Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steven. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 czerwca 2017

69. There's a little bit of devil in her angel eyes



Nawet nie zorientowałam się, kiedy zajechałam pod Hell House. Znałam drogę na pamięć, przez co jechałam dosyć instynktownie. Wiadomość, że wreszcie byliśmy wolni dodawała mi skrzydeł. Uśmiechałam się sama do siebie, nadal po części w to nie wierząc. Wszystkie moje kłopoty zdawały się wyparować. Niestety tylko złudnie…
                Zamknęłam samochód, odruchowo przeczesując włosy palcami. Joy zdawała się powoli odlatywać. To cud, że jeszcze trzymała się na nogach. Pomogłam jej przejść przez zabrudzoną werandę, aby przypadkiem nie zawadziła o porozwalane butelki. Zdecydowanie przekręciłam klamkę, otwierając drzwi. Jak zwykle nikt ich nie zamknął. Weszłyśmy do środka, zastając w salonie Stevena i Lily. Siedzieli na kanapie, żywo o czymś dyskutując. Adler nawet, o dziwo, wyglądał na trzeźwego.
                – Duff jest u siebie? – spytała Joy. Jej głos nieco przypomniał bełkot.
                Blondyn kiwnął głową, zbytnio nie przejmując się moją towarzyszką. Zamiast tego z powrotem obdarzył Śnieżkę troskliwym spojrzeniem. Tak, chyba nigdy się do niej nie przekonam. Już prędzej zaprzyjaźniłabym się z Hope. Tamta przynajmniej miała charakterek. O tak, temperamentem nie przewyższała nikogo.
                – Możesz mu przekazać, że przyszedł wróg publiczny numer jeden – prychnęłam, puszczając jej ramię.
                Zdawało się, że moja wypowiedź już nie do końca do niej dotarła. Uśmiechnęła się szeroko, zmierzając w stronę schodów. Starała się poruszać z gracją, chociaż nie dało się nie zauważyć, iż odrobinę się chwiała. Wypite promile zaczynały dawać o sobie znać.
                Odprowadziłam ją wzorkiem niemal na samą górę. Podeszłam bliżej tej dwójki, siadając na drugim końcu kanapy. Wyciągnęłam nogi na niezbyt wygodne obicie, opierając głowę na dłoni. Zamieniłam się w słuch, nie chcąc im zbytnio przeszkadzać.
                – Przyszłaś z czymś konkretnym czy po prostu się stęskniłaś? – spytał, nie kryjąc chłodu, który wypełniał jego głos. To było aż niepodobne do Stevena.
                Zmarszczyłam czoło, uśmiechając się ironicznie. Czyżby to była aluzja, żebym sobie już poszła? Wiedziałam, że byłam tutaj niemile widziana przez Duffa, ale nie sądziłam, iż przez resztę też. Przecież Rose ostatnio mówił coś innego.
                – Chciałam, żebyście dokończyli rozmowę – wytłumaczyłam, dłonią zachęcając ich do kontynuacji. – Nie lubię przeszkadzać.
                – Nie przeszkadzasz – zaoponowała Lily, uśmiechając się przyjaźnie.
                Jakoś nie potrafiłam odwzajemnić jej gestu. Wydawał mi się dosyć sztuczny. Z resztą jak cała ta dziewczyna. Steven lubił w niej tę delikatność, dystyngowanie. Aż dziw, że udało jej się wplątać w intrygi Eddiego. Kompletnie nie przypominała typowej prostytutki. Podobno nawet nie cieszyła się zainteresowaniem. Tym lepiej dla niej. Chwilami sposobem bycia przypominała mi poczciwą Melanie Hamilton*.
                – Chciałam wam tylko powiedzieć, że Eddie zwija swój biznes, ale chyba to już wiecie – poinformowałam, wzrokiem wskazując na Lily, która kurczowo zaciskała palce na dłoni Stevena. Wyglądała, jakby się czymś denerwowała.
                Poderwałam się z miejsca. Zamierzałam udać się na górę. Może zastałabym tam kogoś oprócz Duffa i Joy, z kim mogłabym porozmawiać?
                Steven odruchowo złapał mnie za nadgarstek. Odwróciłam się, patrząc na niego z podejrzliwością. Jego wyraz twarzy przypominał zakłopotanie.
                – Poczekaj – poprosił, powoli i ostrożnie luzując swój uścisk.
                Pokiwałam głową z aprobatą, z powrotem siadając na kanapie. Czułam, że miał mi coś ważnego do przekazania. W końcu zazwyczaj chodził uśmiechnięty od ucha do ucha. Coś ewidentnie musiało być nie tak.
                – Mam do ciebie prośbę – powiedział z trudem, przełykając ślinę. – A właściwie to dwie – dodał, spoglądając na Lily i posyłając jej nikły uśmiech.
                Nie miałam dobrych przeczuć, jeśli chodziło o tę drugą przysługę. Moja niechęć do McKenzie tak naprawdę pochodziła znikąd. Nie lubiłam jej, bo tak. Jeśli miałybyśmy bawić się w Melanie i Scarlett**, to wolałam wypisać się z tego układu.
                – Zamieniam się w słuch – odparłam, nerwowo zaplatając palce.
                Chłopak westchnął przeciągle, wolnym ramieniem obejmując Lily. Dopiero teraz zauważyłam, że dziewczyna nieznacznie drżała. Coś musiało być na rzeczy. Od razu pomyślałam o najgorszym. Rozchyliłam subtelnie usta, z niecierpliwością czekając, aż coś powie.
                – Powiem prosto z mostu. – Zaśmiał się gorzko. – Do końca miesiąca mamy się wynieść z Hell House. Eddie wyjeżdża, a nas nie stać na czynsz. Nowy właściciel trochę sobie ceni ten dom.
                Dopiero po chwili zorientowałam się, że siedzę z rozczapierzonymi ustami. Oddychałam głęboko, próbując przyswoić sobie to wszystko. Moi przyjaciele mieli wylądować na bruku u progu ich kariery. O zgrozo! Nie mogłam do tego dopuścić, ale jednocześnie nie miałam w mieszkaniu na tyle pokoi, ażeby pomieścić ich wszystkich.
                – To okropne – jęknęłam odruchowo.
                Steven pokiwał głową, zaciskając usta w wąską linię. Sprawiał wrażenie, jakby już zdążył przedyskutować to z resztą. Chciał mnie tylko o tym poinformować. Tylko co z tymi prośbami?
                – Spokojnie, ulica nam nie grozi – uprzedził mnie, uśmiechając się niechętnie. – Ja zatrzymam się u Lily, Duff chce się wkręcić do kolorowej, bo mówiła, że ma dwupokojowe mieszkanie. Izzy oczywiście zamieszka z Hope. Nawet udało nam się przekonać przyrodniego brata Leny, żeby przygarnął Slasha na okres przejściowy. Nie było łatwo, ale się zgodził. Tylko…
                – Tylko co? – weszłam mu w słowo, marszcząc brwi. Doskonale wiedziałam, kogo pominął.
                – Tylko nie mamy co zrobić z Axlem. Mogłabyś go wziąć do siebie? Widzę, że między wami jest już lepiej. Zawiesiliście broń?
                Parsknęłam ironicznym śmiechem. Zaprzestanie kłótni z Rosem było niewykonalne. Nasza cicha rywalizacja trwała, odkąd się rozstaliśmy. W sumie nawet to musiało być dosyć głośne. Może i teraz trochę mi przeszło, ale chyba nie aż tak. Nie zaliczałam się do grona cierpliwych osób, a Axl potrafił dosyć szybko wytrącić mnie z równowagi. Nie potrafiliśmy wytrzymać godziny w jednym pomieszczeniu, co dopiero kliku dni a nawet tygodni.
                Jednak te wszystkie wydarzenia – sprawa z Eddiem, odseparowanie się Rosie nie wyprały ze mnie wszystkich ludzkich odruchów. Bądź co bądź, Axl po części był moim przyjacielem. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało. Nie mogłam go zostawić na pastwę losu. Miałabym do siebie żal, gdyby coś mu się stało.
                – Może u mnie pomieszkać do powrotu Chrisa – rzuciłam, próbując zachować obojętność. – Nie zakopaliśmy toporu wojennego, ale nie jestem aż taka zła, żeby go wystawić. Jeśli jest na górze, to mogę mu przekazać dobrą nowinę.
                Tak, to bardzo ładnie z mojej strony. Tata byłby zadowolony, że pomagałam staremu przyjacielowi. Mimo iż nie przepadał za Axlem. Większym szacunkiem darzył za to pana Baileya, który z kolei był jeszcze większym dupkiem niż jego pasierb. Jak zazwyczaj świetnie dogadywałam się z Adamem Edwardsem, w tej kwestii nie mogłam go zrozumieć.
                – Tak, ale jest jeszcze jedna sprawa – powiadomił z trudem Steven. Gołym okiem było widać, że nawet nie wiedział, jak się za to zabrać.
                Nachyliłam się nieznacznie, na otuchę posyłając tej dwójce pogodny uśmiech. Trochę wymuszony, ale mniejsza z tym. Nie wiedziałam, o co mogło im chodzić. Ba, nawet się nie domyślałam. Pomimo to zamierzałam przyjąć postawę pomocnej przyjaciółki. W sumie nawet nie musiałam udawać. Zawsze mogli na mnie liczyć i czasami zbytnio to wykorzystywali.
                – Chcemy, żebyś przekonała do czegoś chłopaków – zaczął niepewnie, robiąc niewielkie pauzy na zebranie myśli. – Wiem, że mogę ci zaufać w tej sprawie. Zawsze tak ładnie starasz się nam pomagać. Dlatego pewnie zachowasz się typowo dla ciebie w sytuacji, kiedy…
                – Do rzeczy, Steve! – ponagliłam go, powoli nudząc się jego monologiem, jaka to jestem wspaniała.
                –… zamierzamy się pobrać – dokończył, przenosząc swój wzrok na Lily.
                O dziwo dziewczyna zamiast się uśmiechać, wyglądała na przestraszoną. Nie sądziłam, żeby ślub ze Stevenem był jej pomysłem. Kiedy ostatni raz widziałam ich razem, sprawiała wrażenie kompletnie niezainteresowanej perkusistą. Tak nagle zmieniła zdanie?
                Przez chwilę nie byłam w stanie niczego powiedzieć. Siedziałam z wytrzeszczonymi oczami, zapowietrzając się coraz bardziej. W życiu nie słyszałam bardziej irracjonalnego pomysłu! Nagle zaczęłam się idiotycznie śmiać, jakby jego słowa były najzwyklejszym w świecie żartem. Czułam na sobie ich zdziwione spojrzenia, ale zbytnio mnie to nie obchodziło. Steven miałby założyć rodzinę?
                – Nie dziwę się, że tak zareagowali – wydusiłam z siebie po chwili, opanowując falę śmiechu. – Nigdy w życiu nie słyszałam niczego głupszego. Steven, takich decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień!
                – Sądziłem, że wy z Chrisem właśnie tak zrobiliście – podkreślił owy fakt dosyć dosadnie.
                Przygryzłam wargę, kręcąc głową. Miał rację. Pieprzoną rację. Tylko że nie mógł wiedzieć, co czułam, kiedy Pittman wyjeżdżał. Bałam się, iż zostanę sama. Nie mogłam do tego dopuścić. Nie umiałam poradzić sobie z ułożeniem własnych myśli. W dodatku samotność okropnie mnie przytłaczała. Była moim lękiem, wręcz fobią.
                – Vicky, wszystko w porządku? – spytał z troską.
                Odruchowo pokiwałam głową. Dopiero teraz zorientowałam się, że cała drżałam. W dodatku mój oddech nieznacznie przyspieszył. Nie znosiłam reakcji mojego ciała. Na byle jakie bolesne wspomnienie zdawało się nakręcać. To i tak, że nie miałam ataków paniki.
                – Tak – skłamałam, uśmiechając się. – Po prostu trochę się zamyśliłam. Wracając do tematu… 
Przerwałam, przez dłuższą chwilę zatrzymując swoje spojrzenie na delikatnej twarzyczce Lily. Wydawała się zbyt delikatna i za młoda na małżeństwo. Szczególnie z takim specyficznym mężczyzną, jakim był Steven.
– Lily, mogłabyś zostawić nas samych? – spytałam, nieco zaciskając zęby. Nie chciałam, żeby mój głos zbytnio drżał.
Dziewczyna pokiwała głową z aprobatą. Puściła dużą dłoń Adlera, wyswobadzając swoje smukłe ciało z jego opiekuńczego objęcia. Uśmiechnęła się niepewnie, aby już po chwili zniknąć na górze. Zdecydowanie przydałaby się jej chwila samotności na przemyślenie tego wszystkiego. Sprawiała wrażenie robienia dobrej miny do złej gry. Nawet jej chód był spokojny, zdecydowany. Poruszała się z gracją. Tak naprawdę wszystko robiła z gracją. Odzwierciedlała Melanie Hamilton pod prawie każdym względem.

