Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arrgument. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arrgument. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 czerwca 2017

73. Keep on dreaming even if it breaks your heart



                Spacerowałam opustoszałymi uliczkami Los Angeles, z zamyśleniem zmierzając do celu. Dawno tam nie byłam, przez co trochę zbłądziłam. Jednak fakt ten posiadał swego rodzaju zalety. Miałam więcej czasu na przemyślenie swoich słów oraz poznanie miasta od innej strony. Tej spokojniejszej, zachęcającej do sprowadzenia się na te tereny.
                Było już lepiej. Po kilku dniach wreszcie wyszłam z mieszkania. Tęskniłam za tym złudnie czystym powietrzem i przyjemnie ogrzewającymi promieniami słonecznymi. Jednak one nie były w stanie wypełnić pustki, która zagościła w moim sercu. Nie rozmawiałam z Izzym. Po prostu stchórzyłam. Nie chciałam go wprawiać w zakłopotanie.
Axl także się nie odzywał…
Zmrużyłam oczy, chcąc w ten sposób zmniejszyć ilość rażącego światła, która do nich wpadała. Zapomniałam wziąć ze sobą okulary przeciwsłoneczne. Decyzja o tym wyjściu zapadła w ostatniej chwili pod wpływem pewnego impulsu. Dlatego nawet nie zaprzątałam sobie głowy doborem bluzki, perfekcyjnym makijażem czy pełnym wyposażeniem torebki. Po prostu wyszłam z domu w tym, w czym byłam, czyli wytartych jeansach i rozciągniętym T-shircie.
Cmentarz przy Wittier Boulevard witał przechodniów wysokimi topolami, które kołysał delikatny wiatr. Tego dnia jednak stały nieruchomo, jakby dodatkowo podkreślały żałobny charakter tego miejsca. Za drzewami rozciągały się alejki z nagrobkami, które od czasu do czasu odwiedzali najbliżsi. Dzisiaj jednak nie było tam złamanej duszy.
Przełknęłam z trudem ślinę, przechodząc przez masywną, metalową bramę. Wydawało się, że w tym miejscu temperatura spadała o kilka stopni. Założyłam ręce na piersi, niepewnie rozglądając się dookoła. Nie pamiętałam drogi, która prowadziła do jej grobu. Nawet nie wiedziałam, w jakiej części cmentarza się znajdował. Szukanie go zajmie mi cały dzień, pomyślałam.
Spacerowałam alejkami, przypominając sobie tamten okropny dzień. Padało, co dodatkowo potęgowało melancholijny nastrój. Wtedy nie mogłam pogodzić się z faktem, iż już nigdy więcej jej nie zobaczę. Dzisiaj z trudem kojarzyłam jej ulubione filmy, które w kółko oglądała. Zapomnieliśmy o niej. Slash miał rację. Byliśmy egoistami, którzy myśleli wyłącznie o sobie.
Po dłuższym czasie znalazłam ten właściwy nagrobek. Przystanęłam przed nim, wzdychając głęboko. Czytanie tablicy przychodziło mi z trudem. Dotychczas nie wracałam do tego miejsca. W dniu pogrzebu jak i dzisiaj przywołało u mnie nieprzyjemne wspomnienia.
– Cześć, Lenka – wyszeptałam, uśmiechając się niewyraźnie. – Dawno mnie tutaj nie było. Brakuje mi ciebie, wiesz?
Zacisnęłam usta w wąską linię, milknąc na moment. Nie zamierzałam płakać. W ciągu ostatnich dni wylałam stanowczo za dużo łez.
– Cholerna ze mnie egoistka – przyznałam, uśmiechając się gorzko i odwracając głowę w drugą stronę.
Nie wiedziałam, co mogłabym jej powiedzieć. Było już za późno na słowa.
– Trudno się nie zgodzić. – Usłyszałam przepity, męski głos, który nieco mnie przestraszył. Myślałam, że jestem tutaj sama.

