Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rainbow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rainbow. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 maja 2017

66. I can't hide what I've done, scars remind me of just how far I've come




– Vicky? Co ty tutaj robisz?
Odwróciłam się, usłyszawszy jego głos. Uśmiechnęłam się niewyraźnie. Coś czułam, że mógł mi pomóc. Zrobiłam kilka kroków na przód. Musiałam mu streścić wszystkie ważne wydarzenia dzisiejszego dnia. Razem na pewno coś wykombinujemy. Zatrzymałam się kilka centymetrów przed jego postacią, przypomniawszy sobie o dosyć istotnym szczególe. Od kilku godzin nie miałam żadnego kontaktu od Nicole i na dobrą sprawę nawet nie wiedziałam, gdzie mogłaby być…
– Nicole – mruknęłam niewyraźnie, skupiając swoje nieobecne spojrzenie na czubkach jego butów.
– Coś się stało? – spytał z troską.
Przeniosłam wzrok na jego twarz. Zmarszczył brwi, okazując niewiedzę.
– Axl, musisz mi pomóc – oznajmiłam półszeptem.
Chłopak podszedł bliżej, przejeżdżając dłonią po moim ramieniu. Chciał w jakiś sposób okazać mi wsparcie. Doceniałam to, nawet bardzo. Aczkolwiek jednocześnie bałam się, że jak dowie się prawdy, to nie będzie chciał mnie znać. Nie przeżyłabym kolejnej straty…
– No wiesz, to zależy do czego chcesz mnie wykorzystać – próbował mnie rozśmieszyć, co po części mu się udało. Na mojej twarzy dosłownie na moment zagościł subtelny uśmiech.
– Nicole wie o wszystkim – odparłam z trudem, posmutniawszy natychmiastowo.
– Powiedziałaś jej? – spytał wysokim głosem, mimo wszystko próbując opanować negatywne emocje. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
– Nie – zaprzeczyłam krótko, odwracając wzrok. – Rosie jej powiedziała.
Wokalista odsunął się nieznacznie, opierając ręce na biodrach. Wyglądał na kompletnie zdziwionego. Moje zdawkowe odpowiedzi ani trochę nie przybliżały go do prawdy.
– A jej kto powiedział? – spytał ostrożnie.
Zaczekałam chwilę z odpowiedzią. Musiałam rozważyć, czy mówić mu wszystko, czego dowiedziałam się od blondynki czy tylko przytoczyć najistotniejsze fakty. Axl jednak trochę się niecierpliwił i ponaglał mnie, kilkukrotnie odchrząkując.
– Eddie jest jej biologicznym ojcem – oznajmiłam. Mówienie tego po raz kolejny przychodziło już nieco łatwiej. – Spotkała się z nim i wtedy powiedział jej prawdę.
Rose zaklął pod nosem, śmiejąc się ironicznie. Nikt nie chciał w to wierzyć. Może jednak nadal śniłam? Zdecydowanie nie. Mój mózg nie był aż tak dobry, żeby odtworzyć ten okropny chłód.
– Co robimy? – westchnął, przestając chodzić w kółko.
Rosie raczej należała do spraw zamkniętych. Duff tym bardziej, chociaż nadal łudziłam się, że kiedyś mi wybaczy. Podobnie Hooter. Zostawała tylko Nicole… Martwiłam się na samo wspomnienie jej osoby. Nie znała tego miasta. Sama dokładnie nie wiedziałam, gdzie co było, a mieszkałam tu od dłuższego czasu. Wzdrygnęłam się, kiedy przez moją głowę przeleciała myśl, iż mogła spać w jakimś przytułku dla bezdomnych. Gregowi z pewnością nie wybaczyła. Wydawała się być zdecydowaną i pamiętliwą osobą.
– Musimy jej poszukać – bardziej zleciłam niż zaproponowałam. – Tylko, że nie mam pojęcia, gdzie mogłaby być.
Przytknęłam lodowatą dłoń do czoła. Czułam pulsujący ból, który prawdopodobnie został spowodowany nadmiarem emocji.
Chłopak podszedł bliżej, stając naprzeciwko mnie. Odgarnął miedziane kosmyki, które wiatr usilnie próbował wepchnąć mu do ust. Jego twarz oświetlało chłodne światło ulicznej lampy. Byliśmy tylko we dwójkę. Mało kto z własnej woli kręcił się w tej okolicy po zmroku.
– Vicky, musisz się skupić – polecił. Jego głos przyjemnie koił moje bębenki. Przymknęłam oczy dla polepszenia rezultatu. – Zastanów się. Co o niej wiesz? Miała jakieś koleżanki czy coś? Może chodziła w jakieś konkretne miejsca?
Próbowałam odtworzyć nasze krótkie i nieco wymuszone rozmowy. Musiała kiedyś powiedzieć coś więcej. Przecież to tylko mały odcinek czasu. Łatwo powiedzieć. Samego dzisiejszego dnia wydarzyło się więcej niż przez cały poprzedni tydzień.
– Mówiła coś o jakieś Corinne albo Connie – mruknęłam, otwierając oczy. – Nie pamiętam. Wiem, że miała na nazwisko Taylor.
Prychnął pod nosem, uśmiechając się gorzko. Chyba taka odpowiedź go nie satysfakcjonowała. Mnie z resztą też.
– Wiesz ile ludzi o nazwisku Taylor mieszka w Los Angeles? – spytał retorycznie, utrzymując ze mną kontakt wzrokowy. – Gdybyśmy chcieli dzwonić do każdego z nich, to nie skończylibyśmy przed wakacjami.
Przygryzłam nerwowo wargę. Musiała coś jeszcze powiedzieć. Znała się z tą dziewczyną ze szkoły. Polubiły się. W środę… Nie, to było raczej wczoraj. Powiedziała, że idzie się z nią spotkać. Specjalnie pytała, jak może dotrzeć do…
– Ściana z graffiti przy Lime Street – wybełkotałam, wypowiadając na głos swoje myśli.
Chłopak wydawał się być bardziej ożywiony, usłyszawszy tę wiadomość.
– To już coś – skomentował z nutką entuzjazmu w głosie. – To co, jedziemy tam?
Spojrzałam na niego pytająco. Czy on powiedział my? Nie, raczej się nie przesłyszałam.
– Jesteś pewien? – upewniałam się. Pokiwał głową. – Przecież jestem twoim śmiertelnym wrogiem.
Uśmiechnął się łobuzersko, wodząc wzrokiem po chodniku.
– Powiedziałbym, że możemy zawiesić broń, ale to raczej nie poskutkuje – zaśmiał się. – Czemu nie? Może być ciekawie.
– Czy ty nawet w poważnej sprawie musisz zachowywać się jak idiota?
Udawał, że się chwilę zastanawia, po czym przytaknął. Przewróciłam teatralnie oczami. Zapowiadała się długa noc…
Nie zwracając na niego uwagi, zdecydowanym krokiem podążyłam w stronę podjazdu przed Hell House, gdzie zaparkowałam samochód. Po chwili usłyszałam za sobą ciężki oddech Axla. Próbował mnie dogonić, co nie było zbyt trudne.
– Ćwiczysz szybki marsz? – spytał, chichrając pod nosem.
Podobno wmawianie sobie, że jest się kwiatem lotosu pomaga. W moim przypadku na pewno nie. Nie z nim.
– Nie. Zastanawiam się w jaki sposób wyłącza się u ciebie tryb idioty – odparowałam, nie zwalniając kroku.
Nie musiałam długo czekać, aż jego postać pojawi się obok mnie. Starałam się nawet na niego nie zerkać. Vicky, tylko spokój cię uratuje. Nie zapomnij o oddychaniu.
– Lubisz udawać obrażoną, nie? – odezwał się po chwili ciszy.
Zlekceważyłam go, otwierając drzwi od strony kierowcy.
– Nieładnie tak nie odpowiadać – skomentował z wyższością.
Zatrzymałam się, posyłając mu wymowne spojrzenie. Nie miałam ani ochoty, ani siły na odpieranie jego głupkowatych zaczepek. Sprawa była poważna, a on jak zawsze zachowywał się infantylnie.
– Mam coś do załatwienia, więc proszę, nie przeszkadzaj – westchnęłam dosadnie. Już prawie znajdowałam się we wnętrzu pojazdu.
– Chciałbym, tylko że jest jeden mały problem. Ty nie wiesz, gdzie jest Lime Street – zaakcentował, powodując, że zdecydowałam się wysłuchać, co ma do powiedzenia. – A tak się akurat składa, że byłem tam kilka razy i mogę cię ponawigować.
Cholera! Miał rację. Nie znałam zbyt dobrze Los Angeles. Ba, nawet krążąc po mieście nie znalazłabym pożądanego miejsca. Chcąc, nie chcąc, musiałam wziąć go ze sobą.
Westchnęłam przeciągle, spoglądając na niego spode łba. Stał z rękami w kieszeni i uśmiechał się cwaniacko. Wiedział, że już mógł świętować triumf. Po raz… kolejny.
– Dobra – mruknęłam od niechcenia. – Wsiadaj. – Na jego twarzy pojawił się szerszy uśmiech. Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej pojazdu. – Tylko mam jeden warunek – uprzedziłam go.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, jaśnie pani – zakpił, tłamsząc śmiech.
Uśmiechnęłam się mimowolnie. Jak wytrzymam z nim dłużej niż godzinę, to chcę medal.
– Ja prowadzę.
Zatrzymał się na chwilę. W mgnieniu oka uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Nie powinnaś w tym stanie… – zaczął swoją gadkę umoralniającą, ale w porę mu przerwałam.
– Daj spokój – jęknęłam ze znudzeniem. – Tylko w taki sposób mogę przestać myśleć o niej – dodałam już nieco poważniej.
Nie odezwał się. Posłusznie zajął miejsce pasażera, zapinając pas. Zrobiłam to samo, poprawiając lusterko. Niby było dobrze ustawione, ale wolałam się upewnić. W takich sytuacjach stawałam się bardziej przewrażliwiona niż na co dzień.
– Zobaczysz – westchnął z entuzjazmem. – Będziemy jak Bonnie i Clyde.

niedziela, 19 lutego 2017

62. Sometimes goodbye is a second chance




– Wychodzę! – zawołałam, zarzucając na siebie brunatne futro.