sobota, 25 lutego 2017

63. Live while we're young




Przekręciłam się na drugi bok, cicho pomrukując. Powoli zaczynałam odzyskiwać świadomość. Otworzyłam oczy, kilkukrotnie nimi mrugając. Rażące światło wywoływało ich ból. Przetarłam powieki, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyglądało znajomo, aczkolwiek nie było to moje mieszkanie. Podniosłam się raptownie, równie szybko żałując tej decyzji. Obraz przed oczami zaczął wirować. Dopiero teraz pulsujący ból głowy zaczął dawać o sobie znać.

– Obudziłaś się – zauważył obojętnie.

Skrzywiłam się, słysząc jego głos. Reagowałam podobnie na każdy bodziec, który docierał do mnie niczym fala uderzeniowa. Wszystko w spowolnionym tempie układało się w mojej głowie. Zaczęłam należycie odbierać otaczającą mnie rzeczywistość. Siedziałam na kanapie w salonie Gunsów, a przede mną stał Steven.

– Ciszej – mruknęłam, posyłając mu nikłe spojrzenie.

Uśmiechnął się, poddając mi parujący kubek.

– Trzymaj. Przyda ci się.

Niepewnie zacisnęłam palce na gorącej ceramice. Gwałtownie zaczerpnęłam łyka napoju, jednocześnie parząc sobie język. Skrzywiłam się, odsuwając kubek od ust. W środku znajdowała się kawa. Cholernie gorzka i równie bardzo mocna.

– Co to, kurwa, jest? – spytałam, nie kryjąc niezadowolenia. Owa mieszanka dodatkowo spotęgowała mdłości, które mnie dręczyły.

– Kawa i aspiryna. Najlepsze na kaca.

Usiadł obok, gestem dłoni zachęcając mnie do dalszego picia. Popatrzyłam na niego podejrzliwie. Przełknęłam ślinę, próbując zmusić się do dalszej konsumpcji napoju.

– Niedobrze mi – rzuciłam krótko, gwałtownie strzepując koc i ruszając w stronę łazienki.

Zdążyłam w ostatniej chwili. Po wszystkim poczułam się nieco lepiej. Tylko posmak żółci, który pozostał w moich ustach, nieco mi przeszkadzał. Doczołgałam się pod umywalkę, odkręcając kurek z zimną wodą. Przepłukałam usta, następnie jedną ręką przemywając twarz. Spojrzałam w lustro, oddychając ciężko. Pozostałości po wczorajszym makijażu rozmyły się, pozostawiając na moich policzkach smoliste plamy.

– Wszystko w porządku? – spytał Steve, zapukawszy do drzwi.

Przełknęłam ślinę, ostrożnie siadając na podłodze. Nadal świat wokół mnie nieco wirował, ale nie było już tak tragicznie.

– Tak – zawołałam, co trochę mnie kosztowało. – Możesz wejść – dodałam, przymykając powieki.

Delikatnie uchylił drzwi, wchodząc do środka. Słyszałam jego ciężkie kroki, czując woń jego ciała. Pachniał wódką, przez co nieco się skrzywiłam. Podszedł na tyle blisko, że czułam na policzku jego w miarę stabilny oddech. Niepewnie otworzyłam oczy, zaciskając dłoń w pięść. Nie pomogło, świat wirował nawet bardziej.

– Pij, będzie już tylko lepiej – oznajmił z troską, podając mi kubek.

Westchnęłam, niemal na raz wypijając jego zawartość. Skrzywiłam się, ponownie czując ten okropny posmak. Oparzyłam sobie całą jamę ustną, ale przynajmniej nie będę musiała znowu tego pić. No chyba, że po raz kolejny zwrócę całą zawartość mojego żołądka.