69. There's a little bit of devil in her angel eyes



Nawet nie zorientowałam się, kiedy zajechałam pod Hell House. Znałam drogę na pamięć, przez co jechałam dosyć instynktownie. Wiadomość, że wreszcie byliśmy wolni dodawała mi skrzydeł. Uśmiechałam się sama do siebie, nadal po części w to nie wierząc. Wszystkie moje kłopoty zdawały się wyparować. Niestety tylko złudnie…
                Zamknęłam samochód, odruchowo przeczesując włosy palcami. Joy zdawała się powoli odlatywać. To cud, że jeszcze trzymała się na nogach. Pomogłam jej przejść przez zabrudzoną werandę, aby przypadkiem nie zawadziła o porozwalane butelki. Zdecydowanie przekręciłam klamkę, otwierając drzwi. Jak zwykle nikt ich nie zamknął. Weszłyśmy do środka, zastając w salonie Stevena i Lily. Siedzieli na kanapie, żywo o czymś dyskutując. Adler nawet, o dziwo, wyglądał na trzeźwego.
                – Duff jest u siebie? – spytała Joy. Jej głos nieco przypomniał bełkot.
                Blondyn kiwnął głową, zbytnio nie przejmując się moją towarzyszką. Zamiast tego z powrotem obdarzył Śnieżkę troskliwym spojrzeniem. Tak, chyba nigdy się do niej nie przekonam. Już prędzej zaprzyjaźniłabym się z Hope. Tamta przynajmniej miała charakterek. O tak, temperamentem nie przewyższała nikogo.
                – Możesz mu przekazać, że przyszedł wróg publiczny numer jeden – prychnęłam, puszczając jej ramię.
                Zdawało się, że moja wypowiedź już nie do końca do niej dotarła. Uśmiechnęła się szeroko, zmierzając w stronę schodów. Starała się poruszać z gracją, chociaż nie dało się nie zauważyć, iż odrobinę się chwiała. Wypite promile zaczynały dawać o sobie znać.
                Odprowadziłam ją wzorkiem niemal na samą górę. Podeszłam bliżej tej dwójki, siadając na drugim końcu kanapy. Wyciągnęłam nogi na niezbyt wygodne obicie, opierając głowę na dłoni. Zamieniłam się w słuch, nie chcąc im zbytnio przeszkadzać.
                – Przyszłaś z czymś konkretnym czy po prostu się stęskniłaś? – spytał, nie kryjąc chłodu, który wypełniał jego głos. To było aż niepodobne do Stevena.
                Zmarszczyłam czoło, uśmiechając się ironicznie. Czyżby to była aluzja, żebym sobie już poszła? Wiedziałam, że byłam tutaj niemile widziana przez Duffa, ale nie sądziłam, iż przez resztę też. Przecież Rose ostatnio mówił coś innego.
                – Chciałam, żebyście dokończyli rozmowę – wytłumaczyłam, dłonią zachęcając ich do kontynuacji. – Nie lubię przeszkadzać.
                – Nie przeszkadzasz – zaoponowała Lily, uśmiechając się przyjaźnie.
                Jakoś nie potrafiłam odwzajemnić jej gestu. Wydawał mi się dosyć sztuczny. Z resztą jak cała ta dziewczyna. Steven lubił w niej tę delikatność, dystyngowanie. Aż dziw, że udało jej się wplątać w intrygi Eddiego. Kompletnie nie przypominała typowej prostytutki. Podobno nawet nie cieszyła się zainteresowaniem. Tym lepiej dla niej. Chwilami sposobem bycia przypominała mi poczciwą Melanie Hamilton*.
                – Chciałam wam tylko powiedzieć, że Eddie zwija swój biznes, ale chyba to już wiecie – poinformowałam, wzrokiem wskazując na Lily, która kurczowo zaciskała palce na dłoni Stevena. Wyglądała, jakby się czymś denerwowała.
                Poderwałam się z miejsca. Zamierzałam udać się na górę. Może zastałabym tam kogoś oprócz Duffa i Joy, z kim mogłabym porozmawiać?
                Steven odruchowo złapał mnie za nadgarstek. Odwróciłam się, patrząc na niego z podejrzliwością. Jego wyraz twarzy przypominał zakłopotanie.
                – Poczekaj – poprosił, powoli i ostrożnie luzując swój uścisk.
                Pokiwałam głową z aprobatą, z powrotem siadając na kanapie. Czułam, że miał mi coś ważnego do przekazania. W końcu zazwyczaj chodził uśmiechnięty od ucha do ucha. Coś ewidentnie musiało być nie tak.
                – Mam do ciebie prośbę – powiedział z trudem, przełykając ślinę. – A właściwie to dwie – dodał, spoglądając na Lily i posyłając jej nikły uśmiech.
