnie. – Ja zatrzymam się u Lily, Duff chce się wkręcić do kolorowej, bo mówiła, że ma dwupokojowe mieszkanie. Izzy oczywiście zamieszka z Hope. Nawet udało nam się przekonać przyrodniego brata Leny, żeby przygarnął Slasha na okres przejściowy. Nie było łatwo, ale się zgodził. Tylko…
                – Tylko co? – weszłam mu w słowo, marszcząc brwi. Doskonale wiedziałam, kogo pominął.
                – Tylko nie mamy co zrobić z Axlem. Mogłabyś go wziąć do siebie? Widzę, że między wami jest już lepiej. Zawiesiliście broń?
                Parsknęłam ironicznym śmiechem. Zaprzestanie kłótni z Rosem było niewykonalne. Nasza cicha rywalizacja trwała, odkąd się rozstaliśmy. W sumie nawet to musiało być dosyć głośne. Może i teraz trochę mi przeszło, ale chyba nie aż tak. Nie zaliczałam się do grona cierpliwych osób, a Axl potrafił dosyć szybko wytrącić mnie z równowagi. Nie potrafiliśmy wytrzymać godziny w jednym pomieszczeniu, co dopiero kliku dni a nawet tygodni.
                Jednak te wszystkie wydarzenia – sprawa z Eddiem, odseparowanie się Rosie nie wyprały ze mnie wszystkich ludzkich odruchów. Bądź co bądź, Axl po części był moim przyjacielem. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało. Nie mogłam go zostawić na pastwę losu. Miałabym do siebie żal, gdyby coś mu się stało.
                – Może u mnie pomieszkać do powrotu Chrisa – rzuciłam, próbując zachować obojętność. – Nie zakopaliśmy toporu wojennego, ale nie jestem aż taka zła, żeby go wystawić. Jeśli jest na górze, to mogę mu przekazać dobrą nowinę.
                Tak, to bardzo ładnie z mojej strony. Tata byłby zadowolony, że pomagałam staremu przyjacielowi. Mimo iż nie przepadał za Axlem. Większym szacunkiem darzył za to pana Baileya, który z kolei był jeszcze większym dupkiem niż jego pasierb. Jak zazwyczaj świetnie dogadywałam się z Adamem Edwardsem, w tej kwestii nie mogłam go zrozumieć.
                – Tak, ale jest jeszcze jedna sprawa – powiadomił z trudem Steven. Gołym okiem było widać, że nawet nie wiedział, jak się za to zabrać.
                Nachyliłam się nieznacznie, na otuchę posyłając tej dwójce pogodny uśmiech. Trochę wymuszony, ale mniejsza z tym. Nie wiedziałam, o co mogło im chodzić. Ba, nawet się nie domyślałam. Pomimo to zamierzałam przyjąć postawę pomocnej przyjaciółki. W sumie nawet nie musiałam udawać. Zawsze mogli na mnie liczyć i czasami zbytnio to wykorzystywali.
                – Chcemy, żebyś przekonała do czegoś chłopaków – zaczął niepewnie, robiąc niewielkie pauzy na zebranie myśli. – Wiem, że mogę ci zaufać w tej sprawie. Zawsze tak ładnie starasz się nam pomagać. Dlatego pewnie zachowasz się typowo dla ciebie w sytuacji, kiedy…
                – Do rzeczy, Steve! – ponagliłam go, powoli nudząc się jego monologiem, jaka to jestem wspaniała.
                –… zamierzamy się pobrać – dokończył, przenosząc swój wzrok na Lily.
                O dziwo dziewczyna zamiast się uśmiechać, wyglądała na przestraszoną. Nie sądziłam, żeby ślub ze Stevenem był jej pomysłem. Kiedy ostatni raz widziałam ich razem, sprawiała wrażenie kompletnie niezainteresowanej perkusistą. Tak nagle zmieniła zdanie?
                Przez chwilę nie byłam w stanie niczego powiedzieć. Siedziałam z wytrzeszczonymi oczami, zapowietrzając się coraz bardziej. W życiu nie słyszałam bardziej irracjonalnego pomysłu! Nagle zaczęłam się idiotycznie śmiać, jakby jego słowa były najzwyklejszym w świecie żartem. Czułam na sobie ich zdziwione spojrzenia, ale zbytnio mnie to nie obchodziło. Steven miałby założyć rodzinę?
                – Nie dziwę się, że tak zareagowali – wydusiłam z siebie po chwili, opanowując falę śmiechu. – Nigdy w życiu nie słyszałam niczego głupszego. Steven, takich decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień!
                – Sądziłem, że wy z Chrisem właśnie tak zrobiliście – podkreślił owy fakt dosyć dosadnie.
                Przygryzłam wargę, kręcąc głową. Miał rację. Pieprzoną rację. Tylko że nie mógł wiedzieć, co czułam, kiedy Pittman wyjeżdżał. Bałam się, iż zostanę sama. Nie mogłam do tego dopuścić. Nie umiałam poradzić sobie z ułożeniem własnych myśli. W dodatku samotność okropnie mnie przytłaczała. Była moim lękiem, wręcz fobią.
                – Vicky, wszystko w porządku? – spytał z troską.
                Odruchowo pokiwałam głową. Dopiero teraz zorientowałam się, że cała drżałam. W dodatku mój oddech nieznacznie przyspieszył. Nie znosiłam reakcji mojego ciała. Na byle jakie bolesne wspomnienie zdawało się nakręcać. To i tak, że nie miałam ataków paniki.
                – Tak – skłamałam, uśmiechając się. – Po prostu trochę się zamyśliłam. Wracając do tematu… 
Przerwałam, przez dłuższą chwilę zatrzymując swoje spojrzenie na delikatnej twarzyczce Lily. Wydawała się zbyt delikatna i za młoda na małżeństwo. Szczególnie z takim specyficznym mężczyzną, jakim był Steven.
– Lily, mogłabyś zostawić nas samych? – spytałam, nieco zaciskając zęby. Nie chciałam, żeby mój głos zbytnio drżał.
Dziewczyna pokiwała głową z aprobatą. Puściła dużą dłoń Adlera, wyswobadzając swoje smukłe ciało z jego opiekuńczego objęcia. Uśmiechnęła się niepewnie, aby już po chwili zniknąć na górze. Zdecydowanie przydałaby się jej chwila samotności na przemyślenie tego wszystkiego. Sprawiała wrażenie robienia dobrej miny do złej gry. Nawet jej chód był spokojny, zdecydowany. Poruszała się z gracją. Tak naprawdę wszystko robiła z gracją. Odzwierciedlała Melanie Hamilton pod prawie każdym względem.

sobota, 3 grudnia 2016

56. Fall to pieces




   Schowałam list do torebki, następnie ocierając dłonią wilgotne policzki. Musiałam się ogarnąć, wstać i wreszcie powiedzieć im prawdę.