Przytkałam usta wierzchem dłoni, oddychając głęboko przez nos. Chciałam jakoś poradzić sobie z powracającą falą narastających mdłości.

– Na pewno wszystko w porządku? – dopytywał Steven, delikatnie przejeżdżając palcami wzdłuż mojego odkrytego ramienia.

Pokiwałam głową, niepewnie przełykając ślinę. Powoli zaczynało mi przechodzić. Odsunęłam dłoń, łapczywie nabierając hausty powietrza.

– Chyba już do końca życia nie wezmę do ust ani kropli alkoholu – wysapałam, pozwalając, żeby grymas zniknął z mojej twarzy.

Chłopak zaśmiał się, siadając naprzeciwko mnie.

– Teraz tak mówisz, potem ci się odwidzi – stwierdził, uśmiechając się.

– Istnieją jeszcze proszki – wspomniałam, obojętnie wzruszając ramionami. Przyciągnęłam kolana pod brodę, opierając na nich podbródek.

Pokiwał głową, zastanawiając się nad czymś. Bacznie obserwowałam rysy jego zmęczonej twarzy. Wyglądał, jakby od dłuższego czasu nie zmrużył oka.

– Lubisz eksperymentować? – spytał nieoczekiwanie.

– Trochę. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie, co nieco mnie kosztowało. – A ty?

Zaśmiał się, rozprostowując nogi. Odkąd go poznałam, sprawiał wrażenie wiecznie szczęśliwego. Takie duże dziecko, które żyje beztrosko.

– Zadajesz takie pytanie rasowemu ćpunowi? – Zdziwił się, wskazując na siebie palcem. – Oczywiście, że lubię. W końcu tylko raz jest się młodym.

– Nie boisz się? – dociekałam.

niedziela, 18 grudnia 2016

59. Please tell me now it's not the end





   Drobne krople deszczu spadały z nieba, niemalże bezdźwięcznie opadając na suche podłoże. To nie była ulewa, a raczej mżawka. Ogólnie matka natura wybrała sobie najgorszy dzień na zmianę pogody. Dotychczas świeciło słońce, które dawało przyjemne uczucie ciepła na policzkach. W następne dni też tak miało być. Tylko dzisiaj wszystko musiało się popsuć...

   Włożyłam ręce do kieszeni, odczuwszy chłód w tej części ciała. Oparłam się ramieniem o Axla, starając się zachować równowagę. Z wierzchu wydawałam się być twardym kamieniem, który kompletnie niczym się nie przejmuje. Sprawiałam wrażenie obojętnej, jakby cała ta sytuacja w ogóle mnie nie obchodziła. Jednak po odkryciu tych wszystkich warstw zostawała jedynie cienka powłoczka. Cierpiałam i nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Zbyt wiele się wydarzyło, z czym nie koniecznie mogłam się oswoić.

     – Lena była niezwykłą osobą – zaczął swoje kazanie pastor. Jego głos wydawał się być lekko zachrypiały.

   Poczułam, jakby przez moje ciało przeszły dziwne dreszcze. Nie umiałam mówić o niej w czasie przeszłym. Jeszcze do mnie nie docierało, że to już jest koniec. Nigdy więcej nie pójdę z nią na zakupy, nie obgadamy chłopaków, nie poimprezujemy i nie zestarzejemy się z klasą, bo ona już nie żyła.

   Jej śmierć była ogromnym ciosem dla nas wszystkich, a w szczególności dla Slasha. Izolował się. Wychodził nie wiadomo gdzie, a potem wracał dosyć późno ledwo trzymając się na nogach. Za każdym razem, kiedy patrzyłam na niego, odczuwałam niewielki ucisk na sercu. Nie zasługiwał na to. W dodatku teraz, na jej pogrzebie, staliśmy z tyłu, chociaż tak naprawdę byliśmy dla niej jak najbliższa rodzina. Niestety inaczej myśleli jej rodzice. Nie życzyli sobie naszej obecności podczas ostatniej drogi ich córki. Z trudem udało się Hope przekonać ich, żeby zmienili zdanie. Pierwotnie chcieli sprowadzić jej ciało do Londynu, aby tam je pochować. Jednak ten pomysł jeszcze szybciej upadł.

   Musieliśmy powiadomić ich o tej sytuacji. O ile wcześniej można było przymknąć oko na ukrywanie faktu o krytycznym stanie ich córki, tak teraz nie wypadało nam zataić wiadomości o jej śmierci. Hope do nich zadzwoniła. Ogólnie zdecydowaliśmy, żeby to Carter kontaktowała się z państwem Fiodorow. Zazwyczaj odbierano ją pozytywnie. Była menadżerem, kimś na stanowisku. A nie tak jak my, grupą ćpunów, na których prawie każdy patrzył z pogardą. Nawet rodzice Leny. Z początku obwiniali nas o jej śmierć. Twierdzili, że to przez nas ich jedyna córka zeszła na złą drogę. Później trochę ucichli, aczkolwiek podejrzewałam, iż do końca życia nam tego nie wybaczą.

     – Pogodna, zawsze uśmiechnięta – kontynuował, wywołując melancholijny nastrój. – Rzadko kiedy mówiła o swoich problemach – westchnął, spoglądając na panią Fiodorow, która niemal drżała, nie mogąc powstrzymać płaczu. – Już jako dziecko próbowała radzić sobie ze wszystkim sama. Była najlepszą uczennicą, wspaniałą córką. Chciała zostać ekonomistką. Skończyła wymagające studia na jednym z lepszych uniwersytetów w Anglii. Miała przed sobą całe życie. – Zrobił niewielką pauzę, oddychając głęboko. Próbował wyrazić to w sposób emocjonalny, jak najbardziej wiarygodny. – Jednak wybrała niewłaściwą drogę. Jak każdy z nas miała prawo do błędu. I popełniła go, może nie do końca świadomie. Lena chciała żyć. Pomimo kłopotów zawsze chodziła uśmiechnięta. Tryskało z niej szczęście. Tylko później ta świeczka, którą była, powoli zaczęła gasnąć. Pogrążała się w nałogu, jej problemy narastały. Próbowano jej pomóc, miała wsparcie. Do końca walczono o nią. Lena przegrała walkę o swoje zdrowie, ale nie o życie. Może teraz patrzy na nas z góry, radując się z chwały Pana. Pomódlmy się za jej duszę.

   Po moim policzku spłynęły gorące łzy. Nawet nie próbowałam ich wycierać. Tęskniłam za nią i to bardzo. Dopiero teraz w pełni uświadomiłam sobie, że już nigdy jej nie zobaczę. Axl objął mnie ramieniem, subtelnie muskając wargami moje czoło. Nie protestowałam. Potrzebowałam czyjeś bliskość, nawet jeśli pochodziła ona od Rose'a. Nie potrafiłam poradzić sobie z sobą samą.

niedziela, 11 grudnia 2016

58. Nothing is more sad tan the death of an illusion





     – Mogłabyś mi podać ten złoty naszyjnik, który leży na biurku? – poprosiłam Joy.

   Krzątałyśmy się po moim mieszkaniu, panikując, że nie starczy nam czasu. Miałyśmy zaledwie godzinę na wyszykowanie się i dotarcie do klubu. Niemalże od rana cieszyłam się jak dziecko na samą myśl o dzisiejszym koncercie. Nawet wzięłam urlop w pracy, zważywszy na to, że kończyłam ją dopiero o osiemnastej.

   Od dwóch dni dorabiałam sobie w niewielkiej księgarni Les Livres znajdującej się na Pickford Street. Czerpałam z niej ogromną satysfakcję, przez co o wiele łatwiej wstawałam rano. Już jako dziecko uwielbiałam godzinami czytać różnorakie lektury. Teraz po latach po części mogłam do tego wrócić. Jeśli był mniejszy ruch, chętnie siadała w kącie lady i nadrabiałam zaległości z Szekspira, Austen czy Carrolla. To właśnie poprzez Les Livres poznałam Joylene, która zdecydowała się pójść ze mną na koncert Toxic Bliss. Dziewczyna pracowała w pobliskiej kawiarni, w której niemal nałogowo kupowałam waniliowe latte. Wczoraj przyszła do księgarni kupić mamie prezent na urodziny. Dużo rozmawiałyśmy, przez co obie doszłyśmy do wniosku, iż mamy wiele wspólnego. Może nawet w przyszłości się zaprzyjaźnimy?