                Nie miałam dobrych przeczuć, jeśli chodziło o tę drugą przysługę. Moja niechęć do McKenzie tak naprawdę pochodziła znikąd. Nie lubiłam jej, bo tak. Jeśli miałybyśmy bawić się w Melanie i Scarlett**, to wolałam wypisać się z tego układu.
                – Zamieniam się w słuch – odparłam, nerwowo zaplatając palce.
                Chłopak westchnął przeciągle, wolnym ramieniem obejmując Lily. Dopiero teraz zauważyłam, że dziewczyna nieznacznie drżała. Coś musiało być na rzeczy. Od razu pomyślałam o najgorszym. Rozchyliłam subtelnie usta, z niecierpliwością czekając, aż coś powie.
                – Powiem prosto z mostu. – Zaśmiał się gorzko. – Do końca miesiąca mamy się wynieść z Hell House. Eddie wyjeżdża, a nas nie stać na czynsz. Nowy właściciel trochę sobie ceni ten dom.
                Dopiero po chwili zorientowałam się, że siedzę z rozczapierzonymi ustami. Oddychałam głęboko, próbując przyswoić sobie to wszystko. Moi przyjaciele mieli wylądować na bruku u progu ich kariery. O zgrozo! Nie mogłam do tego dopuścić, ale jednocześnie nie miałam w mieszkaniu na tyle pokoi, ażeby pomieścić ich wszystkich.
                – To okropne – jęknęłam odruchowo.
                Steven pokiwał głową, zaciskając usta w wąską linię. Sprawiał wrażenie, jakby już zdążył przedyskutować to z resztą. Chciał mnie tylko o tym poinformować. Tylko co z tymi prośbami?
                – Spokojnie, ulica nam nie grozi – uprzedził mnie, uśmiechając się niechętnie. – Ja zatrzymam się u Lily, Duff chce się wkręcić do kolorowej, bo mówiła, że ma dwupokojowe mieszkanie. Izzy oczywiście zamieszka z Hope. Nawet udało nam się przekonać przyrodniego brata Leny, żeby przygarnął Slasha na okres przejściowy. Nie było łatwo, ale się zgodził. Tylko…
                – Tylko co? – weszłam mu w słowo, marszcząc brwi. Doskonale wiedziałam, kogo pominął.
                – Tylko nie mamy co zrobić z Axlem. Mogłabyś go wziąć do siebie? Widzę, że między wami jest już lepiej. Zawiesiliście broń?
                Parsknęłam ironicznym śmiechem. Zaprzestanie kłótni z Rosem było niewykonalne. Nasza cicha rywalizacja trwała, odkąd się rozstaliśmy. W sumie nawet to musiało być dosyć głośne. Może i teraz trochę mi przeszło, ale chyba nie aż tak. Nie zaliczałam się do grona cierpliwych osób, a Axl potrafił dosyć szybko wytrącić mnie z równowagi. Nie potrafiliśmy wytrzymać godziny w jednym pomieszczeniu, co dopiero kliku dni a nawet tygodni.
                Jednak te wszystkie wydarzenia – sprawa z Eddiem, odseparowanie się Rosie nie wyprały ze mnie wszystkich ludzkich odruchów. Bądź co bądź, Axl po części był moim przyjacielem. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało. Nie mogłam go zostawić na pastwę losu. Miałabym do siebie żal, gdyby coś mu się stało.
                – Może u mnie pomieszkać do powrotu Chrisa – rzuciłam, próbując zachować obojętność. – Nie zakopaliśmy toporu wojennego, ale nie jestem aż taka zła, żeby go wystawić. Jeśli jest na górze, to mogę mu przekazać dobrą nowinę.
                Tak, to bardzo ładnie z mojej strony. Tata byłby zadowolony, że pomagałam staremu przyjacielowi. Mimo iż nie przepadał za Axlem. Większym szacunkiem darzył za to pana Baileya, który z kolei był jeszcze większym dupkiem niż jego pasierb. Jak zazwyczaj świetnie dogadywałam się z Adamem Edwardsem, w tej kwestii nie mogłam go zrozumieć.
                – Tak, ale jest jeszcze jedna sprawa – powiadomił z trudem Steven. Gołym okiem było widać, że nawet nie wiedział, jak się za to zabrać.
                Nachyliłam się nieznacznie, na otuchę posyłając tej dwójce pogodny uśmiech. Trochę wymuszony, ale mniejsza z tym. Nie wiedziałam, o co mogło im chodzić. Ba, nawet się nie domyślałam. Pomimo to zamierzałam przyjąć postawę pomocnej przyjaciółki. W sumie nawet nie musiałam udawać. Zawsze mogli na mnie liczyć i czasami zbytnio to wykorzystywali.
                – Chcemy, żebyś przekonała do czegoś chłopaków – zaczął niepewnie, robiąc niewielkie pauzy na zebranie myśli. – Wiem, że mogę ci zaufać w tej sprawie. Zawsze tak ładnie starasz się nam pomagać. Dlatego pewnie zachowasz się typowo dla ciebie w sytuacji, kiedy…