   Niepewnym krokiem podążyłam w kierunku przyjaciół. Układałam sobie w głowie scenariusz tego, co im powiem. Nie było to łatwe zadanie. Slash już był przygnębiony. Wiadomość o umierającej ukochanej stanowiłaby dla niego kolejny cios. Martwiłam się o niego. Już wystarczająco dużo przeżył podczas jej pobytu w szpitalu.

   Oparłam się o kant ściany, obserwując ich zachowanie. Mulat nadal tkwił w konsternacji, przypominając bardziej zombie niż człowieka. Axl natomiast stał nad nim, próbując go przekonać do chociaż godzinnej drzemki. Faktycznie twarz chłopaka obrazowała jego potworne zmęczenie. Rozumiem, że chciał być blisko niej, ale nie ponad własne siły. Westchnęłam niespokojnie, czym zwróciłam uwagę Rose'a. Podszedł bliżej, delikatnie łapiąc moje ramię.

     – Od niego raczej nic nie wyciągniemy – nawiązał do mojej prośby. – A ty? Dowiedziałaś się czegoś?

   Powiedzieć im całą prawdę czy ująć to bardziej optymistycznie?

     – Tak – mruknęłam lekko zachrypniętym głosem, odchrząkając. – Ma niewydolne nerki i płuca, ale nie jest najgorzej. Będą podawać antybiotyki i ją monitorować. Jest w dobrych rękach. Ma szanse na powrót do normalnego życia. Minimalne, ale realne.

   Przełknęłam głośno ślinę. Okłamałam ich. Nie powinnam była, ale nie potrafiłam patrzeć, jak się zamartwiają. Niespodziewanie poczułam, jak Axl przyciąga mnie do siebie. Objęłam go, pozwalając, aby dał mi swego rodzaju oparcie. Jednocześnie zerknęłam na Slasha. Jego wargi drżały, aczkolwiek nie płakał. Pozostawał twardy, chociaż w środku zapewne rozpadł się na miliony kawałeczków. Cierpiał, to było pewne.

   Odsunęłam się od chłopaka, nadal zachowując niewielką przestrzeń pomiędzy nami. Czułam na policzku jego niemiarowy oddech. Niepewnie oblizałam usta. Lubiłam tę bliskość, chyba nawet za bardzo.

     – Zrobiłam wszystko, co mogłam – wyszeptałam, przejeżdżając palcem po jego obojczyku.

     – Wiem – mruknął, drżąc pod wpływem mojego dotyku.

     – Nic tu po mnie. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie. – Chyba wrócę do siebie.

     – Pojadę z tobą – zaproponował.

    Nie byłam do końca przekonana, co do jego pomysłu. Dałabym sobie radę, gorzej było ze Slashem.  Nie chciałam, żeby został z tym wszystkim sam.

     – A co z nim? – zapytałam z troską w głosie. Naprawdę się martwiłam.

     – Izzy powinien za chwilę wrócić, to z nim posiedzi.

   Wzdrygnęłam się na samą wzmiankę o nim. Chyba trochę się pogubiłam i nie za bardzo wiedziałam, czego chcę.

     – Vicky? – Wydawał się być zatroskany. – Wszystko w porządku?

     – Jasne. – Przytaknęłam głową. – Po prostu trochę się zamyśliłam.

   Uśmiechnęłam się subtelnie. Poczułam, jak delikatnie przejeżdża palcami wzdłuż mojego kręgosłupa. Przymknęłam oczy. Marzyłam o chwili odpoczynku po tak ciężkim dniu.

     – Jedziemy do ciebie? – wyszeptał kusząco niskim głosem tuż nad moim uchem.

     – Czemu nie?

   Odsunął się odrobinę, pozwalając mi na swobodne ruchy. Westchnęłam, ostatni raz spoglądając na Slasha. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

     – Idziesz? – Usłyszałam głos zza moich pleców.

piątek, 11 listopada 2016

53. Something Stupid



      

     – Dzięki za podwózkę – rzuciłam, wreszcie ściągając niewygodne buty.

   Nie byłam w stanie normalnie stanąć na pełnych stopach. Odczuwałam cholerny ból, jakby ktoś  uprzednio kazał mi chodzić po kamieniach.

     – Nie ma za co – mruknął, przekręcając klucz w drzwiach. – Chociaż moglibyśmy bardzo miło spędzić ten czas. – Poruszył sugestywnie brwiami.

   Prychnęłam pod nosem. Czyli jednak nie odpuści.

     – Jeśli chcesz, możesz otworzyć wino. Powinno się jakieś znaleźć – oznajmiłam, odwieszając płaszczyk i zamiast niego narzucając na siebie przyjemnie ciepły kardigan. – Idę się odświeżyć.

     – Psujesz nastrój – skwitował, uśmiechając się zawadiacko – kotku.

   Zrobiłam kilka kroków w stronę łazienki, sycząc przy tym z bólu. Definitywnie marzyłam wyłącznie o ciepłym łóżku.

     – Słyszałeś o potrzebach fizjologicznych? – zapytałam retorycznie. – No cóż, tak się złożyło, że nie mogłam ich załatwić wcześniej.

     Prychnął pod nosem, przejeżdżając po nim palcami.

     – Nie mogłaś po prostu powiedzieć, ładnie to ujmując, że musisz siusiu?

     – Nie – wycedziłam, szczelnie przymykając dębowe drzwi.

     – Kobiety. – W jego głosie można było wyczuć znudzenie.

     – Słyszałam!