   Dokładnie czesałam dopiero co wysuszone włosy, próbując pozbyć się znikomych kołtunów. Joy siedziała przy kasztanowym biurku, malując powieki grafitowym, brokatowym cieniem, który idealnie komponował się z jej seledynowymi włosami specjalnie na tę okazję ułożonymi w fale. Niechętnie zrobiła przerwę, podając mi upragniony przedmiot.

     – Dzięki – rzuciłam, uśmiechając się subtelnie.

   Ubrałam naszyjnik, wyciągając go na czarny top. Przeglądnęłam się kilkukrotnie w lustrze, sprawdzając czy wszystko jest okej.

     – Co? – spytała, zwracając tym moją uwagę. – Będzie tam jakiś twój Romeo? – zachichotała, próbując dłonią stłamsić śmiech.

   Uśmiechnęłam się nieśmiało pod nosem. Może tak, a może nie.

     – No coś ty! – zaprzeczyłam, machając dłonią. – Mówiłam ci, że mam narzeczonego.

   Podeszłam pod biurko, stając za moją towarzyszką, która wygodnie rozsiadła się na pufie. Nie miałyśmy dużo czasu, toteż postawiłam na niewielki makijaż. Zabrałam tusz, starając się dokładnie pomalować rzęsy. Nachyliłam się, próbując uzyskać dostęp chociażby do skrawka lusterka.

     – Kurde – mruknęła, przenosząc wzrok na swój strój – sądzisz, że sukienka to na pewno dobry pomysł?

     – Idealny – wybełkotałam, starając się zbytnio nie ruszać twarzą.

     – No nie wiem – wycedziła, próbując przeglądnąć się w lustrze. – Ty idziesz w spodniach. Może ja też powinnam się przebrać.

   Pokręciłam głową, odkładając kosmetyk na blat. Kątem oka zerknęłam na jeansowe rurki z dziurami i przetarciami, które okrywały moje nogi. Były jedną ze zdobyczy, które kupiłam na zakupach z Lenką. Aż się łezka w oku kręciła na samo wspomnienie.

     – Joy – westchnęłam, wybierając odcień szminki – ale ja mam okres, podczas którego nie czuję się komfortowo w sukienkach czy spódnicach.

   On akurat wiedział, kiedy się pojawić. Dzięki niemu miałam wymówkę przed Eddy'em, żeby zrobić sobie wolne. Mój szef zawsze hojnie je rozdawał, jeśli któraś dziewczyna miała okres. Wolał uniknąć klientów skarżących się na niedogodne warunki.

     – Może masz rację... – mruknęła, zakładając długie srebrne kolczyki w kształcie piór.

     – Coś się stało? –  zapytałam, kończąc malować usta pomadką w odcieniu wiśni. – Jakaś taka niezdecydowana jesteś.

czwartek, 24 listopada 2016

55. Dear sister...





   Stałam tam jak słup, z niedowierzaniem wpatrując się w jego zmęczoną twarz. Nie docierały do mnie słowa, które przed chwilą wypowiedział. Jest z nią gorzej? Dlaczego?

     – Nie rozumiem. – Pokręciłam głową, oddychając niespokojnie. – Przecież jutro miała wychodzić. Kiedy ostatnio u niej byłam, czuła się całkiem nieźle.

   Całe to zdarzenie zdawało mi się być jakimś dziwnym koszmarem, z którego nie mogłam się obudzić. Lena przedawkowała, straciła przytomność, wylądowała w szpitalu. Lekarz powiedział,  że miała dużo szczęścia i wystarczy samo oczyszczanie organizmu z toksyn. Dlaczego tak nagle jej stan się pogorszył?

     – Skarżyła się na bóle w lędźwiach – zakomunikował, łapiąc mnie za ramię. – Jeszcze w dzień wozili ją po całym szpitalu na jakieś badania. – Zrobił niewielką pauzę, pustym wzrokiem spoglądając na jezdnię. – Wieczorem przestała samodzielnie oddychać.

   Zakryłam usta wewnętrzną częścią dłoni. Czułam, jak dziwny niepokój i zmartwienie wypełniają mnie od środka. Nie potrafiłam uzmysłowić sobie jego słów. Z nią nie było źle. Było bardzo źle, a wręcz tragicznie.

   Potrzebowałam chwili, żeby jakoś dojść do siebie. W tej sytuacji przydałaby się trzeźwo myśląca osoba, a nie kolejna umartwiająca się pseudo ofiara. Musiałam pokonać swoje lęki i przestać myśleć o najgorszym. Ona nie mogła umrzeć, przecież była pod opieką fachowców.

     – Wiecie, co się konkretnie stało? – przerwałam trwającą od dłużej chwili ciszę. Mój głos wyrażał obojętność, chociaż w środku krzyczałam z rozpaczy i niedowierzania.

     – Nie – mruknął, ostrożnie przenosząc spojrzenie na moją osobę. – Dlatego kazali mi cię znaleźć. Slash zachowuje się jak posąg, a nam nic nie powiedzą. Vicky, proszę, pomóż. Ostatnio ci się udało, teraz też dasz radę.

   Westchnęłam głęboko. Byłam jej potrzebna. Dla Slasha była to okropna sytuacja. Już ostatnio wyglądał jak wrak człowieka, a co dopiero teraz. Żal mi go było. Po części starałam się go zrozumieć. Sama straciłam kogoś bliskiego, kogo bardzo kochałam.

     – Dobra. Nie marnujmy czasu. Wsiadaj. – Wskazałam na przednie siedzenie, uprzednio zabierając z niego torebkę.

     – Może ja poprowadzę? – zasugerował niepewnie, subtelnie się uśmiechając.

      – Nie – odpowiedziałam raptownie. – Jedna osoba w szpitalu zdecydowanie wystarczy.  Nie chcę, żebyś spowodował wypadek.

     – Vicky – zmarszczył czoło – przesadzasz. Może i jeżdżę szybko, ale refleks też mam. Chcesz sprawdzić?

     – Innym razem – mruknęłam, obchodząc pojazd.

     – Ale Vicky! – jęknął. – Jesteś zmęczona i...

     – Steven, do cholery jasnej, nie mamy czasu!

     – ... podenerwowana – dokończył niepewnie.

   Spojrzałam na niego, wzdychając. Miałam wyrzuty sumienia. Nie powinnam na niego krzyczeć. Kurde, to był Steven, zawsze uśmiechnięty bębniarz, który nawet muchy by nie skrzywdził.

     – Przepraszam, trochę mnie poniosło – oznajmiłam, czując gulkę w gardle. – Chyba masz rację.

     – Nie szkodzi. – Machnął ręką.

     – Wsiadaj – rzuciłam obojętnie, szukając kluczy w torebce.

     – Może jednak poprowadzę? – zapytał troskliwie.

     – Nie, dam sobie radę.

   Wsiedliśmy do środka. Wzięłam kilka głębokich wdechów, po czym przekręciłam kluczyk w stacyjce. Próbowałam zachować spokój, chociaż to wcale nie było takie łatwe. Zdarzało się, że byle co mogło mnie zdenerwować. Nie kontrolowałam tego, chociaż później miewałam wyrzuty sumienia. Teraz jednak musiałam się opanować. W tej sytuacji krzyki nie pomagały.

niedziela, 20 listopada 2016

54. They say that time's supposed to heal all wounds




   Mijałam kolejny słup z plakatem, który informował o zbliżającym się koncercie Toxic Bliss. Dziewczyny w mieście szalały na wieść o przyjeździe zespołu z Portland. Z kolei miejscowi melomani już nie mogli się doczekać sporej dawki dobrego punku. Tylko ja omijałam to wszystko szerokim łukiem, wypalając mentolowego papierosa. W całym mieście na ustach ludzi było tylko jedno nazwisko – Xavier Edwards.

   Weszłam do Troubadour, zajmując miejsce przy czarnym blacie baru. Tego wieczoru pierwszy raz dostałam zlecenie zajęcia się ekskluzywnym klientem od Eddy'ego. Mieliśmy się spotkać w klubie. Podobno łatwo tutaj trafić, a poza tym atmosfera lokalu umożliwiała swobodną rozmowę. Później ewentualnie moglibyśmy pójść na miasto albo do niego. Nie czekając na mężczyznę, zamówiłam dla siebie whiskey z colą i lodem.