Było okropne i wyglądałam w nim jak jakaś hrabina, która widzi wyłącznie czubek własnego nosa. Jednak Eddiemu się podobało. W końcu to on je kupił i nakazał, abym tego wieczoru je założyła.

Odpowiedziała mi milczeniem. Siedziała u siebie w pokoju. Jest zbyt zajęta, pomyślałam. Przełożyłam klucz w drzwiach, następnie przekręcając go. Zjechałam windą, szukając w torebce papierosów. Potrzebowałam dawki nikotyny na odstresowanie. Co prawda miałam w zapasie coś mocniejszego, aczkolwiek wolałam to zostawić na później.

Szybkim krokiem opuściłam budynek, trzaskając potężnymi, szklanymi drzwiami. Zaczerpnęłam świeżego powietrza, przymykając powieki. Tego potrzebowałam – chwili wytchnienia. Włożyłam do ust mentolowego papierosa, następnie go odpalając. Zaciągnęłam się tytoniowym dymem, powoli go wypuszczając. Miałam wrażenie, że im dłużej jest we mnie, tym lżejsza się staję. Drżącą ręką strzepnęłam popiół. Nie dało się nie zauważyć, że pierwszy raz od dawna dopadł mnie stres. Ostatnimi czasy miałam małą przerwę, przez co nieznacznie się odzwyczaiłam. Westchnęłam, obracając się na pięcie. Dostrzegłam grupkę młodych chłopaków, którzy śmiali się, wytykając mnie palcami. Domyślali się, kim byłam? A może znali prawdę? Przygryzłam wargę, odwracając od nich wzrok. Może wcale nie chodziło im o mnie, pomyślałam, uśmiechając się niewyraźnie.

Zmrużyłam oczy, zauważając oślepiające światło reflektorów. Dopaliłam papierosa, wyrzucając niedopałek. Samochód podjechał bliżej, zatrzymując się na wolnym miejscu. Nie wyłączając silnika, odsunął do połowy szybę. Otworzyłam szerzej oczy, mrugając nimi. Znowu ogarnęła mnie spowijająca miasto ciemność. Mężczyzna wychylił się, posyłając mi zawadiacki uśmiech. Poczułam, jak rośnie we mnie obrzydzenie.

– Victoria – wzdrygnęłam się, usłyszawszy swoje imię padające z jego ust – wsiadaj – zaproponował, zachęcająco machając ręką.

Doskonale wiedziałam, że był to raczej rozkaz niż sugestia. Znałam Eddiego nie od dziś. Nie znosił sprzeciwów. Wszystko musiało odbywać się według jego planu.

Czułam, jakbym miała nogi z waty. Wykonanie tych kilku kroków wydawało się najtrudniejszą czynnością tego wieczoru. A to był dopiero początek.

Wsiadłam do pojazdu, niemal natychmiast zapinając pasy. Do moich nozdrzy dotarł przyjemny zapach piżmowych perfum. Zadbał o każdy detal.

– Masz jakieś konkretne życzenia? – spytał, szukając odpowiedniej stacji radiowej.

Zaplotłam palce, nerwowo nimi poruszając.

– Nie – niemalże wyszeptałam, odruchowo kręcąc głową.

Uśmiechnął się triumfalnie. Widział, jak reaguję na jego towarzystwo. Górował nade mną, co niezmiernie go satysfakcjonowało.

Włączył jakąś płytę z muzyką klasyczną, następnie odjeżdżając z parkingu, w którym staliśmy. Zerknęłam na niego kątem oka, z trudem przełykając ślinę. W niektórych miejscach na jego głowie można było wyodrębnić skupiska siwych włosów. Również niewielkie zmarszczki, pokrywające jego twarz, wydawały się pogłębić.

– Podoba ci się sukienka? – zagadał, nie spuszczając wzroku z jezdni.

– Jasne – przytaknęłam niepewnie, rozprasowując na udach skrawek jasnoróżowego materiału.

Nie cierpiałam tego koloru, chociaż krój sukienki był całkiem niezły. Aczkolwiek nie mogłam mu o tym powiedzieć. Jego reakcja była nieprzewidywalna.

– Cieszę się – oznajmił, subtelnie unosząc kącik ust. – Pasuje ci do oczu – dodał.

Zarumieniłam się nieznacznie. Chyba nadal nie przyzwyczaiłam się do komplementów, które w sumie rzadko dostawałam. Westchnęłam niespokojnie, przenosząc swój wzrok na mijane ulice. Nie wiedziałam, czy mówił prawdę. Jak na razie próbował stworzyć wokół siebie otoczkę czułego, wręcz idealnego faceta. Potrafił doskonale maskować swoją naturę mężczyzny, który przedmiotowo traktował kobiety.

Reszta drogi minęła nam w podobnej atmosferze. On zadawał jakieś pytania, na które ja zdawkowo odpowiadałam. Jak do tej pory nie skomentował mojego niecodziennego zachowania. Wyłączył Sonatę księżycową Beethovena, parkując w wyznaczonym miejscu. Znaleźliśmy się pod budynkiem jednej z prestiżowych restauracji w tym mieście. Podobno odwiedzała ją już śmietanka towarzyska amerykańskiego kina lat dwudziestych.

niedziela, 11 grudnia 2016

58. Nothing is more sad tan the death of an illusion





     – Mogłabyś mi podać ten złoty naszyjnik, który leży na biurku? – poprosiłam Joy.

   Krzątałyśmy się po moim mieszkaniu, panikując, że nie starczy nam czasu. Miałyśmy zaledwie godzinę na wyszykowanie się i dotarcie do klubu. Niemalże od rana cieszyłam się jak dziecko na samą myśl o dzisiejszym koncercie. Nawet wzięłam urlop w pracy, zważywszy na to, że kończyłam ją dopiero o osiemnastej.

   Od dwóch dni dorabiałam sobie w niewielkiej księgarni Les Livres znajdującej się na Pickford Street. Czerpałam z niej ogromną satysfakcję, przez co o wiele łatwiej wstawałam rano. Już jako dziecko uwielbiałam godzinami czytać różnorakie lektury. Teraz po latach po części mogłam do tego wrócić. Jeśli był mniejszy ruch, chętnie siadała w kącie lady i nadrabiałam zaległości z Szekspira, Austen czy Carrolla. To właśnie poprzez Les Livres poznałam Joylene, która zdecydowała się pójść ze mną na koncert Toxic Bliss. Dziewczyna pracowała w pobliskiej kawiarni, w której niemal nałogowo kupowałam waniliowe latte. Wczoraj przyszła do księgarni kupić mamie prezent na urodziny. Dużo rozmawiałyśmy, przez co obie doszłyśmy do wniosku, iż mamy wiele wspólnego. Może nawet w przyszłości się zaprzyjaźnimy?

   Dokładnie czesałam dopiero co wysuszone włosy, próbując pozbyć się znikomych kołtunów. Joy siedziała przy kasztanowym biurku, malując powieki grafitowym, brokatowym cieniem, który idealnie komponował się z jej seledynowymi włosami specjalnie na tę okazję ułożonymi w fale. Niechętnie zrobiła przerwę, podając mi upragniony przedmiot.

     – Dzięki – rzuciłam, uśmiechając się subtelnie.

   Ubrałam naszyjnik, wyciągając go na czarny top. Przeglądnęłam się kilkukrotnie w lustrze, sprawdzając czy wszystko jest okej.

     – Co? – spytała, zwracając tym moją uwagę. – Będzie tam jakiś twój Romeo? – zachichotała, próbując dłonią stłamsić śmiech.

   Uśmiechnęłam się nieśmiało pod nosem. Może tak, a może nie.

     – No coś ty! – zaprzeczyłam, machając dłonią. – Mówiłam ci, że mam narzeczonego.

   Podeszłam pod biurko, stając za moją towarzyszką, która wygodnie rozsiadła się na pufie. Nie miałyśmy dużo czasu, toteż postawiłam na niewielki makijaż. Zabrałam tusz, starając się dokładnie pomalować rzęsy. Nachyliłam się, próbując uzyskać dostęp chociażby do skrawka lusterka.

     – Kurde – mruknęła, przenosząc wzrok na swój strój – sądzisz, że sukienka to na pewno dobry pomysł?

     – Idealny – wybełkotałam, starając się zbytnio nie ruszać twarzą.

     – No nie wiem – wycedziła, próbując przeglądnąć się w lustrze. – Ty idziesz w spodniach. Może ja też powinnam się przebrać.