   Uśmiechnęłam się subtelnie, kręcąc głową. Ostrożnie podeszłam pod umywalkę, aby następnie móc przemyć twarz chłodną wodą. Uczucie, jakie dawał ten gest, było niezwykłe. Niby odrobinę rozbudzało, czego niekoniecznie teraz potrzebowałam, ale równocześnie po części zmywało skazy. Moje okropne samopoczucie chociaż na niewielką chwilkę przestało dawać o sobie znać. Niestety tylko złudnie. Kurczowo zaciskając brzeg ceramiki, osunęłam się na podłogę. Traciłam grunt pod nogami, świat zaczął wirować. Przymknęłam oczy, głęboko oddychając. Będzie dobrze – wmawiałam sobie. Próbowałam przemieścić się chociażby o metr. Wstałam, starając się utrzymać równowagę. Udało się. Westchnęłam, zadowolona ze swojego małego sukcesu. Zrobiłam kilka kroków. Na marne. Gwałtownie upadłam, podpierając się o ubikację. Poczułam promieniujący ból w lewej nodze, pozwalając, żeby  grymas zagościł na mojej twarzy. Powoli uklękłam, uważając na nie do końca sprawną kończynę. Niespodziewanie zaczęło mnie mdlić. Czułam dziwne skurcze w okolicy podbrzusza. Nie wytrzymałam. Potrzebowałam tej ulgi, jak niczego innego. Niechętnie zwróciłam zawartość mojego żołądka, kurczowo zaciskając jedną pięść. Moje czoło pokrył lepki, nieprzyjemny pot. Zarzuciłam wilgotne włosy na plecy, próbując nabrać nowej porcji tlenu. Chciałam sobie pomóc. Marzyłam, żeby koszmar tamtej nocy wreszcie się skończył. Tylko ona mogła mi pomóc... Heroina...

   Dokładnie umyłam zęby, pragnąc pozbyć się tego ohydnego posmaku żółci. Przetarłam wysuszoną twarz frotowym ręcznikiem. Podnosząc głowę, napotkałam lustrzane odbicie mojej osoby. Prawie bezwładną ręką przejechałam po bladym policzku. Bez zmian. Nadal wyglądałam, w mniemaniu innych, tak samo źle. Aczkolwiek mi zbytnio to nie przeszkadzało. Opuściłam pomieszczenie, związując lekko przetłuszczone włosy w niechlujnego koczka.

   Axl już na dobre rozgościł się na mojej kanapie. Zajadał się chipsami serowymi, jednocześnie krusząc nimi na moją pościel. Od jakiegoś czasu znowu zaczęłam sypiać w salonie. Jakoś w tym pomieszczeniu czułam się bezpieczniej, mniej samotnie. Zawsze mogłam włączyć telewizor, żeby nie trwać w przygnębiającej ciszy.

piątek, 30 września 2016

50. My life, my choice





   Bezcelowo spacerowałam ulicami West Hollywood, zażywając przy tym kąpieli słonecznych. Ciemne okulary zakrywały moje lekko podpuchnięte oczy, które tego dnia odrobinę mnie szczypały. W dłoniach obracałam cienkiego, mentolowego papierosa, którego od czasu do czasu podpalałam. Kompletnie nie miałam pomysłu, dokąd mogłabym się udać. Był środek dnia, więc większość klubów po prostu była jeszcze zamknięta. Wypuściłam aromatyzowany dym, jednocześnie zbliżając się do przejścia dla pieszych. Już z daleka widziałam zielone światło i gdybym tylko szła nieco szybciej, z pewnością bym zdążyła. Jednak nie śpieszyłam się, nie było po co. Mijały mnie kolejne samochody, które pozostawiały po sobie niemiły zapach spalin. Trwałam w konsternacji, co od jakichś dwóch tygodni non stop mi się zdarzało. Nawet nie zorientowałam się, kiedy światło się zmieniło. Wytrąciłam się z rozmyślań i przeszłam na drugą stronę. Rozejrzałam się dookoła, dostrzegając szyld Psycho. Nie wiedziałam, że zaszłam aż tutaj. Psycho, jako jeden z nielicznych lokali tego typu, nie znajdował się na Sunset Strip, a raczej na obrzeżach, niedaleko Santa Monica. Nie zastanawiając się ani chwili, ruszyłam w tamtym kierunku, będąc niemal stuprocentowo pewna, iż go tam zastanę. Przeczesałam palcami pełne kołtunów włosy, które dodatkowo rozwiewał delikatny powiew wiatru. Miałam szczęście, dosłownie pół godziny temu otworzono klub. Pociągnęłam za sporych rozmiarów klamkę, która na początku nie chciała współpracować. Musiałam użyć więcej siły, która ostatnimi czasy rzadko mi towarzyszyła. W końcu dostałam się do środka. Jak zwykle panował tutaj półmrok, a jedynie niewielkie lampki emitowały smugi światła. Z głośników wydobywały się dźwięki jakiejś smętnej melodii, która idealnie oddawała nastrój. Oprócz barmana, który przecierał szklanki i nie reagował na moją obecność, w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba – on…

   Podeszłam bliżej stolika, przy którym siedział. Palił papierosa, którego od czasu do czasu strzepywał o szklane krawędzie popielniczki. Obok jego łokcia stała szklanka wypełniona bursztynowym trunkiem – zapewne whiskey. Ostrożnie usiadłam naprzeciwko, czekając aż zwróci na mnie uwagę. Mężczyzna po chwili podniósł swój nieobecny i zarazem zmęczony wzrok, następnie zatrzymując go na mojej osobie. Poczułam dziwne ciarki, których od dawna nie doświadczałam. Zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, pomimo że dawały mi swoistą ochronę, ukrycie. Odłożyłam je na blat, jednocześnie starając się nie patrzeć mu prosto w oczy. Następnie wyjęłam z torebki plik banknotów, które rzuciłam na stół, prosto pod jego ręce. Dopiero teraz uraczyłam go spojrzeniem, czując bijący od niego chłód. Spojrzał krótko na pieniądze, po czym z zapytaniem znowu popatrzył na mnie.

     – Nie rozumiem. – Pokręcił głową, jednocześnie strzepując papierosa. – Jesteś mi coś winna, chcesz coś kupić?

   Biłam się z myślami, bezustannie zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze postępuję. Tak długo z tym walczyłam tylko po to, żeby teraz ot tak wrócić do marnego początku. Chciałam tego? Oczywiście, że tak. Czułam, jakby to była jedyna droga ratunku, pomocy. Sama przestawałam sobie z tym radzić. Potrzebowałam czegoś, co odrobinę by mnie wsparło, ukoiło przenikający ból.

     – Ja nie, ale Lena już tak. Po prostu jestem dobrą przyjaciółką i chcę jej pomóc – oznajmiłam dosyć chłodno.