   Popijałam chłodnego drinka, rozmyślając o różnych sprawach. Próbowałam to wszystko poskładać, a przynajmniej ułożyć w głowie. Bawiłam się palcami, skupiając zamyślone spojrzenie na półkach, na których ustawiono barwne butelki różnorakich alkoholi. Kilka minut czekania zaczęło przeobrażać się w kilkanaście, podczas których coraz bardziej niecierpliwiłam się.

   Dopiłam ostatniego łyka trunku. Postanowiłam poczekać jeszcze odrobinę, zanim zamówiłabym kolejny wysokoprocentowy napój. Wyciągnęłam z torebki niewielkie lusterko, przy pomocy którego poprawiłam usta śliwkową, satynową pomadką. Ciemny odcień szminki był moim znakiem rozpoznawczym. Pomimo takiej, a nie innej profesji zbytnio nie wyróżniałam się z tłumu. Kuse spódniczki i nieco za krótkie sukienki były na porządku dziennym. Większość dziewcząt wybierała ten strój na wyjście do klubu. Kilka tygodni temu zrezygnowałam z mocnego makijażu oka. Przestały mi się podobać powieki oprószone cieniem w kolorze onyksowym. Dlatego ograniczyłam się do wytuszowania rzęs  i sporadycznego używania eyelinera.

   Miałam ochotę wyjść z tego lokalu. Siedziałam tam jak głupia, czekając na kogoś, kto mógł się nigdy nie pojawić. Odwróciłam się w stronę drzwi, chcąc zejść ze stołka. Zatrzymałam się na chwilę, skupiając swoją uwagę na widoku, jaki ujrzałam. Jego krok był zdecydowany. Już na pierwszy rzut oka spokojnie mogło się stwierdzić, że charakteryzowała go pewność siebie. Wyglądał jak milion dolarów, ideał każdej kobiety. Wysoki szatyn z około tygodniowym zarostem na twarzy i długimi włosami związanymi w coś przypominającego koka. Jego wyraziste rysy twarzy dodatkowo podkreślał srebrny kolczyk w lewym łuku brwiowym. Wyróżniającym się elementem jego ubioru była gruba, czarna ramoneska, która wydawała się być o kilka rozmiarów za duża. Mężczyzna podążał w moim kierunku, jakby kierował się wcześniej podanymi wytycznymi. Widziałam go po raz pierwszy, a mimo to miałam wrażenie, iż skądś go znałam.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

48. Give yourself a chance

   
 
   Siedziałam przy dębowym kuchennym stole i jadłam jogurt truskawkowy, który był moim śniadaniem. Nie spieszyłam się zbytnio, ponieważ oprócz lekcji z Jackiem nie miałam żadnych planów na dzisiaj.

   Od ostatniej rozmowy z Chrisem nie utrzymywałam z nim kontaktów. Czułam dziwne poczucie winy, które nie pozwalało mi nawet spojrzeć mu w oczy. Z tego powodu od jakichś dwóch tygodni pomieszkiwałam w Hell House, z czego wszyscy czerpaliśmy korzyści. Chłopaki mieli darmowe posiłki i porządek, a ja dach nad głową.

   Przeglądałam starą, pożółkłą gazetę, którą Gunsi kupili z dobry rok temu, kiedy do pomieszczenia weszła Lena. Wyglądała na jeszcze odrobinę zaspaną, o czym świadczyły jej rozmierzwione włosy i granatowa piżama. Wyjęła z szafki turkusowy kubek, ziewając przy tym przeciągle, po czym nalała do niego czarnej, aromatycznej kawy.

     – Chcesz? – zapytała, odwracając się w moim kierunku.

   Pokręciłam głową. Już wcześniej wypiłam sporą porcję tego zbawiennego naparu. Odłożyłam gazetę na bok, skupiając swoją uwagę na dziewczynie, która zajęła miejsce naprzeciwko mnie. W porcelanowych dłoniach trzymała kubek, dmuchając w celu ostudzenia gorącego napoju. Nadal wyglądała jak żywy kościotrup.

     – Zjesz coś? – zapytałam z troską. Naprawdę się o nią martwiłam.

     – Nie, dziękuję – odmówiła, zdobywając się nawet na znikomy uśmiech.

     – Musisz coś jeść. – Spojrzałam na nią wymownie. – Nie możesz głodować.

   Odłożyła naczynie na stół i zaśmiała się, chociaż widać było, że wiele ją to kosztowało.

poniedziałek, 18 lipca 2016

45. Merry Christmas

 

   Nawet się nie obejrzałam, a już nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie dzień. Moje pierwsze święta spędzone z chłopakami. Z tej okazji zaplanowaliśmy małą, kameralną imprezę. To było aż do nich niepodobne, ale chyba woleli spędzić ten czas w gronie najbliższych.
   Od samego rana zobowiązałam się pomóc w przygotowaniach Hell House na tę okazję. Pracy było dużo, ponieważ oni rzadko kiedy tutaj sprzątali. Na szczęście udało mi się zwerbować Lenę, która jak już sobie władowała była nawet pomocna. Zmywałam podłogi, podczas gdy ona zajmowała się ścieraniem kurzu z mebli, których swoją drogą nie mieli nie wiadomo ilu. Nawet Slash zaoferował swoją pomoc przy wynoszeniu pustych butelek, które walały się dosłownie wszędzie. Duff i Izzy  z kolei pojechali na zakupy. Oby tylko nie kupili zapasu papieru toaletowego zamiast dobrego alkoholu. A nie, takie rzeczy to tylko ze Stevenem, który wyszedł, aby spotkać się z Lily. Swoją drogą, moje przekonania się potwierdziły i dziewczyna faktycznie była byłą współlokatorką Fiodorow i Pittmana. Z wielką chęcią chciałam ją poznać, pomimo że podchodziłam do niej raczej sceptycznie.
   Axla raczej nie widywałam od tamtego incydentu, więc i teraz nie miałam pojęcia, gdzie się znajdował. Zapewne udał się do klubu albo w jedno z tych swoich miejsc. Zbytnio się tym nie przejmowałam. Może wynikało to z tego, iż już  praktycznie mi na nim nie zależało. 
   Właśnie kończyłam wyrzynać szmatę i zostało mi dosłownie kilka metrów podłogi w salonie, kiedy otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszli nie kto inny, jak Izzy i Duff. Ten pierwszy niósł kilka reklamówek, które były wypełnione po brzegi, natomiast basista schował coś za plecami.
     – Ej, ja tu sprzątam! – krzyknęłam oburzona, zauważając ich buty, które oblepione były błotem.
     – Ooo, hej Vicky Świetnie wyglądasz. Robiłaś coś z włosami? – odezwał się Duff, który cały czas szczerząc się, przemierzał pomieszczenie, pozostawiając po sobie ślady.
   Popatrzyłam na niego z politowaniem. Miałam na sobie czarne dresy i malinową bokserkę. Byłam niepomalowana, a włosy związałam w niechlujnego koczka, tylko po to, żeby mi nie przeszkadzały. Wyglądałam jak siedem nieszczęść, a on próbował mi wmówić, że wcale tak nie było.
     – A co tam masz? – zapytałam, wskazując palcem na jego ręce.
     – A nic – odpowiedział nienaturalnie wysokim głosem.
   Zaśmiałam się. Basista nie potrafił ukrywać pewnych rzeczy. Podejrzewam, że z kłamaniem wychodziło mu podobnie. Przyglądałam mu się z najmniejszą dokładnością. Próbował powoli wycofywać się w stronę kuchni, uważając, żebym przypadkiem nie zobaczyła, co niesie. Niestety chyba dzisiaj nie był jego dzień, ponieważ będąc w okolicy schodów, potknął się o leżącego nieopodal kota i już po chwili miał dosyć nieprzyjemne spotkanie z podłogą.
       – Aua – odparł, leżąc na plecach i oglądając niezbyt czysty sufit. – Swoją drogą, strasznie dużo tutaj much.
      – Duff, gdzie jest Puszek? – zapytałam lekko zdenerwowana. Steven by nam nie darował, gdyby temu zwierzęciu stała się jakakolwiek krzywda.
      – Nie wiem. Na pewno nie jest pode mną.
   Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oprócz świeżych plam na dopiero co pozmywanej podłodze, dostrzegłam małą choinkę, która leżała obok blondyna, który swoją drogą wyglądał, jakby zaraz miał umrzeć.
     – Chyba aż tak źle nie jest, co? – zapytałam i spojrzałam na niego wymownym wzrokiem.
     – No wiesz, przyjemnym masażem nie pogardzę – starał się pokazać swój urok osobisty, aczkolwiek niezbyt mu to wyszło, ponieważ po chwili się roześmiał.
   Pokręciłam głową i rzuciłam w jego stronę poduszkę, która o dziwo znajdowała się na kanapie. Zapewne, któryś z chłopaków nie był w stanie wejść na górę i po prostu zasnął tam, gdzie był.
     – A to za co? – zapytał z udawanym oburzeniem.
     – Sama nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Za żywota, chociaż to miłe, że kupiłeś choinkę, pomimo że nie mamy łańcuchów, gwiazd i bombek – posłałam mu sztuczny uśmiech. – Lecz za poświęcenie swoich ostatnich centów na miłą atmosferę, a nie butelkę wódki, pomogę ci wstać – oznajmiłam i podałam mu rękę, którą złapał.
   Na całe szczęście wstał o własnych siłach, a ja służyłam mu tylko za podporę. Nie wyobrażałam sobie podnoszenia go, ważył chyba ze sto osiemdziesiąt funtów. Założyłam za ucho zwisający kosmyk i spojrzałam na niego, oczekując decyzji, co dalej robimy.
     – Co wy robicie? – usłyszałam zdziwiony głos Izzy’ego, który po wypakowaniu wszystkich zakupów, zaszczycił nas swoją obecnością.
     – Szukamy kota – odpowiedziałam obojętnie.
     – Siedzi na schodach – poinformował nas, jakby to była jakaś oczywistość.
   Kątem oka zerknęłam w wyznaczonym kierunku. Rzeczywiście na jednym z ostatnich schodów, znajdowała się mała, czarna kulka, która była łudząco podobna do Puszka. Więc tu się ukrył! Na całe szczęście, bo nie wiem, jaką bajeczkę musiałabym wcisnąć Adlerowi.
     – Faktycznie – oznajmiłam, uśmiechając się szeroko.