   Pokręciłam głową, odkładając kosmetyk na blat. Kątem oka zerknęłam na jeansowe rurki z dziurami i przetarciami, które okrywały moje nogi. Były jedną ze zdobyczy, które kupiłam na zakupach z Lenką. Aż się łezka w oku kręciła na samo wspomnienie.

     – Joy – westchnęłam, wybierając odcień szminki – ale ja mam okres, podczas którego nie czuję się komfortowo w sukienkach czy spódnicach.

   On akurat wiedział, kiedy się pojawić. Dzięki niemu miałam wymówkę przed Eddy'em, żeby zrobić sobie wolne. Mój szef zawsze hojnie je rozdawał, jeśli któraś dziewczyna miała okres. Wolał uniknąć klientów skarżących się na niedogodne warunki.

     – Może masz rację... – mruknęła, zakładając długie srebrne kolczyki w kształcie piór.

     – Coś się stało? –  zapytałam, kończąc malować usta pomadką w odcieniu wiśni. – Jakaś taka niezdecydowana jesteś.

sobota, 15 października 2016

51. Highway to death



      – Myślę, że jesteśmy kwita.

   Uśmiechnęłam się niepozornie, chowając pieniądze do torebki. Właśnie rozliczyłam się z ostatnim klientem, przez co do końca wieczora miałam upragnione wolne. Siedziałam przy stoliku w Rainbow
 i popijałam Martini. Zarobiłam niezłą sumkę, więc należała mi się chwila odpoczynku. Wyjęłam papie­rosa z paczki, która leżała na stole i odpaliłam go, delektując się jego smakiem. Rozejrzałam się do­okoła w poszukiwaniu znajomych twarzy. Kilkoro ludzi kojarzyłam z widzenia, aczkolwiek nigdy nie miałam okazji ich poznać. Wydawali się być niewielką grupką osób, która co piątek wychodziła do klubu, aby móc oderwać się od rzeczywistości. Przypominali mi mnie sprzed kilku lat – dziewczynę, która marzyła, żeby tylko oderwać się od nauki i wyjść na imprezę. To były czasy…

   Odwróciłam wzrok, próbując nie zagłębiać się w sentymentalne wspomnienia. To tylko jeszcze bar­dziej utrudniało normalne funkcjonowanie. Zaciągnęłam się dymem, chcąc chociaż odrobinę się znie­czulić. Co prawda miałam przy sobie heroinę, lecz wolałam użyć jej nieco później.  Strzepnęłam papie­rosa, skupiając swój wzrok na podrzędnym zespole, który tego wieczoru otrzymał swoje pięć minut sławy. Grali dosyć przeciętnie, aczkolwiek przekaz, który pochodził z ich muzyki, był szczery. Nie zali­czali się do typowego rockowego zespołu tamtych lat. Robili swoje, ukazują prawdzie oblicze życia – jego brutalną i zarazem niesprawiedliwą stronę. Coraz bardziej wsłuchiwałam się w każde słowo, ja­kie wyśpiewywał wokalista. Szukałam w nich sensu, rozwiązania zagadki, jaką było odwieczne pytanie o to, jak przeżyć. Siedziałam tam pogrążona w swego rodzaju transie, od czasu do czasu popijając gorzki trunek.

   Skończywszy konsumpcję alkoholu, zaczęłam powoli zbierać swoje rzeczy. Byłam odrobinę zmę­czona i jedyne, o czym marzyłam to przyjemne, cieplutkie łóżeczko.

     – Coś dla stałej klientki.

   O moje uszy obiły się dźwięki dosyć chłodnego, męskiego głosu. Podniosłam wzrok, zauważywszy postać mojego rozmówcy. Był nim Todd, który położywszy na stole Mojito, usiadł naprzeciwko mnie. Już po wyrazie jego twarzy można było się domyślić, że coś się stało. Minimalna zmarszczka na jego czole świadczyła o niezadowoleniu z jakiejś sprawy.

     – Cześć – odparłam nieco zaskoczona. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj. Co za miła niespo­dzianka.

   Uśmiechnęłam się subtelnie, licząc, iż odwzajemni mój gest. Tak się jednak nie stało, co z lekka mnie zdziwiło. Skrzyżował ręce na piersi, skupiając swój przeszywający wzrok na mojej osobie.

     – Coś się stało? – zapytałam niepewnie.

     – Myślałem, że jesteś świetną dziewczyną, tylko nieco pogubioną. – Zrobił niewielką pauzę na ze­branie myśli. – Myliłem się. W życiu bym nie powiedział, że upadniesz tak nisko.

środa, 4 maja 2016

37. We have to talk



Lena siedziała skulona na zimnym podłożu i próbowała dojść do siebie, w czym przeszkadzał jej płacz. Była cała roztrzęsiona i ledwo udało jej się cokolwiek powiedzieć. Nie mogłam bezczynnie na to patrzeć. Musiałam się tym zająć i zabrać ją do siebie. Tylko, że to nie było takie proste. Nie chciałam zostawić dziewczyny samej, ale z drugiej strony, jeśli nie pojawię się w pracy, to może się dla mnie źle skończyć. Nagle wpadłam na jedyne sensowne rozwiązanie tej sytuacji. Tylko dlaczego musiałam aż tak się zniżyć i poprosić go o pomoc? Chyba nie było innego wyjścia.

    – Zaczekaj tutaj – poprosiłam moją przyjaciółkę i gwałtownie się podniosłam. – Zaraz sprowadzę pomoc.

Bez chwili zastanowienia, żwawym krokiem udałam się z powrotem do klubu. Po raz kolejny ogarnęła mnie ciemność, a do moich uszu docierały głośne dźwięki przesterowanych gitar. Rozejrzałam się dookoła, aby go znaleźć. W końcu go zauważyłam. Siedział przy barze z tą swoją blondi i bezczelnie patrzył się na jej biust, podczas gdy ona mu o czymś opowiadała. Widać, że zależy mu tylko na jednym. Przewróciłam oczami i podeszłam bliżej nich, ale oni wcale nie zwrócili na mnie uwagi. Byli zbyt zajęci sobą. To było takie słodkie, że aż nie.

sobota, 30 kwietnia 2016

36. What's wrong with you




Obudziłam się rano z ogromnym bólem głowy. Niewiele pamiętałam z poprzedniego wieczoru, oprócz faktu, że poszłam na koncert Gunsów. Świetnie, po raz kolejny przesadziłam z alkoholem. Odsunęłam kołdrę na bok i gwałtownie usiadłam na łóżku. To był błąd. Jak ja się w ogóle znalazłam w swoim pokoju? Przetarłam oczy i tym razem bardziej ostrożnie wstałam z łóżka. Trochę kręciło mi się głowie, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Zarzuciłam na siebie przyjemny, czerwony szlafrok i udałam się do kuchni. W końcu pasowałoby zjeść jakieś śniadanie.
Kompletnie nieprzytomna, z towarzyszącym mi kacem, przemierzałam salon. Palcami wskazującymi masowałam skronie, aby choć troszkę uśmierzyć ból. Zauważyłam, że przy stole siedział Chris i popijał kawę, w międzyczasie czytając jakąś gazetę.
   
    – Hej – przywitałam się jeszcze zaspanym głosem i nalałam sobie czarnego naparu do kubka.
   
    – Cześć – mruknął pod nosem, nawet nie zwracając na mnie uwagi.
Oprałam się biodrami o blat i delektowałam się napojem, jednocześnie obserwując chłopaka. Umiejętnie mnie ignorował i nadal zajmował się swoimi rzeczami.
 

środa, 30 marca 2016

32. I also have some feelings



- Duff, co się stało? - zapytałam troskliwie.

Chłopak odwrócił się w moją stronę, dzięki czemu mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Nie wyglądał dobrze, a na jego twarzy malowało się niezadowolenie. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego.

- Czy człowiek nie może już w spokoju napić się wódki we własnej kuchni?! - wykrzyczał.

- Chcę tylko porozmawiać - starałam się zachować spokój.

Blondyn opróżnił szklankę, po czym ponownie ją napełnił. To było normalne, że topił smutki w alkoholu. W sumie to on nawet nie potrzebował pretekstu, żeby się napić.

- To nie jest twoja sprawa - odparł, podkreślając każde słowo.

- Nie wiem, co się miedzy wami wydarzyło, ale wiem jedno. Duff, pod tą całą warstwą brutalności kryje się troskliwy facet. Ty nie chcesz jej skrzywdzić, ale takim zachowaniem to robisz - próbowałam przemówić mu do rozumu.

- Myślisz, że jesteś taka fajna i możesz mi mówić, co mam robić? - zapytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym się zaśmiał. - Otóż nie. Poza tym nie wiesz, jak było.

- To mi opowiedz - rzuciłam.

- Widzę, że nie dasz mi spokoju - mruknął. - Pocałowała mnie. Lepiej? - w jego głosie słychać było ironię.