   Ben nadal patrzył na mnie nieufnie. Zgasił niedopałka, wyrzucając go do popielniczki. Przejechał dłonią po żuchwie pokrytej niewielkim zarostem. Obniżył wzrok, zabierając się przy tym za liczenie pieniędzy. Denerwowałam się, chociaż on zachowywał spokój. Przygryzałam dolną wargę, niecierpliwie czekając, aż skończy.

     – Trochę tego za dużo – rzucił po chwili, popijając alkohol.

     – Wiem. Chcę skorzystać z okazji i coś u ciebie zakupić.

   Nie wiedziałam, czego tak naprawdę chciałam. Pod stołem bawiłam się palcami tylko po to, żeby cokolwiek z nimi zrobić. Bałam się ponownego upadku, aczkolwiek z drugiej strony, nie mogłam już dłużej tak funkcjonować. Powoli Valium przestawało wystarczać.

   Wyglądał na zdziwionego. Nigdy wcześniej nie kupowałam niczego u niego. Nic nie mówił przez chwilę, zapewne nad czymś się zastanawiając. Przynajmniej wydawał się być zamyślony.

     – Chcesz coś do picia? – zapytał, jakby wytrącony z transu.

     – Poproszę sok jabłkowy.

   Ostatnio wlewałam w siebie zbyt duże ilość toksycznego alkoholu. Do teraz miałam niewielkiego kaca, który zresztą nękał mnie niemal codziennie. W końcu musiałam zrobić sobie niewielki detoks, żeby zregenerować resztki sił, które mi pozostały.

   Chłopak podniósł rękę do góry i zamówił dla mnie wspomniany napój. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy barman przyniósł szklankę z sokiem. Niemal na raz wypiłam połowę jej zawartości, odrobinę zwalczając pragnienie.

     – Lubię robić interesy, ale z zaufanymi osobami, a ciebie nie znam – powiedział, odpalając kolejnego papierosa. – Możesz mi przypomnieć, jak się nazywasz?

     – Vicky – oznajmiłam bez chwili namysłu. – Ta od Gunsów – dodałam już mniej pewnie.
 
   Jego wyraz twarzy od razu zmienił się na mniej podejrzliwy, a co za tym idzie, bardziej przyjazny. Uśmiechnął się delikatnie, wypuszczając przy tym siwy dym, który wypełnił przestrzeń pomiędzy nami. Pomimo że byłam czynnym palaczem, zakaszlałam kilka razy, krzywiąc się przy tym, kiedy toksyczny opar dotarł do moich nozdrzy.

     – Trzeba było tak od razu. Nie spodziewałem się, że to ty jesteś ta Ruda od Eddiego. Nieźle mu naściemniałaś z tą chorobą.

   Prychnęłam ironicznie. Czyżby już wszyscy, którzy dla niego pracowali, słyszeli o mnie? Poza tym skłonienie się do kłamstwa było jedynym wyjściem, jeżeli chciałam zrobić sobie dłuższy urlop. Mój szef respektował jedynie okres albo chorobę. Zwykła chęć ucieczki od rzeczywistości nie przeszłaby.

     – Skąd wiesz, że kłamałam? – Przejechałam palcem wskazującym  po wilgotnych brzegach szklanki. – Może to była tygodniowa niedyspozycja?

   Uśmiechnęłam się zalotnie. Powoli uczyłam się, jak należy się zachowywać, rozmawiać z takimi ludźmi. Musiałam wykorzystywać wszystkie swoje atuty oraz udawać cholernie pewną siebie. Kokietowanie również było mile widziane.

     – Nieważne w co z nim grasz – rzucił, pociągając fajkę. – Mnie to nie dotyczy. Przechodząc do sprawy, czego księżniczka sobie życzy?

   Prychnęłam po raz kolejny, następnie upijając łyka chłodnego napoju. Miałam już po dziurki w nosie tych głupich zdrobnień, których używali niemal wszyscy faceci. Czy oni nie potrafią wymyślić czegoś sensowniejszego?

     – Tego, co wszyscy u ciebie kupują. Coś mocnego na porządne znieczulenie – powiedziałam pewnie, co pewien czas subtelnie unosząc kąciki.

   Grałam, co ostatnio zdarzało mi się coraz częściej. Życie nauczyło mnie, żeby chować strach i cierpienie dla siebie. Im bardziej byłeś wygadany, pewny siebie, a w niektórych momentach nawet chamski tym bardziej liczyłeś się w tym brudnym i chorym towarzystwie. Trzeba było umieć grać w ich gierki i robić interesy, aby przeżyć jeden pieprzony dzień. A on mijał i pojawiał się następny, aż z biegiem czasu musiałeś zobojętnieć, nie przejmować się niczym. Zmieniałam się, pomimo że na początku kompletnie nie miałam o tym pojęcia. Później było tylko za późno…

poniedziałek, 18 lipca 2016

45. Merry Christmas

 