piątek, 1 lipca 2016

44. Life is brutal



   Ostatnie tygodnie minęły mi dosyć monotonnie. Wpadłam w codzienną rutynę, która polegała na spędzeniu dnia w miarę pożyteczny sposób, a później pracowita noc. Powoli zaczęłam zachowywać obojętność wobec tego, co robiłam. Po prostu przestałam się sprzeciwiać, chociaż obrzydzenie i niechęć pozostały. Od zawsze twierdziłam, że  prostytucja to upadek na samo dno. Uważałam, że te dziewczyny idą po najprostszej linii oporu, żeby zarobić na utrzymanie. Tymczasem większość z nich została do tego zmuszona przez sytuację, w jakiej się znalazły.
   Siedziałam przy barze w zaciemnionej sali w Roxy, popijając Mojito z lodem. Czekałam na Stevena, który obiecał dotrzymać mi towarzystwa tego wieczoru. Ostatnio chłopcy trochę zluzowali i zdarzało mi się wychodzić samej, ale właśnie dzisiaj miałam poznać tę wyjątkową dziewczynę. Stukałam palcami po szklanym blacie i uważnie obserwowałam każdy ruch barmana. Ta dokładność, z jaką przyrządzał drinki dla dosyć wymagających klientów, była aż miła dla oka. Też kiedyś miałam okazję zabłysnąć w tej dziedzinie, jednakże życie potoczyło się troszkę inaczej. Może tak właśnie miało być – pomyślałam.
   Z rozmyślań wytrącił mnie lekko przepity, ale nadal zawierający chociaż odrobinę subtelności głos, który próbował przebić się przez głośne dźwięki muzyki dobiegające z ogromnych głośników. Doskonale znałam jego właścicielkę, a także wiedziałam, że jej obecność nie była przypadkowa.
     – Cześć, Vicky – usłyszałam, jednocześnie czując na ramieniu chłodny dotyk jej dłoni.
   Niechętnie odwróciłam głowę w jej stronę. Była moją przyjaciółką, ale ostatnio jej życie opierało się tylko wobec jednego. Heroiny. Zdobywała na nią pieniądze na wszystkie możliwe sposoby. Ostatnio słyszałam nawet, że wylądowała na ulicy. Zrobiło mi się jej szkoda z tego powodu. Doskonale wiedziałam, jak to wszystko wygląda, tylko że ja miałam lepsze warunki. Nikt nie potrafił jej pomoc. A może wcale nie chcieliśmy?

piątek, 24 czerwca 2016

43. I fall in love





Przekręciłam się leniwie na łóżku, powoli powracając z krainy snów. Przez delikatnie uchylone powieki do moich oczu dochodziły ciepłe promienie słoneczne. Na samo wspomnienie wczorajszej nocy, na mojej twarzy pojawił się subtelny uśmiech. Przejechałam dłonią po ramionach, które dosłownie przed chwilą odczuwały jego aksamitny dotyk. Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu nie potrafiliśmy spędzić pięciu minut w swojej obecności. Tymczasem, poprzedniej nocy po prostu leżeliśmy wtuleni i rozmawialiśmy na błahe tematy. Dawno nie odczuwałam czegoś takiego. Jakbym w przeciągu chwili z wroga zyskała sojusznika.

Nie spiesząc się zbytnio, usiadłam na łóżku, przeszukując wzrokiem pokój i wypatrując go. Na mojej twarzy pojawił się lekki grymas, kiedy nie dostrzegłam pożądanej osoby. Naciągnęłam bardziej kołdrę na moje nagie ciało i przeczesałam palcami zmierzwione włosy. Czyżby wyszedł bez słowa? Po chwili zauważyłam niewielki, pożółkły zeszyt, który swobodnie leżał otwarty na etażerce. Bez chwili zastanowienia złapałam go i ostrożnie przeczytałam zostawioną wiadomość, uważnie studiując każde słowo.


Chyba oboje tego potrzebowaliśmy. Dziękuję Ci za to, ale jednocześnie mam do Ciebie prośbę. Zapomnij o wszystkim, co się wydarzyło i nie wracajmy już do tego, proszę.

xxx Axl

niedziela, 8 maja 2016

38. Rules are easy




Obudziłam się z cholernym bólem głowy. Nie no, znowu... W ogóle, kto włączył to światło? Mruknęłam pod nosem i przekręciłam się na drugi bok, wtulając głowę w poduszkę. Nie dane mi było jednak długo spać, ponieważ do moich uszu dochodziły jakieś hałasy. Chwila, gdzie ja jestem?

Ostrożnie podniosłam się i usiadłam na łóżku. Przetarłam oczy i delikatnie podniosłam powieki, co chwilę nimi mrugając, aby przyzwyczaić się do panującej jasności. Już chciałam zrzucić z siebie kołdrę i wstać, kiedy nagle zauważyłam pewien niepokojący fakt. Byłam kompletnie naga w jakimś łóżku, Bóg wie gdzie. Chociaż w sumie. Te ściany wydawały się być znajome. No tak, tylko oni mają wszechobecną biel w domu.

   – Jak się spało, kotku? – zapytał Duff, wchodząc do pokoju i jednocześnie ubierając koszulkę.

   – Ty pieprzony egoisto! – wykrzyczałam, zaciskając w dłoniach rąbek kołdry. – Wykorzystałeś mnie!

Blondyn zaśmiał się i usiadł na skraju łóżka. Spojrzał na mnie mnie z uśmieszkiem cwaniaka. Widać było, że swoim zachowaniem dałam mu satysfakcję. Ale jakim cudem znalazłam się w jego sypialni?!

środa, 4 maja 2016

37. We have to talk



Lena siedziała skulona na zimnym podłożu i próbowała dojść do siebie, w czym przeszkadzał jej płacz. Była cała roztrzęsiona i ledwo udało jej się cokolwiek powiedzieć. Nie mogłam bezczynnie na to patrzeć. Musiałam się tym zająć i zabrać ją do siebie. Tylko, że to nie było takie proste. Nie chciałam zostawić dziewczyny samej, ale z drugiej strony, jeśli nie pojawię się w pracy, to może się dla mnie źle skończyć. Nagle wpadłam na jedyne sensowne rozwiązanie tej sytuacji. Tylko dlaczego musiałam aż tak się zniżyć i poprosić go o pomoc? Chyba nie było innego wyjścia.

    – Zaczekaj tutaj – poprosiłam moją przyjaciółkę i gwałtownie się podniosłam. – Zaraz sprowadzę pomoc.