Podniósł szklankę i upił z niej sporego łyka, przez co trochę się skrzywił. Rozumiałam, że cierpi, ale w chwili obecnej nie robi nic, żeby to zmienić.

sobota, 5 marca 2016

24. I don't know why you'd be bringin' me down



Podążałam ulicami Miasta Aniołów już od dłuższego czasu. Rozmyślałam o życiu i zastanawiałam się, dokąd mogę pójść. Byłam cała przemoczona, ponieważ w połowie drogi zaczął padać deszcz. Dookoła było szaro, mokro i nieprzyjemnie. Palmy gwałtownie kołysały się na wietrze, a potężne fale uderzały o brzeg. Proszę, żeby tylko nie było burzy. Na ulicach można było dostrzec tylko garstkę ludzi. Samochody przejeżdżały już nieco częściej. Kiedy dochodziłam do Sunset Strip, jeden nawet mnie ochlapał. Pokazałam środkowy palec odjeżdżającemu pojazdowi i przeklęłam kierowcę pod nosem. Przeczesałam włosy palcami. Były dość ciężkie i skapywała z nich ogromna ilość wody. Marzyłam tylko o tym, żeby jak najszybciej wziąć prysznic i schować się pod kołderką.

Włóczyłam się trochę po mieście, po czym zdecydowałam, że muszę poszukać sobie jakiegoś lokum. Do głowy wpadł mi tylko jeden pomysł. Udałam się na Roosevelt Avenue. Po drodze zobaczyłam w szklanych wystawach swoje odbicie. Wyglądałam koszmarnie, jak mała, przemoczona panda. Poszukałam w kieszeni jakiejś chusteczki i wytarłam nią rozmazany tusz, który spływał po moich policzkach. Po kilku minutach znalazłam się na kolorowym blokowisku. Już raz tutaj byłam, dlatego szukanie odpowiedniego budynku nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Podeszłam pod drzwi od klatki i już chciałam je otworzyć, kiedy wyminął mnie jakiś starszy mężczyzna. Miał klucz, więc nie musiał dzwonić. Złapałam za klamkę, zanim drzwi zamknęły się i szybko weszłam do środka. Od razu podeszłam do windy i pojechałam na odpowiednie piętro. Stanęłam przed mieszkaniem Chrisa i zapukałam do drzwi. Nie czekałam zbyt długo. Brunet otworzył mi drzwi i zobaczyłam jego zdziwioną minę.

sobota, 13 lutego 2016

16. Face of an angel with the love of a witch




Wróciliśmy dosyć późno. Byłam potwornie zmęczona, więc od razu rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam w objęciach Rose'a, który na dobranoc ucałował mnie w czoło.

 Około godziny czwartej obudził mnie potworny ból głowy. Zapewne to był kac, w końcu sporo wypiłam. Delikatnie zdjęłam rękę Axla z mojej talii. Rudowłosy przewrócił się tylko na drugi bok i nadal spał jak zabity. Cicho zeszłam na dół, żeby nikogo nie obudzić. Nie wiem dlaczego, ale pomimo faktu, że był środek lata, było mi cholernie zimno. Oprócz okropnej migreny czułam jeszcze ból w kościach. Mam nadzieję, że to nie jest grypa, bo nie mogę sobie teraz pozwolić na wylegiwanie się w łóżku i nicnierobienie. Zapaliłam światło w kuchni i wyjęłam butelkę wody z lodówki. Wypiłam prawie całą na raz. Odczuwałam dreszcze, pomimo, że nie miałam gorączki. Udałam się do łazienki. Spojrzałam w lustro, gdzie malował się obraz bladej, zniszczonej cery. Odkręciłam zimną wodę i przemyłam nią kilkukrotnie twarz. Wypuściłam głośno powietrze. Miałam zawroty głowy i czułam się, jakby mnie przejechała ciężarówka. Przechodziłam piekło, chociaż nie było ze mną jeszcze tak źle. Kiedy chciałam wyjść, zaczęłam odczuwać nudności. Nachyliłam się nad ubikacją i zwróciłam całą zawartość mojego żołądka. Umyłam zęby i jeszcze raz spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Sine cienie pod oczami, mocno podkreślone kości jarzmowe, szarawy odcień skóry. Muszę się wziąć za siebie, ale najpierw zrobię coś z tymi potwornymi bólami. Wiedziałam, że tylko jedna osoba mogła mi w tej chwili pomóc.

wtorek, 9 lutego 2016

15. One more time tonight


Dziękuję bardzo za ponad 2 tys. wyświetleń. Jesteście najlepsi ;) Szkoda tylko, że nie przekłada się to na komentarze. Nawet nie wiecie, jak te parę słów motywuje, czy pomaga uniknąć w przyszłości błędów.



  

 
Żwawym krokiem ruszyliśmy w stronę Rainbow. Szłam raczej z tyłu, obejmowana przez Rose'a. W jego ramionach czułam się bezpiecznie. Paradoksalnie brakowało mi tego.
                – Tęskniłem, skarbie – wyszeptał mi do ucha, wywołując przyjemne ciarki na moim ciele.
                – Ja bardziej – odparłam zdecydowanie. Lubiłam się z nim droczyć.
                – Czyżby? – spytał, unosząc prawą brew.
                Stanął przede mną, próbując iść do tyłu. Zachichotałam pod nosem. Na jego twarzy malował się uwodzicielski uśmiech. Złapałam jego dłoń i zatrzymałam go. Zarzuciłam ręce na jego kark, podczas gdy chłopak objął mnie w pasie.
                – Yhm – przytaknęłam, skinąwszy.
                – Udowodnij – polecił.
                Uśmiechnęłam się przekornie i stanęłam na palcach. Musnęłam przelotnie jego wargi. Odsunęłam swoją twarz od jego, ale nie na długo. Axl wpił się w moje usta i złożył na nich namiętny pocałunek. Odwzajemniłam go.
                – Idziecie? – spytał poirytowany McKagana.
                Axl odsunął się ode mnie, uśmiechając się triumfalnie.
                – Dokończymy później – wyszeptał mi do ucha.
                Podążaliśmy Bulwarem Zachodzącego Słońca. Co prawda było już dość ciemno, ale nadal można było podziwiać niezwykłe widoki. Miliony neonów zachęcały ludzi do wejścia do właśnie tego konkretnego klubu. Wysokie palmy delikatnie kołysały się na wietrze. Przez ulice spływały resztki dzisiejszego deszczu.
                – Ej, Vicky, ale jako znajomi barmanki dostaniemy jakąś zniżkę, nie? – zapytał zaciekawiony Slash.
                – Jasne, na toalety – oznajmiłam przekornie, przewróciwszy oczami.
                Gitarzysta przez chwilę zastanawiał się nad tym, co powiedziałam. Reszta szybko ogarnęła, o co mi chodziło i zaczęli się śmiać.
                – Przecież kible są darmowe – wydedukował po chwili z grymasem na twarzy.
                – Właśnie o to chodzi – roześmiałam się. – Jest sprawa – dodałam już nieco poważniej.
                – Jaka? – zapytał zaciekawiony Rose, przysuwając mnie bliżej swojego ciała.
                Oparłam swoją głowę na jego ramieniu i delikatnie wypuściłam powietrze nosem.
                – Rosie zaczęła chodzić do szkoły rodzenia. Wiecie, większość kobiet przychodzi ze swoimi mężami, a ona zazwyczaj ćwiczy sama. Nie chciałby któryś z was jej potowarzyszyć?
                – Z chęcią! – zgłosił się rozweselony Duff. – Młoda jest całkiem spoko, szkoda tylko, że tak się to wszystko potoczyło.
                – Niestety – mruknęłam, a  z mojej twarzy zniknął uśmiech. – Ale ma nas i da sobie radę – dodałam po chwili.
                – No a jak! Na mnie zawsze może liczyć – pochwalił się basista.

niedziela, 31 stycznia 2016

14. You can fool yourself




Minęły dwa tygodnie, odkąd Gunsi wyjechali. Powoli zaczynało mi ich brakować. Nie było z kim imprezować, nikt nie mówił mało śmiesznych kawałów i nie miałam osób do wkurzania.
                Nie widziałam się z Chrisem od ostatniego incydentu. Przychodził kilka razy do Rainbow, zostawiał jakieś liściki, ale zignorowałam go. Stwierdziłam, że tak będzie lepiej. Jego osoba działała na mnie w niebezpieczny sposób. Przecież ja kochałam Axla.
                 Wracałam z pracy. Było już dość późno, ponieważ nieco zasiedziałam się w klubie. Ulice oświetlało rażące światło pochodzące z latarni. Wiał nieprzyjemnie chłodny wiatr. Założyłam kaptur na głowę.  Najchętniej wsiadłabym w autobus, ale wczoraj wydałam wszystkie oszczędności na dragi, więc musiałam wracać na piechotę. Włożyłam słuchawki do uszy i włączyłam  Dream on Aerosmith. Od razu lepiej!
Przechodziłam koło klubów z neonowymi szyldami, które zawsze cieszyły moje oko. Po drugiej stronie ulicy jakiś facet wdał się z kimś w bójkę. Przestraszona przyspieszyłam krok, żeby znaleźć się jak najdalej od nich. Skręciłam na Crescent Heights Boulevard, które uchodziło za spokojną aleję. Znajdowało się przy niej wiele domów, które wyglądały na zadbane i przede wszystkim bogato urządzone.
                Kilka przecznic przed Hell House moją uwagę przykuł ciekawy budynek. A konkretniej jego wnętrze. Znajdowała się w nim wypożyczalnia, a na jej wystawie widniały kasety z lekcjami cha-chy. Nie mogłam się oprzeć i weszłam do środka. Kiedy otworzyłam drzwi, pomieszczenie wypełnił charakterystyczny dźwięk dzwonka umieszczonego na futrynie. Zza lady wydobyła się postać starszego, siwego mężczyzny.
                – W czym mogę pomóc?– zapytał uprzejmie, zacierając dłonie.
                Uśmiechnęłam się subtelnie, podchodząc bliżej lady.
                – Chciałabym wypożyczyć wszystkie kasety o tańcu towarzyskim, jakie pan ma – oświadczyłam z powagą.
                Popatrzył na mnie ze zdziwieniem, po czym podreptał w kierunku wystawy. Oparłam się o blat i zaczęłam nerwowo uderzać o niego paznokciami. Po kilku minutach mężczyzna wrócił za kontuar, trzymając w ręku kilkanaście kaset VHS.
                – Dziękuje bardzo – zanuciłam, odbierając od niego upragnione rzeczy. – Postaram się jak najszybciej je oddać.
                Pokiwał twierdząco głową, podczas gdy ja pakowałam kasety do torebki. Uśmiechnęłam się na pożegnanie, zdecydowanym krokiem opuszczając pomieszczenie.