   Nawet się nie obejrzałam, a już nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie dzień. Moje pierwsze święta spędzone z chłopakami. Z tej okazji zaplanowaliśmy małą, kameralną imprezę. To było aż do nich niepodobne, ale chyba woleli spędzić ten czas w gronie najbliższych.
   Od samego rana zobowiązałam się pomóc w przygotowaniach Hell House na tę okazję. Pracy było dużo, ponieważ oni rzadko kiedy tutaj sprzątali. Na szczęście udało mi się zwerbować Lenę, która jak już sobie władowała była nawet pomocna. Zmywałam podłogi, podczas gdy ona zajmowała się ścieraniem kurzu z mebli, których swoją drogą nie mieli nie wiadomo ilu. Nawet Slash zaoferował swoją pomoc przy wynoszeniu pustych butelek, które walały się dosłownie wszędzie. Duff i Izzy  z kolei pojechali na zakupy. Oby tylko nie kupili zapasu papieru toaletowego zamiast dobrego alkoholu. A nie, takie rzeczy to tylko ze Stevenem, który wyszedł, aby spotkać się z Lily. Swoją drogą, moje przekonania się potwierdziły i dziewczyna faktycznie była byłą współlokatorką Fiodorow i Pittmana. Z wielką chęcią chciałam ją poznać, pomimo że podchodziłam do niej raczej sceptycznie.
   Axla raczej nie widywałam od tamtego incydentu, więc i teraz nie miałam pojęcia, gdzie się znajdował. Zapewne udał się do klubu albo w jedno z tych swoich miejsc. Zbytnio się tym nie przejmowałam. Może wynikało to z tego, iż już  praktycznie mi na nim nie zależało. 
   Właśnie kończyłam wyrzynać szmatę i zostało mi dosłownie kilka metrów podłogi w salonie, kiedy otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszli nie kto inny, jak Izzy i Duff. Ten pierwszy niósł kilka reklamówek, które były wypełnione po brzegi, natomiast basista schował coś za plecami.
     – Ej, ja tu sprzątam! – krzyknęłam oburzona, zauważając ich buty, które oblepione były błotem.
     – Ooo, hej Vicky Świetnie wyglądasz. Robiłaś coś z włosami? – odezwał się Duff, który cały czas szczerząc się, przemierzał pomieszczenie, pozostawiając po sobie ślady.
   Popatrzyłam na niego z politowaniem. Miałam na sobie czarne dresy i malinową bokserkę. Byłam niepomalowana, a włosy związałam w niechlujnego koczka, tylko po to, żeby mi nie przeszkadzały. Wyglądałam jak siedem nieszczęść, a on próbował mi wmówić, że wcale tak nie było.
     – A co tam masz? – zapytałam, wskazując palcem na jego ręce.
     – A nic – odpowiedział nienaturalnie wysokim głosem.
   Zaśmiałam się. Basista nie potrafił ukrywać pewnych rzeczy. Podejrzewam, że z kłamaniem wychodziło mu podobnie. Przyglądałam mu się z najmniejszą dokładnością. Próbował powoli wycofywać się w stronę kuchni, uważając, żebym przypadkiem nie zobaczyła, co niesie. Niestety chyba dzisiaj nie był jego dzień, ponieważ będąc w okolicy schodów, potknął się o leżącego nieopodal kota i już po chwili miał dosyć nieprzyjemne spotkanie z podłogą.
       – Aua – odparł, leżąc na plecach i oglądając niezbyt czysty sufit. – Swoją drogą, strasznie dużo tutaj much.
      – Duff, gdzie jest Puszek? – zapytałam lekko zdenerwowana. Steven by nam nie darował, gdyby temu zwierzęciu stała się jakakolwiek krzywda.
      – Nie wiem. Na pewno nie jest pode mną.
   Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oprócz świeżych plam na dopiero co pozmywanej podłodze, dostrzegłam małą choinkę, która leżała obok blondyna, który swoją drogą wyglądał, jakby zaraz miał umrzeć.
     – Chyba aż tak źle nie jest, co? – zapytałam i spojrzałam na niego wymownym wzrokiem.
     – No wiesz, przyjemnym masażem nie pogardzę – starał się pokazać swój urok osobisty, aczkolwiek niezbyt mu to wyszło, ponieważ po chwili się roześmiał.
   Pokręciłam głową i rzuciłam w jego stronę poduszkę, która o dziwo znajdowała się na kanapie. Zapewne, któryś z chłopaków nie był w stanie wejść na górę i po prostu zasnął tam, gdzie był.
     – A to za co? – zapytał z udawanym oburzeniem.
     – Sama nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Za żywota, chociaż to miłe, że kupiłeś choinkę, pomimo że nie mamy łańcuchów, gwiazd i bombek – posłałam mu sztuczny uśmiech. – Lecz za poświęcenie swoich ostatnich centów na miłą atmosferę, a nie butelkę wódki, pomogę ci wstać – oznajmiłam i podałam mu rękę, którą złapał.
   Na całe szczęście wstał o własnych siłach, a ja służyłam mu tylko za podporę. Nie wyobrażałam sobie podnoszenia go, ważył chyba ze sto osiemdziesiąt funtów. Założyłam za ucho zwisający kosmyk i spojrzałam na niego, oczekując decyzji, co dalej robimy.
     – Co wy robicie? – usłyszałam zdziwiony głos Izzy’ego, który po wypakowaniu wszystkich zakupów, zaszczycił nas swoją obecnością.
     – Szukamy kota – odpowiedziałam obojętnie.
     – Siedzi na schodach – poinformował nas, jakby to była jakaś oczywistość.
   Kątem oka zerknęłam w wyznaczonym kierunku. Rzeczywiście na jednym z ostatnich schodów, znajdowała się mała, czarna kulka, która była łudząco podobna do Puszka. Więc tu się ukrył! Na całe szczęście, bo nie wiem, jaką bajeczkę musiałabym wcisnąć Adlerowi.
     – Faktycznie – oznajmiłam, uśmiechając się szeroko.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

42. Fifty shades of Axl





Uwaga! Pomimo mylnego tytułu w rozdziale nie pojawią się sceny rodem z książki Pięćdziesiąt twarzy Greya. Cóż, nie moje klimaty.


Ze snu wyrwał mnie przerażająco głośny dźwięk dzwonka do drzwi.

Czy on nie mógł zabrać ze sobą kluczy?

Z niechęcią otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek. Dochodziła ósma. Westchnęłam głośno i wtuliłam głowę w poduszkę. Jedyne, o czym marzyłam, to dodatkowe pięć minut snu. Niestety, mój gość chyba był w gorącej wodzie kąpany, ponieważ nieprzerwanie molestował dzwonek. Z niezadowoleniem na twarzy zwlokłam się z łóżka i powolnym krokiem zwierzałam ku drzwiom.

    – Wiesz, która jest godzina? – zapytałam jeszcze zaspanym głosem, przecierając oczy.

    – Misiaczku, chyba nie zamierzasz spać do południa, kiedy możesz ten czas spędzić z tak zajebistą osobą, jaką jestem ja – odpowiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.

    – Chyba masz zbyt duże mniemanie o sobie, panie wcale nie jestem zajebisty Rose – powiedziałam, patrząc na niego z politowaniem.

Chłopak zaśmiał się i oparł dłoń o futrynę. Bacznie mi się przyglądał i widać było, że jest w dobrym humorze.

    – Będziemy tu tak rozmawiać, czy może zaprosisz mnie do środka?

    – Najchętniej zamknęłabym ci drzwi przed nosem, ale wiem, że to nic nie da – powiedziałam i posłałam mu sztuczny uśmiech.

Axl podszedł bliżej i położył dłonie na moich biodrach. Poczułam się dziwnie niepewnie, natomiast z jego twarzy nie znikał ten cholerny uśmiech.

    – Puść mnie – wysyczałam.

    – Oj kotku... – próbował zacząć, ale mu przerwałam.