Bez chwili zastanowienia, żwawym krokiem udałam się z powrotem do klubu. Po raz kolejny ogarnęła mnie ciemność, a do moich uszu docierały głośne dźwięki przesterowanych gitar. Rozejrzałam się dookoła, aby go znaleźć. W końcu go zauważyłam. Siedział przy barze z tą swoją blondi i bezczelnie patrzył się na jej biust, podczas gdy ona mu o czymś opowiadała. Widać, że zależy mu tylko na jednym. Przewróciłam oczami i podeszłam bliżej nich, ale oni wcale nie zwrócili na mnie uwagi. Byli zbyt zajęci sobą. To było takie słodkie, że aż nie.

czwartek, 21 kwietnia 2016

35. Surely and I'm Mickey Mouse



Siedziałam przy barze w jednym z klubów, który znajdował się na Sunset Strip i popijałam whisky z colą. Przy okazji mogłam posłuchać Gunsów, którzy akurat mieli próbę dźwięku przed dzisiejszym koncertem. No tak, gdyby nie oni, zapewne udawałabym, że robię coś pożytecznego.
Właśnie byli w połowie Welcome to the Jungle. Swoją drogą, słyszałam już ten utwór tyle razy, że praktycznie znałam go na pamięć. Rose kończył śpiewać swoje partie, a Slash zaczął przechodzić do solówki, kiedy nagle wokalista dał sygnał, aby zespół przestał grać.
  
   – O co chodzi? – zapytał zdziwiony Mulat.
  
   – Coś mi tu nie pasuje – oznajmił rudowłosy i przejechał kciukiem po podbródku. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał.
   – Stary, zacznijmy od początku, a najwyżej w trakcie coś się zmieni – zaproponował rytmiczny.
   – Dobry pomysł – odparł wokalista, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
   – Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęłam z sarkazmem – ale długo mam jeszcze tutaj siedzieć?!
Byłam już lekko zmęczona i poddenerwowana. Chciałam tylko z nimi porozmawiać, a oni stwierdzili, że przy okazji wezmą mnie ze sobą na próbę dźwięku, żebym mogła ich posłuchać. Jakbym nigdy wcześniej tego nie robiła...
   – Kotku – zaczął basista – nawet gdybyś chciała sobie pójść, to żaden z nas nie może ci towarzyszyć. Wybacz, ale pracujemy.
Przewróciłam oczami. Nie jestem dzieckiem i nie trzeba mnie niańczyć.
   – Dam sobie radę sama.
   – Skarbie, my się po prostu o ciebie martwimy – McKagan zrobił maślane oczka.
Ach, ta ich troska. Normalnie mieli jej tyle, że mogliby nią obdarować cały świat. Tak, a ja jestem prima baleriną.
   – Jakoś całymi dniami mnie nie pilnujecie. Gdybym chciała od was uciec, to już dawno wyjechałabym do Sacramento – powiedziałam oburzona i wyrzuciłam ręce w powietrze.
W sumie to nie byłby głupi pomysł. Od niedawna mogłam się cieszyć prawem jazdy, więc wystarczyłoby tylko pożyczyć samochód od Chrisa. Niestety, nawet gdybym wyjechała z Los Angeles, to i tak prędzej czy później wylądowałabym na ulicy. Bez skończonej szkoły nie miałam szans na dostanie dobrze płatnej pracy. Chcąc, nie chcąc zostanie z chłopakami nie było najgorszym pomysłem, chociaż czasami miałam ich dosyć.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

33. Look! There are ducks!



Bardzo ważna informacja pod rozdziałem


Obudziłam się dosyć późno. Nadal leżałam na łóżku Axla i miałam na sobie tę skąpą sukienkę od nich. Kątem oka zobaczyłam Rose'a, który siedział naprzeciwko mnie i bacznie mi się przyglądał. Posłałam mu delikatny uśmiech i już chciałam do niego dołączyć, kiedy nagle poczułam, że coś mnie trzyma. Zaraz, zaraz. Dlaczego on mnie przykuł do łóżka?!

  - Możesz mi wyjaśnić po jakiego chuja ci te kajdanki?! - wskazałam wolną ręką na moją dłoń, która za pomocą metalowego przyrządu z czerwonym futerkiem w okolicach mojego nadgarstka była przykuta do ramy.

  - Misiaczku, to tak dla pewności - próbował mi spokojnie wytłumaczyć.

  - Przecież i tak bym wam nie uciekła! Pilnujecie mnie jak jakiegoś skarbu!

  - Kotku, może jesteś dla nas cenna.

  - Pieprz się, Rose! Potraficie myśleć tylko o pieniądzach!

  - Pan Rose. Po drugie, uspokój się, bo nie mamy zamiaru znosić twoich humorków - powiedział już nieco bardziej oschle.

  - Nienawidzę was! A w szczególności tego farbowanego blondynka, który sobie myśli, że może wszystko - warknęłam, próbując wstać, ale to nie poskutkowało. W końcu nadal pozostawałam przykuta do łóżka.

  - Duffa trochę poniosło, wybacz mu.

  - Nie mam zamiaru - syknęłam i popatrzyłam na niego z pogardą.

  - Mogłabyś być troszkę milsza. Wszystkim byłoby łatwiej - dodał niezadowolony. - A teraz ruszaj ten swój zgrabny tyłeczek na śniadanie. W końcu nie jesteśmy potworami i damy ci zjeść.

  - Jak?! Nie pamiętasz idioto, że przykułeś mnie do łóżka?! - wykrzyczałam. Już miałam dość tej całej szopki. Pozwalają sobie na zbyt wiele.

środa, 30 marca 2016

32. I also have some feelings



- Duff, co się stało? - zapytałam troskliwie.

Chłopak odwrócił się w moją stronę, dzięki czemu mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Nie wyglądał dobrze, a na jego twarzy malowało się niezadowolenie. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego.

- Czy człowiek nie może już w spokoju napić się wódki we własnej kuchni?! - wykrzyczał.

- Chcę tylko porozmawiać - starałam się zachować spokój.

Blondyn opróżnił szklankę, po czym ponownie ją napełnił. To było normalne, że topił smutki w alkoholu. W sumie to on nawet nie potrzebował pretekstu, żeby się napić.

- To nie jest twoja sprawa - odparł, podkreślając każde słowo.

- Nie wiem, co się miedzy wami wydarzyło, ale wiem jedno. Duff, pod tą całą warstwą brutalności kryje się troskliwy facet. Ty nie chcesz jej skrzywdzić, ale takim zachowaniem to robisz - próbowałam przemówić mu do rozumu.

- Myślisz, że jesteś taka fajna i możesz mi mówić, co mam robić? - zapytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym się zaśmiał. - Otóż nie. Poza tym nie wiesz, jak było.

- To mi opowiedz - rzuciłam.

- Widzę, że nie dasz mi spokoju - mruknął. - Pocałowała mnie. Lepiej? - w jego głosie słychać było ironię.

Podniósł szklankę i upił z niej sporego łyka, przez co trochę się skrzywił. Rozumiałam, że cierpi, ale w chwili obecnej nie robi nic, żeby to zmienić.

wtorek, 29 marca 2016

31. When did you start courting?



Od wczoraj mamy z Chrisem ciche dni. Zaczyna mnie to strasznie irytować, ale staram się go zrozumieć. Zraniłam go, ale w tej sytuacji to było jedyne dobre rozwiązanie.

Jak zazwyczaj w południe, udałam się na zajęcia z Jack'em. Za oknem świeciło słońce, więc postawiłam na podarte jeansy, biały top i ramoneskę. Oczywiście do kompletu założyłam jeszcze moje ukochane lenonki. Zjadłam coś na szybko, posyłając tylko krótkie cześć Pittmanowi, który siedział w kuchni i pił kawę. Nie odpowiedział mi, ale kto by się spodziewał jakiejkolwiek reakcji z jego strony? Zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z mieszkania, aby następnie udać się na metro.

Starałam się, jak najszybciej pokonać schody National Theatre i zaleźć się w sali baletowej. Typowa ja musiałam być spóźniona. Cała zdyszana wbiegłam do pomieszczenia, w którym czekał już na mnie lekko poddenerwowany Icarus.

  - Zegarka to w domu nie mam? - zapytał z nutą nieuprzejmości w głosie.

  - Przepraszam - wysapałam. - Metro mi odjechało i musiałam czekać na następne.

  - Bidulka - złożył ręce i udawał zmartwienie. - Może czas zainwestować w samochód?