sobota, 23 stycznia 2016

13. When I look into your eyes I can see a love restrained


Od razu uprzedzam, że wiem o tym, że Hell Tour było wcześniej. Jednak umieściłam to wydarzenie w tym momencie z jednej prostej przyczyny - pasuje mi do fabuły. W końcu nie da się pisać opowiadania w 100% zgodnego z prawdą. Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten mały szczególik. Tymczasem miłego czytania ;)






Gunsi pojechali trzy dni temu.
                Oczywiście zanim to zrobili, przez cały weekend Axl przepraszał mnie za piątkowy, a raczej już sobotni, incydent. Nawet zrobił mi śniadanie do łóżka i kupił bukiet czerwonych róż. Trzeba przyznać, kiedy mu zależało, to potrafił być bardzo romantyczny.
Jednak cały czas miałam przed oczami tamte chwile. Jego agresję, mój strach… Zrozumiałam, że on był zdolny niemalże do wszystkiego. Co więcej, nie umiał tego kontrolować. Musiałam na niego uważać. W końcu oboje nie chcieliśmy powtórki z rozrywki.
Aczkolwiek na razie wyjechał, a ja postanowiłam dobrze wykorzystać ten czas i odpocząć od mojego kochanego chłopaka.
                Tego dnia wstałam dość wcześnie. Odkąd chłopaki wyjechali, unikałam imprez. Wolałam sama nie wychodzić, a Lena ostatnio często pracowała. O Rosie nawet nie było mowy.
                Przemyłam twarz zimną wodą, aby nieco się rozbudzić, chociaż nie było takiej potrzeby. Zdecydowanym krokiem zeszłam do kuchni, gdzie przy stole siedziała zamyślona blondynka. Jadła jajecznicę, czytając przy tym jakiś kolorowy magazyn.
                – Co to? – zapytałam, jednocześnie nalewając do kubka aromatyczną kawę.
                – A coś tam o modzie. Wzięłam pierwsze lepsze czasopismo ze sklepu – odpowiedziała, odkładając gazetę na bok.
                Otworzyłam lodówkę. Odkąd mieszkała z nami Rosie, zawsze można było coś w niej znaleźć. Młoda dbała o to, żebyśmy nie umarli z głodu. Po części chciała w ten sposób zrewanżować się za wszystko.
Wyjęłam jogurt truskawkowy i usiadłam naprzeciwko dziewczyny.
                – Wychodzisz gdzieś wieczorem? – spytała z zaciekawieniem.
                – Umówiłam się z Chrisem – oznajmiłam, oblizując łyżeczkę. – Ma mi pokazać najlepszy bar z sushi w całym West Hollywood.
                – Dość często się z nim widujesz – zauważyła nieco oschle. – Wczoraj byliście na drinku, dziś sushi, jutro pewnie kino. Vicky, czy to coś poważniejszego?
                – Daj spokój – pisnęłam. – Przecież ja mam chłopaka. Dobrze nam się rozmawia. Tyle.
                – Na pewno? – upewniała się, nieznacznie unosząc łuk brwiowy.
                Zachichotałam pod nosem, odkładając na blat plastikowy kubeczek z jogurtem.
                – Tak – przyznałam szczerze. – Jakby coś się zmieniło, to obiecuję, dowiesz się pierwsza – zapewniałam ją.
                – Tak tylko pytam. Martwię się – przyznała, a w jej głosie słychać było niepokój.
                Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, ściągając brwi. Nie wiedziałam, co niby miało być złego z moim życiem.
                – Nie rozumiem – mruknęłam, kręcąc niepewnie głową.
                – Nie wyglądasz za dobrze. Jesteś blada i strasznie chuda. Nie wiem, czy to przez imprezy, czy po prostu to wina złego odżywiania. Jednak zauważyłam, że ten cały Chris ma na ciebie dobry wpływ – wywnioskowała, zaplatając palce.
                Od zawsze mało jadłam. Po prostu tyle mi wystarczało. Jednak może faktycznie coś było z tym nie tak? Nawet mojej matce to przeszkadzało…
                – Skoro tak twierdzisz, to czemu jesteś taka pochmurna? – spytałam, zakładając nogę na nogę.
                – Bo nie chcę, żebyś narobiła sobie kłopotów. Słyszałam, jak ostatnio ty i Axl…
                – Nie przejmuj się tym – przerwałam jej dosyć szorstko. Nie miałam ochoty o tym rozmawiać. Odsunęłam krzesło, wstając z niego. – Wybacz, ale zaraz wychodzę – oznajmiłam cierpko.
                Pokiwała głową na znak, że rozumie. Wygięła usta w jeszcze większą podkówkę, jednak zlekceważyłam ten fakt. Wrzuciłam brudną łyżeczkę do zlewu, następnie udając się pod prysznic.

niedziela, 3 stycznia 2016

9. Sweet child o' mnie

Chciałabym Wam serdecznie podziękować za ponad tysiąc wyświetleń. Nawet nie wiecie, jak to motywuje. Z tego powodu chcę zadedykować ten rozdział wszystkim czytelnikom tego bloga.