    – Puszczaj – odparłam nieco ostrzej.

    – Jak chcesz – wyszeptał do mojego ucha.

Momentalnie odsunął się ode mnie z wyciągniętymi rękami i udał się w stronę kuchni. Westchnęłam i zamknęłam szczelnie drzwi. To był dopiero początek, a już miałam go dosyć. Policzyłam w myślach do dziesięciu, próbując zachować zimną krew. Tego dnia nie zamierzałam pozwolić mu na to, aby wytrącił mnie z równowagi. Poprawiłam włosy i poszłam dołączyć do mojego towarzysza. Wolałam nie zostawiać go samego. Już jeden omal mi wczoraj nie rozwalił kuchni.

piątek, 3 czerwca 2016

41. The revenge will (not) be sweet





    – A co powiesz na Fitzcarraldo? –zapytał Duff, oglądając kasetę z filmem.

    – Czemu nie – wzruszyłam ramionami.

Chłopak wstał z kanapy i podszedł do magnetowidu, aby włączyć film. Swoją drogą tego wieczoru sporo oglądaliśmy. Kino akcji, komedie romantyczne, a nawet coś detektywistycznego. Jednak teraz byłam już trochę zmęczona i tak naprawdę wybór był mi obojętny. Położyłam się na miękkiej poduszce i przykryłam kocem. Od razu przyjemniej.

    – Tylko nie idź spać w połowie filmu, bo nie zamierzam ci go streszczać – roześmiał się, jednocześnie siadając obok mnie.

Uśmiechnęłam się tylko pod nosem. Dobrze wiedziałam, że najprawdopodobniej tak się stanie.

    – Duff?

    – Tak? – odparł, nie odrywając wzroku od telewizora.

    – Dzięki za dziś – mruknęłam, jednocześnie powstrzymując ziewanie.

    – Nie ma za co. Czasami przyda mi się zwykły dzień, bez odurzania się od samego rana.

    – A często taki się zdarza? – zapytałam z ciekawości, chociaż znając ich to było bardzo wątpliwe.

    – Nie – zaśmiał się. – Chyba nie potrafimy inaczej funkcjonować.

Przewróciłam oczami. Typowe gwiazdy rocka. Tylko, że do nich brakowało im jeszcze międzynarodowej sławy i w ciul kasy.

    – Stanowczo – odparłam.

Zakończyliśmy naszą krótką i jakże ambitną konwersację, ponieważ z ekranu zniknęły napisy i zaczął się film. Starałam się skupić całą swoją uwagę na nim i przestać myśleć o przeszłości, co dotychczas mi się udawało. Niestety czułam, że moje powieki robią się coraz cięższe. Na dobrą sprawę nie minęło dziesięć minut, a ja już smacznie spałam. Ostatnio coraz częściej i bardziej odczuwałam zmęczenie.

środa, 4 maja 2016

37. We have to talk



Lena siedziała skulona na zimnym podłożu i próbowała dojść do siebie, w czym przeszkadzał jej płacz. Była cała roztrzęsiona i ledwo udało jej się cokolwiek powiedzieć. Nie mogłam bezczynnie na to patrzeć. Musiałam się tym zająć i zabrać ją do siebie. Tylko, że to nie było takie proste. Nie chciałam zostawić dziewczyny samej, ale z drugiej strony, jeśli nie pojawię się w pracy, to może się dla mnie źle skończyć. Nagle wpadłam na jedyne sensowne rozwiązanie tej sytuacji. Tylko dlaczego musiałam aż tak się zniżyć i poprosić go o pomoc? Chyba nie było innego wyjścia.

    – Zaczekaj tutaj – poprosiłam moją przyjaciółkę i gwałtownie się podniosłam. – Zaraz sprowadzę pomoc.

Bez chwili zastanowienia, żwawym krokiem udałam się z powrotem do klubu. Po raz kolejny ogarnęła mnie ciemność, a do moich uszu docierały głośne dźwięki przesterowanych gitar. Rozejrzałam się dookoła, aby go znaleźć. W końcu go zauważyłam. Siedział przy barze z tą swoją blondi i bezczelnie patrzył się na jej biust, podczas gdy ona mu o czymś opowiadała. Widać, że zależy mu tylko na jednym. Przewróciłam oczami i podeszłam bliżej nich, ale oni wcale nie zwrócili na mnie uwagi. Byli zbyt zajęci sobą. To było takie słodkie, że aż nie.

sobota, 20 lutego 2016

18. Touch me like you do



Od pół godziny przygotowywałyśmy z Leną Hell House na imprezę. Czarnowłosa dmuchała i rozwieszała balony, a ja zajęłam się jedzeniem. Rozstawiłam na stole miski z chipsami, a obok ustawiłam butelki z alkoholem. Chłopaki wyszli jakieś piętnaście minut temu, ale obiecali, że zaraz wrócą i nam pomogą.

  - Jak tam z Axlem? - zapytała moja towarzyszka, przechodząc do pakowania prezentu.

  - Bez zmian. Nadal jestem na niego wkurzona.

  - Przejdzie ci - machnęła ręką.

  - A wiesz co? Mam lepszy pomysł - na mojej twarzy pojawił się szelmowski uśmiech.

  - Co ty kombinujesz? - zapytała zaniepokojona.

  - Nic - opowiedziałam. - Przyjdzie Chris?

  - Nie, powiedział, że nie ma ochoty. Vicky, powiedz, co planujesz - była lekko poirytowana.

  - Małą, niewinną zemstę na moim kochanym chłopaku - rzuciłam.

sobota, 13 lutego 2016

16. Face of an angel with the love of a witch




Wróciliśmy dosyć późno. Byłam potwornie zmęczona, więc od razu rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam w objęciach Rose'a, który na dobranoc ucałował mnie w czoło.