  - Jak na razie jestem na etapie wyrabiania prawa jazdy - poinformowałam go oschle.

  - Kiepsko ci to idzie, - skomentował - dlatego pomogę ci i pokażę, gdzie jest urząd - uśmiechnął się dosyć sztucznie.

  - Pff... Sama trafię - prychnęłam.

  - Nie wątpię, ale wolę mieć pewność, że to zrobisz. Może jak będziesz jeździć samochodem, to będziesz punktualnie. Wiesz, że nienawidzę spóźnialskich, a ty to notorycznie robisz.

Odwrócił się na pięcie i podszedł do magnetofonu, aby włączyć podkład. Przewróciłam oczami i położyłam kurtkę na pobliskim krześle. Jak on mnie wkurza! Gdyby nie był cholernym profesjonalistą, to chyba już dawno pomachałabym mu na pożegnanie.

Oczywiście po raz kolejny klepaliśmy salsę, która wychodziłam nam już całkiem nieźle. Nawet ogarnęłam już ruchy bioder, przez co Icarus nie musiał mnie już dotykać w miejscach, w których nie powinien. Obrócił mnie i stanął tuż obok.

niedziela, 20 marca 2016

29. My new ''friend''?



W końcu nadszedł ten dzień. Mój pierwszy wieczór w nowej pracy. Jakoś mnie to nie cieszy. Cóż, może nie będzie tak źle?

Wzięłam szybki prysznic i stanęłam przed otwartą szafą. W co ja się ubiorę? To jest chyba dylemat każdej kobiety. W końcu postawiłam na małą czarną na ramiączkach i wysokie, czarne szpilki, czyli to co zawsze. Pomalowałam powieki czarnym cieniem, wytuszowałam rzęsy i podkreśliłam usta czerwoną szminką. Przeczesałam włosy szczotką i zostawiłam je rozpuszczone. Ostatni raz spojrzałam w lustro. Wyglądałam tak, jak powinnam, czyli jak dziwka. Zacisnęłam usta w wąską linię i zabrałam torebkę oraz ramoneskę. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam w stronę najbliższego przystanku autobusowego.

Wysiadłam niedaleko Hell House. Było dość chłodno, poza tym byłam bardzo poddenerwowana. Dlaczego ja to robię? Co kawałek słyszałam pogwizdywanie i niemiłe komentarze skierowane w moją stronę. Czułam się niekomfortowo i najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Przyspieszyłam nieco i starałam się nie zwracać uwagi na innych, co nie było takie proste. Niby droga nie była długa, ale wydawała się nigdy nie kończyć. W końcu dotarłam pod dom chłopaków. Chwilę się wahałam, po czym stwierdziłam, że nie ma już czasu na ucieczkę. Delikatnie uchyliłam drzwi i weszłam do środka. Gunsi siedzieli na kanapie w salonie i najwidoczniej jamowali. Slash i Stradlin grali coś na gitarach akustycznych, Rose próbował coś śpiewać, a Duff zapisywał wszystko na kartce. Tylko Steven siedział nieprzejęty i układał kostkę Rubika. Oczywiście na stole leżały puste butelki sprzed tygodnia, jak i te otwarte dosłownie przed chwilą. Najwidoczniej chłopcy nie potrafią tworzyć na trzeźwo. Od razu, jak mnie zobaczyli, zrobili sobie małą przerwę.

niedziela, 13 marca 2016

27. Why I can't hate them



Z niezwykle przyjemnych chwil wypełnionych snem, wybudził mnie głośny dźwięk dzwonka. Serio? Czy ja niewyraźnie powiedziałam, że nie mam ochoty go widzieć? Zwlekłam się z łóżka i przetarłam oczy. Chyba będę musiała porządnie z nim porozmawiać. Z niechęcią zajrzałam przez wizjer. Stradlin? Czyżby zmienili taktykę? Z grymasem na twarzy otworzyłam drzwi i zaprosiłam gitarzystę do środka.

- Czego chcesz? - zapytałam niezadowolona.

- Porozmawiać. Daj mi chwilę, proszę - jego ton był nazbyt spokojny i opanowany.

- Mówiłam już Duffowi. Moja odpowiedź brzmi nie! Czego Wy nie rozumiecie?!

- To ty nie rozumiesz naszej sytuacji - nagle stał się mniej miły.

- Wiesz co? Nie i nie chce jej rozumieć.

Próbowałam odejść, ale Izzy złapał mnie za ramię i zmusił, żebym popatrzyła prosto w jego brązowe oczy.

- Proszę.

Złagodniał i puścił mnie. Dlaczego przez chwilę zachowywał się jak Rose? Zaczęłam szybciej oddychać. Czy oni nie mogą zostawić mnie w spokoju? Usiadłam przy stole w kuchni, po czym mój gość do mnie dołączył.

sobota, 12 marca 2016

26. Welcome to my nightmare



Wróciłam do mieszkania i po raz kolejny skoczyłam pod prysznic. Czułam się okropnie. Dlaczego w ogóle to zrobiłam? Wytarłam ciało w mięciutki ręcznik i ubrałam się w jeansy i czarny top. Poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie jakieś śniadanie. Stałam przed lodówką dobre pięć minut i nadal nie podjęłam decyzji. Po prostu nie byłam głodna, a raczej nie byłam w stanie niczego przełknąć. Zrobiłam sobie tylko mocną, czarną kawę i wygodnie rozsiadłam się na kanapie. Włączyłam telewizor, ale nie leciało w nim nic ciekawego, same teleturnieje. Niestety byłam skazana na samotność, no chyba, że ruszyłabym swoje cztery litery i wyszła gdzieś na miasto. Chris ostatnio chyba się na mnie obraził, bo zaczął mnie unikać, a teraz to nawet wyjechał. Zostawił tylko kartkę, że ma jakieś szkolenie w San Diego i wróci za tydzień. Czyżby? A może zachowuje się jak jakaś pieprzona księżniczka i strzela fochy?

Wyłączyłam to ustrojstwo, potocznie zwane telewizorem i włożyłam kubek do zlewu. W końcu nie zamierzam spędzić całego dnia na kanapie. Zabrałam swoje rzeczy i zamknęłam drzwi na klucz, po czym udałam się w stronę przystanku autobusowego.

sobota, 5 marca 2016

24. I don't know why you'd be bringin' me down



Podążałam ulicami Miasta Aniołów już od dłuższego czasu. Rozmyślałam o życiu i zastanawiałam się, dokąd mogę pójść. Byłam cała przemoczona, ponieważ w połowie drogi zaczął padać deszcz. Dookoła było szaro, mokro i nieprzyjemnie. Palmy gwałtownie kołysały się na wietrze, a potężne fale uderzały o brzeg. Proszę, żeby tylko nie było burzy. Na ulicach można było dostrzec tylko garstkę ludzi. Samochody przejeżdżały już nieco częściej. Kiedy dochodziłam do Sunset Strip, jeden nawet mnie ochlapał. Pokazałam środkowy palec odjeżdżającemu pojazdowi i przeklęłam kierowcę pod nosem. Przeczesałam włosy palcami. Były dość ciężkie i skapywała z nich ogromna ilość wody. Marzyłam tylko o tym, żeby jak najszybciej wziąć prysznic i schować się pod kołderką.

Włóczyłam się trochę po mieście, po czym zdecydowałam, że muszę poszukać sobie jakiegoś lokum. Do głowy wpadł mi tylko jeden pomysł. Udałam się na Roosevelt Avenue. Po drodze zobaczyłam w szklanych wystawach swoje odbicie. Wyglądałam koszmarnie, jak mała, przemoczona panda. Poszukałam w kieszeni jakiejś chusteczki i wytarłam nią rozmazany tusz, który spływał po moich policzkach. Po kilku minutach znalazłam się na kolorowym blokowisku. Już raz tutaj byłam, dlatego szukanie odpowiedniego budynku nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Podeszłam pod drzwi od klatki i już chciałam je otworzyć, kiedy wyminął mnie jakiś starszy mężczyzna. Miał klucz, więc nie musiał dzwonić. Złapałam za klamkę, zanim drzwi zamknęły się i szybko weszłam do środka. Od razu podeszłam do windy i pojechałam na odpowiednie piętro. Stanęłam przed mieszkaniem Chrisa i zapukałam do drzwi. Nie czekałam zbyt długo. Brunet otworzył mi drzwi i zobaczyłam jego zdziwioną minę.