Przebudziłam się, cicho pomrukując. Czułam się, jakbym przespała zaledwie dwie godziny. Pul­sujący ból głowy aż za nadto dawał o sobie znać. Niby nie wypiłam wczoraj nie wiadomo jak dużo. Po powrocie do Hell House jeszcze opróżniliśmy z Izzym do połowy pełną butelkę whiskey. Znaczy się, ja wypiłam może ze dwa, góra trzy szklaneczki. Mimo to pamiętałam jak przez mgłę późniejsze wyda­rzenia.
Przetarłam powieki, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyglądało dosyć znajomo. Białe ściany i duże okno – typowy pokój w Hell House. Jednak nie należał on ani do mnie, ani do Axla. W kącie stało brunatne biurko, nad którym wisiał plakat ze Stonsami. Na podłodze obok łóżka siedział Stradlin i brzdąkał coś na gitarze. Widocznie musiałam spać jak kamień, skoro nic nie słyszałam. Wykrzywiłam twarz w grymas, kojarząc fakty. Znajdowaliśmy się w jego pokoju, ja leżałam na jego łóżku. Odru­chowo odsunęłam kołdrę. Miałam na sobie jego koszulkę i swoje szorty. Niby to o niczym nie świad­czyło, ale…
                – Izzy, czy my... – próbowałam go spytać, ale te słowa z trudem przechodziły przez moje gardło. Nie potrafiłam dopuścić do siebie tego faktu. Przespałam się z najlepszym przyjacielem?
                – Nie – zaśmiał się, odkładając gitarę na bok. Odetchnęłam z ulgą. – Miałem spać w salonie, ale mówiłaś, że nie chcesz być sama. Krzyczałaś przez sen.
                Pokiwałam głową, oddychając niemiarowo. Pewnie musiałam mieć koszmary. Odkąd przyjecha­łam do Los Angeles, miewałam je niemal co noc.
                – Przebrałeś mnie? – spytałam, spoglądając w jego oczy, jednocześnie mnąc w dłoniach kawałek kołdry.
                – Spokojnie – uprzedził, wyciągając dłonie. – Bielizny nie ściągałem. – Uśmiechnął się szeroko.
                Odwzajemniłam jego gest. Zaopiekował się mną tak, jak zwykł to czynić, kiedy jeszcze mieszkali­śmy w Lafayette. Niejednokrotnie przychodziłam do niego, kiedy pokłóciłam się z mamą. Rozmawiali­śmy wtedy dużo. Wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć.
                Kątem oka zerknęłam na zegarek, który wskazywał prawie dwunastą. Przespałam więcej niż zazwy­czaj, chociaż kompletnie tego nie odczuwałam. Raczej przypominałam wrak człowieka.
                – Dziękuję za wszystko – mruknęłam. – Mam nadzieję, że nie wygadywałam głupot – zaśmiałam się, rozkopując kołdrę.
                Odwzajemnił mój gest, jednak było to dosyć wymuszone. Coś nie grało. Nie zamierzałam jednak niepotrzebnie pytać.
                – Pójdę zrobić dla nas śniadanie – zaoferował, wychodząc z pokoju.
                Wstałam z łóżka, chodząc w kółko po pokoju. Bolały mnie niemal wszystkie mięśnie. Co te ta­bletki miały w sobie? Rzuciłam okiem na stolik nocny, na którym leżał jakiś notes. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Pewnie zapisywał tam teksty piosenek. Przejechałam palcami po chropowatej okładce, zatrzymując je na gałce od szuflady. Nie miałam w zwyczaju zaglądać innym po szafkach. Ceniłam sobie prywatność. Jednak teraz coś mnie tknęło. Tylko jedna szuflada, nic więcej, tłumaczy­łam sobie w myślach. Spojrzałam przez ramię. Czysto. Odsunęłam ją ostrożnie. W środku znajdowało się kilka woreczków z beżowym proszkiem. Dobrze wiedziałam, co to było. Heroina. Przygryzłam wargę. Musiałam podjąć szybką decyzję. Wyszedł, niczego nie zauważy. Może nawet ich nie liczy? Wątpię. Najwyżej zwalę winę na Stevena…
                Raptownie zabrałam jeden woreczek, chowając go w dłoni. Potrzebowałam odrobiny znieczule­nia. Tak na wszelki wypadek, gdybym przypomniała sobie coś z poprzedniego wieczoru. Udałam się prosto do łazienki, gdzie zamierzałam wziąć zimny, rozbudzający prysznic. Praktycznie lodowata woda spływała po moim ciele, przyjemnie je orzeźwiając. Odchyliłam głowę i przymknęłam powieki, rozkoszując się tą chwilą. Nagle coś sobie przypomniałam. Przed oczami pojawił mi się obraz wczoraj­szej imprezy. Eddie, jego dłonie na moich biodrach i heroiczna postawa Izzy’ego. Otworzyłam oczy, haustami nabierając powietrza. To nie mogła być prawda. Nie mogłam zachować się jak typowa łatwa laska. Oparłam dłoń o kafelki, powoli kucając. Ta cholerna świadomość zaczęła mnie przytłaczać. Nie była w stanie się ruszyć. Jakby sparaliżowała moje ciało.
                Ubrałam się w pokoju w czyste ubrania, związując włosy w wysokiego kucyka. Usiadłam na łóżku, trzymając w dłoni woreczek z heroiną. Zastanawiałam się, czy właśnie teraz była ta odpowiednia chwila. Brzydziłam się sobą. Jak mogłam mu pozwolić się dotykać? Co najgorsze, właśnie tego wtedy chciałam. Pokręciłam głową, próbując wymazać z niej nieprzyjemne wspomnienia. Zaaplikowałam narkotyk, niemal natychmiast odpływając…
Zeszłam do kuchni, zastając w niej Izzy’ego. Starałam się unikać patrzenia mu prosto w oczy. To właśnie spojrzenie najbardziej mnie zdradzało. Dopóki nie wymyśliłabym jakiegoś idealnego kamu­flażu, musiałam zachowywać się dosyć dziwnie.
– Zrobiłem dla ciebie płatki – poinformował, podsuwając miskę niemal pod mój nos.
– Dziękuję – mruknęłam, udając, że przeglądam gazetę. – Mogłabym zostać sama? – poprosiłam.
Kątem oka zauważyłam, jak na jego twarz wkrada się grymas. Przecież przed chwilą wszystko było dobrze, a teraz moje zachowanie mogło budzić niepokój.
– Po prostu chcę w samotności wyciągnąć wnioski z wczorajszej imprezy – dodałam, uśmiechając się subtelnie.
– Skoro tak… – wymamrotał, podrywając się z miejsca. – Jakbyś mnie potrzebowała, jestem na górze. – Wyszedł, zabrawszy swoją kawę.
Odetchnęłam z ulgą, odkładając czasopismo. Przed innymi nie musiałam się tłumaczyć. No chyba że przed Axlem, ale on wyjechał nie wiadomo gdzie. Uśmiechnęłam się szeroko, zataczając kółka łyżką. Miałam przestać zaprzątać sobie nim głowę.
– Cześć – przywitała się Rosie, wchodząc do kuchni. Wydawał się być dziwnie rozbawiona.
Bacznie obserwowałam jej ruchy, jednocześnie co chwilę podjadając płatki. Sprawiała wrażenie, jakby tłamsiła śmiech. Nalała sobie do szklanki soku pomarańczowego, po czym usiadła naprzeciwko mnie.  
– Mam coś na twarzy? – spytałam zdezorientowana, odruchowo przykładając place do nosa. Nie, na nim niczego nie było.
– Nie – zaprzeczyła, uśmiechając się szeroko. – Po prostu po pijaku mówisz różne śmieszne rze­czy – odparła, upijając łyk napoju.
Odwzajemniłam ten gest, kryjąc zakłopotanie. Nie miałam bladego pojęcia, co dokładnie padło z moich ust wczorajszego wieczoru. Postanowiłam delikatnie wybadać sprawę.
– Nie przejmuj się – zaśmiałam się, przyjaźnie marszcząc brwi. – Najczęściej to są zwykłe brednie. – Włożyłam do ust sporą ilość płatków, niecierpliwie czekając na jej odpowiedź.
Odstawiła pustą szklankę na blat, opierając lewą nogę na skraju krzesła i podciągając ją bliżej klatki piersiowej.
– Spoko – westchnęła. – Rozumiem, co to znaczy, kiedy urwie ci się film. – Czyli jednak się domy­śliła. – Nie mówiłaś niczego złego.
– To dobrze – odetchnęłam z ulgą.
– Ponarzekałaś trochę na Axla, co było nawet zabawne. – Uśmiechnęła się na samo wspomnie­nie. – Potem wróciłam do siebie, a chwilę później poszliście do pokoju Izzy’ego. – Więc ona też na początku z nami siedziała. – Nie żebym was podsłuchiwała – zaprotestowała nerwowo. – Po prostu drzwi były uchylone, a Wichrowe wzgórza to nie jest najlepsza lektura na wieczór.
– Nie szkodzi – wtrąciłam, machając dłonią.
– Wspominaliście stare czasy – kontynuowała, oblizawszy usta. – Chciałaś, żeby było jak dawniej. Mówiłaś, że jakby nie wyjechał…
– Wystarczy – przerwałam jej oschlej niż zamierzałam. – Przepraszam – mruknęłam po chwili, spuszczając wzrok. – Resztę już znam.
Domyślałam się, co było później. Przecież wielokrotnie układałam sobie w głowie scenariusz, co by było, gdyby został. Niechcący ugryzłam się w język, nieco się przy tym krzywiąc. Jak mogłam mu o tym powiedzieć?
Kątem oka zerknęłam na miskę z płatkami, która stała przede mną. Jakoś odechciało mi się jeść. Odłożyłam ją do zlewu, opierając biodra o jego brzegi i odwracając się w stronę Rosie.
– Swoją drogą, Wichrowe wzgórza wcale nie są takie złe – napomknęłam, zakładając ręce na piersi.
Zaśmiała się, wstając z krzesła. Najwidoczniej wzięła to za aluzję do pójścia na górę i kontynu­owania lektury.
– Nie kiedy musisz to przeczytać na wakacjach – prychnęła, zmierzając w kierunku salonu.
– Zawsze możesz oglądnąć film – oznajmiłam obojętnie.
Sama nigdy nie korzystałam z tej formy. Zdecydowanie wolałam, aby to moja wyobraźnia stwa­rzała obrazy danych sytuacji. Poza tym lubiłam trzymać w dłoniach książki.
– Wolę jednak to przeczytać – stwierdziła w ostateczności. – Jak będziemy to później omawiać na angielskim, to chcę wiedzieć o czym mowa.
Filmy nie zawsze idealnie odzwierciedlały książki. Najczęściej były ich wersjami stworzonymi na podstawie wizji reżyserów. Mimo to i tak uchodziły za kultowe.
Idąc w ślady dziewczyny, udałam się do salonu. Na kanapie siedział Izzy i skrupulatnie notował coś na pożółkłej kartce papieru. Przełknęłam zdecydowanie ślinę, zajmując miejsce obok niego. Ką­tem oka zerknęłam na jego notatki. Wyglądało na to, że dopracowywał tekst piosenki.
                – Co to? – spytałam, dogłębniej studiując zapisywane przez niego słowa.
                Spojrzał na mnie przelotnie, po czym odłożył przybory na blat stolika. O dziwo nie stało na nim zbyt wiele pustych butelek. Za to pety z popielniczki prawie się z niej wysypywały.
                – Chcesz porozmawiać? – dociekał, lustrując moją postawę.