 Około godziny czwartej obudził mnie potworny ból głowy. Zapewne to był kac, w końcu sporo wypiłam. Delikatnie zdjęłam rękę Axla z mojej talii. Rudowłosy przewrócił się tylko na drugi bok i nadal spał jak zabity. Cicho zeszłam na dół, żeby nikogo nie obudzić. Nie wiem dlaczego, ale pomimo faktu, że był środek lata, było mi cholernie zimno. Oprócz okropnej migreny czułam jeszcze ból w kościach. Mam nadzieję, że to nie jest grypa, bo nie mogę sobie teraz pozwolić na wylegiwanie się w łóżku i nicnierobienie. Zapaliłam światło w kuchni i wyjęłam butelkę wody z lodówki. Wypiłam prawie całą na raz. Odczuwałam dreszcze, pomimo, że nie miałam gorączki. Udałam się do łazienki. Spojrzałam w lustro, gdzie malował się obraz bladej, zniszczonej cery. Odkręciłam zimną wodę i przemyłam nią kilkukrotnie twarz. Wypuściłam głośno powietrze. Miałam zawroty głowy i czułam się, jakby mnie przejechała ciężarówka. Przechodziłam piekło, chociaż nie było ze mną jeszcze tak źle. Kiedy chciałam wyjść, zaczęłam odczuwać nudności. Nachyliłam się nad ubikacją i zwróciłam całą zawartość mojego żołądka. Umyłam zęby i jeszcze raz spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Sine cienie pod oczami, mocno podkreślone kości jarzmowe, szarawy odcień skóry. Muszę się wziąć za siebie, ale najpierw zrobię coś z tymi potwornymi bólami. Wiedziałam, że tylko jedna osoba mogła mi w tej chwili pomóc.

niedziela, 31 stycznia 2016

14. You can fool yourself




Minęły dwa tygodnie, odkąd Gunsi wyjechali. Powoli zaczynało mi ich brakować. Nie było z kim imprezować, nikt nie mówił mało śmiesznych kawałów i nie miałam osób do wkurzania.
                Nie widziałam się z Chrisem od ostatniego incydentu. Przychodził kilka razy do Rainbow, zostawiał jakieś liściki, ale zignorowałam go. Stwierdziłam, że tak będzie lepiej. Jego osoba działała na mnie w niebezpieczny sposób. Przecież ja kochałam Axla.
                 Wracałam z pracy. Było już dość późno, ponieważ nieco zasiedziałam się w klubie. Ulice oświetlało rażące światło pochodzące z latarni. Wiał nieprzyjemnie chłodny wiatr. Założyłam kaptur na głowę.  Najchętniej wsiadłabym w autobus, ale wczoraj wydałam wszystkie oszczędności na dragi, więc musiałam wracać na piechotę. Włożyłam słuchawki do uszy i włączyłam  Dream on Aerosmith. Od razu lepiej!
Przechodziłam koło klubów z neonowymi szyldami, które zawsze cieszyły moje oko. Po drugiej stronie ulicy jakiś facet wdał się z kimś w bójkę. Przestraszona przyspieszyłam krok, żeby znaleźć się jak najdalej od nich. Skręciłam na Crescent Heights Boulevard, które uchodziło za spokojną aleję. Znajdowało się przy niej wiele domów, które wyglądały na zadbane i przede wszystkim bogato urządzone.
                Kilka przecznic przed Hell House moją uwagę przykuł ciekawy budynek. A konkretniej jego wnętrze. Znajdowała się w nim wypożyczalnia, a na jej wystawie widniały kasety z lekcjami cha-chy. Nie mogłam się oprzeć i weszłam do środka. Kiedy otworzyłam drzwi, pomieszczenie wypełnił charakterystyczny dźwięk dzwonka umieszczonego na futrynie. Zza lady wydobyła się postać starszego, siwego mężczyzny.
                – W czym mogę pomóc?– zapytał uprzejmie, zacierając dłonie.
                Uśmiechnęłam się subtelnie, podchodząc bliżej lady.
                – Chciałabym wypożyczyć wszystkie kasety o tańcu towarzyskim, jakie pan ma – oświadczyłam z powagą.
                Popatrzył na mnie ze zdziwieniem, po czym podreptał w kierunku wystawy. Oparłam się o blat i zaczęłam nerwowo uderzać o niego paznokciami. Po kilku minutach mężczyzna wrócił za kontuar, trzymając w ręku kilkanaście kaset VHS.
                – Dziękuje bardzo – zanuciłam, odbierając od niego upragnione rzeczy. – Postaram się jak najszybciej je oddać.
                Pokiwał twierdząco głową, podczas gdy ja pakowałam kasety do torebki. Uśmiechnęłam się na pożegnanie, zdecydowanym krokiem opuszczając pomieszczenie.

sobota, 19 grudnia 2015

5. I know how you feel inside






   Obudziłam się rano z potwornym bólem głowy i ogromnym pragnieniem. Męczył mnie kac, który zawsze towarzyszył mi po imprezach. Pocieszający był fakt, iż pracę zaczynałam dopiero wieczorem. Do tego czasu mogłam wiele zrobić, a przede wszystkim doprowadzić się do porządku.
 
    Zarzuciłam na siebie przyjemnie ciepły frotowy szlafrok, po czym jeszcze odrobinę zaspana zeszłam na dół do kuchni. Od razu zabrałam się za przeszukiwania szafek w celu znalezienia jakichś leków przeciwbólowych. Nie było to łatwe zadanie, bowiem jeżeli posiadali apteczkę, to była ona dosyć ubogo wyposażona. Jednak już po chwili mogłam się cieszyć pożądaną rzeczą. Zażyłam dwie tabletki, popijając je sporą ilością wody. Miałam nadzieję, że za jakiś czas będzie już lepiej. Zaparzyłam dla siebie porcję aromatycznej kawy, która była idealna na rozbudzenie. Nie odczuwałam głodu, przez co śniadanie odeszło na drugi plan. Jedyne, o czym marzyłam to przyjemny poranek spędzony na relaksowaniu się przed telewizorem. W tym celu udałam się do salonu, aby tam móc się rozłożyć na kanapie.  Na miejscu zastałam Axla, który nawet nie próbował się kryć ze swoimi zamiarami. Siedział przy stoliku, na którego blacie wysypał odrobinę białego proszku. Obok leżała karta i banknot jednodolarowy. Doskonale wiedziałam, do czego służył ten zestaw.

     – Wczoraj jeszcze prawiłeś mi kazania, a dzisiaj co? Sam ćpasz? – zapytałam, próbując zachować spokój.

   Dopiero teraz mnie zauważył. Odwrócił się w moją stronę ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Jego dłonie odrobinę drżały, nad czym nie mógł zapanować.
  
     – Skarbie, to nie jest tak, jak myślisz. Dla mnie już nie ma ratunku. Jeśli chce normalnie funkcjonować, to muszę brać. Poza tym to jest koka, a nie hera – rzucił na koniec bez przekonania.
  