                Przygryzłam nerwowo wargę. Modliłam się, żeby tylko nie zwrócił uwagi na moje oczy, a raczej przesadnie zwężone źrenice.
                – Chyba tak – mruknęłam, zaplatając palce.
                Gołym okiem było widać, że się stresuję. Oczy… Szlag, zwrócił na nie uwagę! Na jego twarzy zago­ścił chwilowy grymas, który już po chwili zamienił się na nikły uśmiech. Z jego ust nie padł ani jeden komentarz w tej sprawie.
                – Chodzi ci o naszą wczorajszą rozmowę? – próbował ze mnie wyciągnąć, ponieważ nie za bardzo z nim współpracowałam.
                Pokiwałam twierdząco głową, zakładając nogę na nogę.
                – Jeśli chcesz, nie było tematu – zaoferował bez większego skrępowania, wyciągając ręce w ge­ście kapitulacji. – Ale nic złego nie powiedziałaś. Faktycznie, gdybym został, to może nie musiałabyś się tłuc po połowie Stanów.
                Patrzyłam na niego ze zdezorientowaniem, subtelnie rozchylając wargi. Tego się kompletnie nie spodziewałam. Czyli jednak po pijaku pamiętałam o pewnych granicach.
                – Przepraszam – mruknęłam, jakby wytrącona z transu. – Nie powinnam była obwiniać cię o moje problemy. To nie twoja wina. Normalnie nie powiedziałabym tego, ale procenty nie zawsze do­brze działają na moje myślenie. Zdarza się…
                – Luzik – przerwał mój słowotok, odruchowo łapiąc moje przedramię – naprawdę. Słowa pija­nych to myśli trzeźwych – zaśmiał się, a przez moje ciało przeszedł dreszcz. Miałam nadzieję, że poza tym nie bredziłam od rzeczy. – Powiedziałaś, że nie masz do mnie żalu.
                Uśmiechnęłam się niewyraźnie. Nawet nie wiedziałam, jak mogłam skomentować jego słowa. Dopiero teraz zaczynałam się cieszyć w duchu, że nie powiedziałam niczego głupiego. Czegoś, co mo­głoby zniszczyć naszą przyjaźń…
                Odruchowo odsunęliśmy się od siebie, usłyszawszy dźwięk przekręcanej klamki. Założyłam ko­smyk za ucho, z największą dokładnością obserwując drzwi. Otworzyły się, a do środka wszedł nie kto inny jak Axl.
                – Wróciłem! – zakomunikował, odkładając na podłodze niedużą torbę sportową.
                – Zostawię was samych – wyszeptał Stradlin, po chwili znikając na górze.
                Przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Przeczuwałam, że ta rozmowa mogła nie mieć przyjemnego przebiegu. Założyłam ręce na piersi, wstając i zaczynając krążyć po pomieszczeniu. Pod­czas tej czynności lepiej zbierało mi się myśli.
                – Gdzie byłeś? – spytałam wypranym z emocji głosem, odchrząknąwszy. Trochę zaschło mi w gardle.
                – Nieważne – mruknął, marszcząc czoło. Wyciągnął z torby puszkę piwa. Otworzył ja, po czym wziął dużego łyka.
                – Spoko – przytaknęłam oschle, uśmiechając się ironicznie. Jego podejście, że nic się nie stało aż nazbyt mnie irytowało.
                – O co ci chodzi? – spytał już nieco bardziej nerwowo.
                Przysiadłam na podłokietniku, obserwując każdy jego ruch. Wydawał się zesztywnieć, jakby miał coś na sumieniu.
                – Chcesz, żebym została twoją dziewczyną – wypowiedziałam te słowa z trudem. – Myślałam, że związek opiera się na szczerości i zaufaniu.
                Zarechotał, odkładając puszkę na stolik. Podszedł bliżej, jednocześnie zachowując odpowiednią odległość.
                – Wiesz, do tego trzeba dwojga – zauważył, sugestywnie unosząc brew.
                Spuściłam na moment wzrok. To nie tak, że nie chciałam. W dziwny, niewyjaśniony sposób cią­gnęło mnie do niego. Czy można to było nazwać miłością? Tego nie wiedziałam. Po prostu byłam nie­zdecydowana. Nawet zbytnio.
                – Skąd wiesz, że nie chcę? – spytałam retorycznie, spoglądając mu prosto w oczy. – Może prefe­ruję metodę małych kroczków?
                Pokiwał głową, analizując moją wypowiedź. Uśmiechnął się, jednocześnie tłamsząc śmiech.
                – Sorry, ale w takich sprawach nie umiem być delikatny – ostrzegł, przystępując z nogi na nogę. Nie za bardzo wiedziałam, o co mu chodzi. – Jeśli jesteś dziewicą i chcesz poczekać z pieprzeniem się…
                – Nie – jęknęłam nienaturalnie wysoko. – To nie o to chodzi.
                Jak do tej pory nie uprawiałam seksu z Axlem. Oboje przed laty stwierdziliśmy, że jestem jeszcze za młoda. W każdym bądź razie nie oznaczało to, że byłam dziewicą. Wprost przeciwnie.
                – Po prostu nie jestem puszczalska i nie wskakuję od razu pierwszemu lepszemu facetowi do łóżka. Chcę, żeby najpierw wytworzyła się pomiędzy nami więź – poinformowałam, czując jak kamień spada mi z serca. Wreszcie mogłam powiedzieć, co myślałam. – Jeśli ma cię to uspokoić to nie, nie jestem dziewicą.
                Odetchnął z ulgą, na co zmarszczyłam brew. Nie sądziłam, że takie coś mogło mu przeszkadzać.
                – To dobrze – skomentował, podchodząc nieco bliżej. – Z takimi trzeba delikatnie.
                – A ty taki nie jesteś? – dociekałam, uśmiechając się zalotnie.
                – Podobno rudzi są ostrzy – stwierdził, unosząc jedną brew.
                Zaśmiałam się, jednak prawie natychmiast zostałam uciszona. Przywarł swoimi wargami do mo­ich, całując mnie zachłannie. Odruchowo wplotłam palce w jego włosy, przymknąwszy oczy. Odwza­jemniłam pocałunek, czekając na te przyjemne motylki w brzuchu. Jednak chyba zbytnio się przece­niłam. Nie pojawiły się. Ogólnie nie było żadnych fajerwerk. Podobało mi się, ale nie mogłam porów­nać go na przykład do pocałunku Scarlett O’Hary i Rhetta Butlera. Rozbudzał moje pragnienie, ale nie zaspokajał romantycznej natury. Odsunęliśmy się od siebie, uzupełniając braki tlenu.
                – Coś nie tak? – spytał, sapiąc. Wyglądał na z lekka niezadowolonego.
                Pokręciłam przecząco głową. Nie zamierzałam mówić mu całej prawdy. Łudziłam się, że to uczu­cie rodem z książek czy komedii romantycznych przyjdzie z czasem.
                – Wszystko okej – oznajmiłam, normując oddech. – Po prostu zapomniałam, jakie to uczucie – skłamałam, uśmiechając się subtelnie.
                Nie wiedziałam, co się stało. Jeszcze kilka dni temu moje ciało na sam jego widok wypełniało się rozkoszą. Tylko że wtedy zazwyczaj byłam świeżo po heroinie. Teraz niby też dopiero co niedawno wzięłam. Może to dlatego, iż im dłużej o nas myślałam, tym mój entuzjazm spadał. Oczywiście chcia­łam, żeby był blisko. Nie wyobrażałam sobie, abyśmy zachowywali się jak obce sobie osoby. Pragnę­łam jego dotyku, czasami nawet aż za bardzo. Jednak z czasem to dawało mi coraz mniej satysfakcji. Może to zależy do dnia albo sposobu, pomyślałam. Zapewne. Postanowiłam spróbować znowu jutro.
                – Odsunęłaś się jak oparzona…
                – Brakowało mi powietrza – przyznałam, opierając czoło na jego klatce piersiowej. Nieco szybsze bicie jego serca działo na mnie kojąco. –To chyba przez te fajki – zaśmiałam się.
                Odwzajemnił mój gest, aczkolwiek widać było w tym nieszczerość.
                – Palę dłużej i więcej, a nie mam takiej zadyszki – zauważył.
                Podniosłam głowę, posyłając mu szeroki uśmiech.
                – Najwidoczniej częściej biegasz czy coś – stwierdziłam, wzruszając ramionami.
                – Nie – zaprzeczył obojętnie. – Zdarza mi się podnosić ciężary. – Uśmiechnął się łobuzersko.
                – Na przykład? – Uniosłam lewą brew.
                – Ciebie – odpowiedział, przerzucając moje ciało przez ramię.
                Kierował się w stronę schodów. Miałam dziwne wrażenie, że zaraz mnie upuści albo co gorsza oboje wylądujemy na dębowych stopniach.
                – Puszczaj! – krzyczałam, waląc pięściami w jego plecy.
                Nie podziałało. Zamiast tego rechotał jeszcze bardziej. Chwilami chwiał się na boki, celowo nadszar­pując moje nerwy.
                – Przy tobie to można na zawał zejść – stwierdziłam, na co jeszcze bardziej się roześmiał. – Puść mnie! Naprawdę umiem chodzić.
                – Nie wątpię – przyznał, wreszcie odstawiając mnie na ostatnim stopniu.
                Poprawiłam ubrania, spoglądając na niego wymownie. Uśmiechnęłam się ironicznie, kręcąc głową.
                – Jesteś niemożliwy.
                – Wiem – przyznał, uśmiechając się szeroko. – Poczekaj u mnie – zlecił, wkładając dłonie do kie­szeni. – Wezmę prysznic i do ciebie wrócę.
                Pokiwałam głową z aprobatą, udając się do pokoju Rose’a. W środku panował niemały, ale na swój sposób harmoniczny bałagan. Ubrania leżały na podłodze, jednak były zwalone na kilka stert, które wydawały się znajdować w równej odległości. Okno zasłaniała długa, pożółkła firanka, unie­możliwiając promieniom słonecznym rozjaśnić pomieszczenia. Na biurku leżał jego notes. Od pew­nego czasu ciekawiło mnie, co on tam zapisywał. Teraz nadała się idealna sytuacja do sprawdzenia tego. Powolnym krokiem podeszłam bliżej, podnosząc lekko poniszczony zeszyt. Otwarłam go, uwa­żając na wypadające strony. Na pierwszych kartkach widniały bohomazy i niebieskie kleksy. Dalej znajdowały się naszkicowane rysunki przeróżnych rzeczy od kwiatka po wieżowce. Stawiał dosyć cha­otyczne kreski, jakby chciał rozpisać długopis. Mniej więcej w połowie zeszytu na kartkach zaczęły pojawiać się słowa, zapewne nowych piosenek. Dużo kreślił, poprawiał, jakby nie umiał się zdecydo­wać. Większość notesu po prostu przekartkowałam, jednak na jednej stronie zatrzymałam się nieco dłużej. Dokładnie czytałam tekst piosenki, analizując każde jego słowo.