   Prychnęłam pod nosem. Naprawdę sądził, że w ten sposób mnie przekona? Mylił się. Podeszłam bliżej, a następnie ostrożnie usiadłam na kanapie. Sama kiedyś miałam jednorazowy incydent z kokainą, przez co doskonale znałam jej działanie. Jednakże nigdy nie zdecydowałam się tego powtórzyć.
  
     – Axl, masz mnie za idiotkę? – żachnęłam się. – Przecież oba są cholernym świństwem, które wyniszcza organizm. Grunt to nauczyć się nad tym panować.
   Zaśmiał się ironicznie, poprawiając włosy, które opadły mu na twarz. Spojrzałam na niego z pogardą. To, że był bardziej doświadczony wcale nie oznaczało, iż ja nie miałam żadnej wiedzy na ten temat. O dziwo trochę się znałam na rzeczy.

     – Jeszcze się musisz dużo nauczyć – oznajmił rozbawiony.

   Nie przejmując się moją obecnością, uformował kreskę, po czym ją wciągnął. Uśmiechnął się, zapewne czując swego rodzaju ulgę. Pociągnął kilkukrotnie nosem, po czym wstał z kanapy.

     – Mam przypływ weny. Jakbyś mnie szukała, to jestem u siebie – powiedział, posyłając mi całusa.

   Skrzywiłam się, jednocześnie odstawiając kubek na stół. Jak na razie nie miałam ochoty na spędzanie czasu w jego towarzystwie. Sięgnęłam po pilota, aby w końcu móc oglądnąć telewizję. Praktycznie na większości kanałów nie było niczego ciekawego, toteż zostałam zmuszona do zgłębiania najnowszego odcinka jednego z kultowych seriali, który oglądałam jeszcze w liceum.  Jako że nie śledziłam go od kilku lat, miałam problemy ze zorientowaniem się w akcji. Mimo to i tak oglądałam dalej, chcąc chociaż na chwilę nie zajmować się swoim albo czyimś życiem.

   Po zmarnowanej godzinie wyłączyłam telewizor i wreszcie stwierdziłam, że czas zrobić coś pożytecznego. Udałam się na górę, gdzie zmieniłam ubrania oraz wykonałam makijaż. Następnie zabrałam się za sprzątanie łazienki, która generalne porządki przechodziła chyba wieki temu. Przy okazji chociaż na chwilę mogłam przestać myśleć o heroinie. Ten zbawienny narkotyk coraz bardziej przypominał mi o sobie, a raczej o wrażeniach, jakie dawał.

   Zmęczona po porządkach, zdecydowałam się pójść na spacer. Było mi trochę duszno, przez co pragnęłam odrobiny świeżego powietrza. Wyszłam z domu i ruszyłam w stronę plaży, odczuwając aż nadto przyjemny upał. Zapomniałam, że znajdowałam się w Los Angeles, gdzie niemal przez cały rok świeciło słońce. To właśnie przez nie co chwilę mrużyłam oczy. Żałowałam, że wcześniej nie zainwestowałam w okulary przeciwsłoneczne. Przez swoją bezmyślność byłam skazana na niewielki ból oraz łzawienie.  Chcąc to wyeliminować, udałam się do najbliższego sklepu z pamiątkami i innymi duperelami. Tak jak myślałam, w środku znalazłam pożądaną rzecz. Po dłuższych przymiarkach zdecydowałam się kupić czarne lenonki. Od razu lepiej!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

3. Somethin's changin' inside you



   Jeszcze dosłownie przez chwilę patrzyłam na Todda. Jego broda dodawała mu męskości, a brązowe oczy idealnie komponowały się z brunatnymi włosami, które teraz były niechlujnie związane. Podając gościom drinki, dorzucał za darmo swój życzliwy uśmiech, którym mógł oczarować niejedną. Takie ciacho chciało się spotkać ze mną? Z tą, która wygląda jakby lato spędziła na Alasce, dziewczyną o niskim wzroście i potarganych ciemnobrązowych włosach? Jedyne, co inne mogłyby mi pozazdrościć to oczu o szafirowym kolorze.

   Nie zamierzałam dłużej siedzieć w klubie. Nie byłam przyzwyczajona do atmosfery, jaka panowała. Dopiłam drinka i skierowałam się w stronę wyjścia. Na zewnątrz wpadłam na Axla, który najwidoczniej zamierzał dostać się do środka.
 
       – Wychodzisz już? – zapytał zdziwiony, łapiąc mój nadgarstek.
 
    – Jestem odrobinę zmęczona i jedyne, o czym marzę to przyjemne i ciepłe łóżko – odpowiedziałam, jednocześnie ziewając.
 
       – Odprowadzę cię – zaproponował.

   Przytaknęła głową, po czym udaliśmy się w stronę Hell House. Axl cały czas mówił o czymś, żwawo przy tym gestykulując. Nie słuchałam go zbytnio. Zamiast tego nadal myślałam nad kilkoma sprawami. Po chwili mój towarzysz ucichł. Zapewne zauważył, że na marne nadwyrężał swoje gardło. Podążaliśmy dalej w milczeniu, słuchając jedynie lekkiego powiewu wiatru.
     
      – Powiedz mi – zaczęłam, żeby przerwać niezręczną ciszę – kim jest ta dziewczyna, która spotyka się z Izzym?
 
        – Masz na myśli Angelę? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że jesteś zazdrosna.

      – Nie jestem – oznajmiłam, chichocząc. – Po prostu pytam z ciekawości. – Założyłam luźny kosmyk włosów za ucho.

      – Kochana, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Wracając do tematu, spotykają się od jakichś dwóch miesięcy. Z tego, co mówił Izzy, poznali się któregoś wieczoru w Roxy. Angela jest modelką.

   Kompletnie nie zdziwiła mnie ta informacja. Miała idealne warunki do tego zawodu, czego mogła pozazdrościć jej każda dziewczyna.
  
       – Czyli to coś poważniejszego? – zapytałam, pocierając dłonie, aby wytworzyć chociaż odrobinę ciepła.

       – Na to wygląda. A ty co się tak o niego martwisz?
 
       – Znamy się, odkąd pamiętam. Jest dla mnie jak starszy brat.
  
       – Wiem, ale mimo to nie rozumiem waszej relacji. Niby jesteście blisko, a zarazem zachowujecie swojego rodzaju dystans.

     – To coś podobnego do naszej relacji. – Zaśmiałam się. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie znaczenie miała dla niego moja wypowiedź.