She's got a smile that it seems to me
Reminds me of childhood memories
Where everything
Was as fresh as the bright blue sky
Now and then when I see her face
She takes me away to that special place
And if I stared too long
I'd probably break down and cry

Oh Sweet child o' mine
Oh Sweet love of mine
Uśmiechnęłam się subtelnie odkładając zeszyt na miejsce. Czyżby ten tekst był o mnie? Ta myśl nurtowała mnie przez dłuższą chwilę. Jak do tej pory zauważyłam, ich teksty były dosyć szczere. Opi­sywali w nich prawdziwe uczucia, nawiązywali do przeżytych sytuacji. Im dłużej się na tym zastana­wiałam, tym bardziej dochodziło do mnie, że ta piosenka faktycznie była o naszym uczuciu. Przy­mknęłam na moment oczy, czując dziwne wyrzuty sumienia. On chciał podzielić się naszą małą na­miastką miłości z całym światem, a ja nie potrafiłam nawet zakochać się w nim tak jak kiedyś. Zaci­snęłam kurczowo palce na brzegu blatu. To przyjdzie z czasem, powtarzałam sobie. Skoro go pożą­dasz, to równie dobrze możesz go pokochać…  
                Nawet nie usłyszałam, kiedy wszedł do pokoju. Zakradł się po cichu, układając rozgrzane dłonie na moich biodrach. Czułam jego rytmiczny oddech na swoim karku. Nachylił się powoli, następnie całując moją szyję, jednocześnie schodząc coraz niżej. Odruchowo przymknęłam oczy, próbując za­tracić się w tej przyjemności. Rozchyliłam subtelnie usta, nabierając niewielkie ilości powietrza.
                – Pojedź ze mną jutro w pewno miejsce – wyszeptał kusząco niskim głosem tuż nad moim uchem.
                – Dokąd? – niemalże wysapałam, czując jak jego dłonie wędrują pod moją koszulkę.
                Obrócił mnie w swoją stronę, na co otworzyłam oczy. Mokre rude kosmyki okalały jego twarz. Miał na sobie jedynie ręcznik przewiązany w pasie. Ułożyłam jedną dłoń na jego policzku, głaszcząc go.
                – Spodoba ci się – zapewnił mnie, przesuwając dłoń na moje plecy. – Będziemy mieć trochę czasu tylko dla siebie – dodał, nachylając się.
                Przymknęłam oczy, czując jak muska wargami mój policzek. Jednocześnie jego dłonie wędrowały niemal po całym moim ciele.
                Westchnęłam cicho, obejmując jego szyję. Chciałam jego bliskości. Tej fizycznej. To właśnie tego najbardziej potrzebowałam. Pragnęłam, żeby mnie dotykał, całował. Jednocześnie nie do końca uznawałam to jako wyrażanie uczuć.
                Oparł swoje czoło o moje, niespokojnie sapiąc. Mój oddech również potrzebował czasu, żeby się unormować. Ułożył swoje ręce na moich biodrach.
                – Twoja metoda małych kroczków chyba nie zadziała – stwierdził, a wypuszczane przez niego powietrze przyjemnie muskało mój policzek. – Wydaję mi się, że chodzi ci o coś zupełnie innego.
                – Miłość nie należy do najłatwiejszych spraw – zaczęłam, splatając place na jego karku. – Chyba uzależniam się od twojego ciała, ale nie potrafię zrobić tego samego z twoją osobą.
                Zaczerpnęłam powietrza, po czym jego usta przywarły do moich, zamykając je w namiętnym pocałunku. Jednocześnie uniósł mnie nieznacznie. Zaczepiłam nogi o jego biodra, kurczowo trzymając go za szyję. Pieprzyć to, o czym mówiliśmy wcześniej! Potrzebowałam jego bliskości. Zakochanie, randki i inne rzeczy mogły poczekać. Położył mnie na łóżku, ściągając moją koszulkę.
                – Która godzina? – spytałam w przerwie pomiędzy pocałunkami.
                – Wczesna – rzucił od niechcenia. – Mamy jeszcze trochę czasu – dodał, uśmiechając się szelmow­sko. Całował mój brzuch, schodząc coraz niżej.
                – Pytam poważnie – odparłam, starając się brzmieć stanowczo. Nie do końca wyszło. – Mam parę spraw do załatwienia. Możemy przecież dokończyć wieczorem.
                Odsunął się gwałtownie na bok, udając obrażonego. Podniosłam się do pozycji siedzącej, przecze­sując włosy palcami. Starając się unormować oddech, zerknęłam na zegarek. Miałam pół go­dziny, żeby się ogarnąć i dojechać pod Safe Driving. Narzuciłam na siebie koszulkę, zbierając się w dosyć szybkim tempie.
                – Obiecuję – zapewniłam na odchodne, przelotnie całując go w policzek.
                Podobno do niektórych rzeczy można przywyknąć. Mogłam przyzwyczaić się do bycia w związku z Axlem i kochania go?
                Kolejne zajęcia kursu minęły mi dosyć szybko. Podobnie było z pracą w Rainbow. Tam jednego nie miałam nawet chwili przerwy. Ledwo co obsłużyłam jednego klienta, a już pojawiał się następny. Kiedy przyszedł Todd, byłam mu niezmiernie wdzięczna, że mogę wrócić do domu. Zmęczenie powoli dawało mi się we znaki. W dodatku moje kiepskie samopoczucie nadal zdawało się nie znikać.
Zabrałam swoje rzeczy i spacerem podążyłam w stronę przystanku autobusowego. Zdecydowa­łam się na ten środek transportu, ponieważ nie było w nim tak tłoczno jak w metrze. Usiadłam obok okna i oparłszy głowę o szybę obserwowałam panoramę miasta. Słońce chyliło się ku zachodowi, zostawiając po sobie piękne kolory na niebie. Grupki ludzi żwawym krokiem zmierzały w stronę po­pularnych klubów. Zdążyłam przyzwyczaić się do tego widoku. Tutaj niemalże wszyscy imprezowali. Tylko czasami jakiś biznesmen zabierał żonę do najwykwintniejszej restauracji w okolicy. Pewnie za­mawiali wtedy homara i popijali go najdroższym szampanem. Minęliśmy latarnie uliczne, pod którymi powoli zaczynały się ustawiać dziewczyny. Niektóre z nich poprawiały swoje dosyć obcisłe i kuse kre­acje. Liczyły na niezły zarobek. Wielu ludzi szukało w West Hollywood taniej i dobrej prostytutki. Przeniosłam wzrok na chodnik, na którym dzieciaki na rowerach pospiesznie wracały do domu. Los Angeles po zmroku nie należało do najbezpieczniejszych miast. Podobno tydzień temu policja znala­zła w kontenerze poćwiartowane zwłoki młodego mężczyzny. Podejrzewano, że mógł rozgniewać swoich niezwykle przemiłych koleżków.
Wysiadłam na przystanku, który znajdował się niedaleko Hell House. Nałożyłam kaptur na głowę, chowając dłonie do kieszeni. Nie było zimno, aczkolwiek moje ciało dosyć szybko oddawało ciepło. Po drodze mijałam jakichś ludzi, których jeszcze nie do końca kojarzyłam. Nie znałam zbyt wielu osób z okolicy, ale podejrzewałam, że mogli być moimi sąsiadami. Starając się zrobić dobre pierwsze wraże­nie, uśmiechałam się subtelnie, posyłając im dosyć oklepane dobry wieczór. Oni natomiast często mruknęli coś pod nosem, spuszczając głowę i idąc dalej. Musieli skojarzyć, iż mieszkałam w Hell Ho­use. Chłopcy mówili, że dzielnica, w której wynajmowali dom, nie cieszyła się zbyt dobrą sławą. Po­dobno gliniarze kursowali tutaj niemal co drugi, trzeci dzień, najczęściej w sprawie zakłócania po­rządku. W samym Hell House imprezy, chociażby te skromne, odbywały się praktycznie codziennie.
                Odruchowo przekręciłam klamkę, marszcząc przy tym brwi. Zdziwiło mnie, że drzwi były za­mknięte. Zazwyczaj chłopcy zostawiali dom otwarty, twierdząc, że przecież złodziej nawet nie miałby co ukraść. Na całe szczęście miałam przy sobie klucz, który kiedyś odruchowo schowałam do torebki. Pierwszy raz miał okazję się przydać. Przekręciłam go w dziurce, otwierając drzwi. Kolejną niepoko­jącą rzeczą była ciemność, która spowijała wnętrze domu. Odkąd tutaj mieszkałam, zawsze któryś z nich siedział w salonie i popijał alkohol. Zaczynałam się zastanawiać, czy może nie wyszli beze mnie na imprezę. Przekalkulowałam sobie wszystko, próbując wymacać na ścianie włącznik. Nie zdążyliby się, jak to mówili, zahartować. Gunsi nigdy nie wychodzili do klubu na trzeźwo. Rzuciłam torebkę w kąt, wreszcie zapalając światło. Zrobiłam zaledwie krok w przód, zamierając na dosłownie chwilę.
                – Niespodzianka!