                – Do rzeczy, Steve! – ponagliłam go, powoli nudząc się jego monologiem, jaka to jestem wspaniała.
                –… zamierzamy się pobrać – dokończył, przenosząc swój wzrok na Lily.
                O dziwo dziewczyna zamiast się uśmiechać, wyglądała na przestraszoną. Nie sądziłam, żeby ślub ze Stevenem był jej pomysłem. Kiedy ostatni raz widziałam ich razem, sprawiała wrażenie kompletnie niezainteresowanej perkusistą. Tak nagle zmieniła zdanie?
                Przez chwilę nie byłam w stanie niczego powiedzieć. Siedziałam z wytrzeszczonymi oczami, zapowietrzając się coraz bardziej. W życiu nie słyszałam bardziej irracjonalnego pomysłu! Nagle zaczęłam się idiotycznie śmiać, jakby jego słowa były najzwyklejszym w świecie żartem. Czułam na sobie ich zdziwione spojrzenia, ale zbytnio mnie to nie obchodziło. Steven miałby założyć rodzinę?
                – Nie dziwę się, że tak zareagowali – wydusiłam z siebie po chwili, opanowując falę śmiechu. – Nigdy w życiu nie słyszałam niczego głupszego. Steven, takich decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień!
                – Sądziłem, że wy z Chrisem właśnie tak zrobiliście – podkreślił owy fakt dosyć dosadnie.
                Przygryzłam wargę, kręcąc głową. Miał rację. Pieprzoną rację. Tylko że nie mógł wiedzieć, co czułam, kiedy Pittman wyjeżdżał. Bałam się, iż zostanę sama. Nie mogłam do tego dopuścić. Nie umiałam poradzić sobie z ułożeniem własnych myśli. W dodatku samotność okropnie mnie przytłaczała. Była moim lękiem, wręcz fobią.
                – Vicky, wszystko w porządku? – spytał z troską.
                Odruchowo pokiwałam głową. Dopiero teraz zorientowałam się, że cała drżałam. W dodatku mój oddech nieznacznie przyspieszył. Nie znosiłam reakcji mojego ciała. Na byle jakie bolesne wspomnienie zdawało się nakręcać. To i tak, że nie miałam ataków paniki.
                – Tak – skłamałam, uśmiechając się. – Po prostu trochę się zamyśliłam. Wracając do tematu… 
Przerwałam, przez dłuższą chwilę zatrzymując swoje spojrzenie na delikatnej twarzyczce Lily. Wydawała się zbyt delikatna i za młoda na małżeństwo. Szczególnie z takim specyficznym mężczyzną, jakim był Steven.
– Lily, mogłabyś zostawić nas samych? – spytałam, nieco zaciskając zęby. Nie chciałam, żeby mój głos zbytnio drżał.
Dziewczyna pokiwała głową z aprobatą. Puściła dużą dłoń Adlera, wyswobadzając swoje smukłe ciało z jego opiekuńczego objęcia. Uśmiechnęła się niepewnie, aby już po chwili zniknąć na górze. Zdecydowanie przydałaby się jej chwila samotności na przemyślenie tego wszystkiego. Sprawiała wrażenie robienia dobrej miny do złej gry. Nawet jej chód był spokojny, zdecydowany. Poruszała się z gracją. Tak naprawdę wszystko robiła z gracją. Odzwierciedlała Melanie Hamilton pod prawie każdym względem.

sobota, 22 kwietnia 2017

65. I think I'm dumb or maybe just happy





–  Nie wiem, co powinnam teraz zrobić – mruknęłam, chowając głowę między kolana.
Siedziałam na dywanie w salonie i byłam na kolejnym tripie tego dnia. Tym razem jednak James, a raczej jak stwierdził – wytwór mojej wyobraźni, wydawał się nieco bardziej przyjaźnie nastawiony. Zajmował miejsce na kanapie, zapewne patrząc na mnie z wyrozumiałością. Tego nie wiedziałam. Widziałam jedynie ostre krawędzie przedmiotów, natomiast ich wnętrze wypełniały barwne kształty.
– Dosyć ciekawie to rozegrałaś – zaśmiał się. Podniosłam głowę, zauważając jak zakłada nogę na nogę. – Nigdy nie byłaś mistrzem planowania, Victorio.
Prychnęłam, przewracając oczami. Miał rację. Zawsze starałam się mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Jednak im bardziej się do tego przykładałam, tym gorszy był skutek.
– Tego akurat nie planowałam – przyznałam, wzdychając głęboko. – Muszę coś zrobić.
Przeniosłam wzrok na kontury jego twarzy. Obraz przyjemnie wirował mi przed oczami, ukazując niemal całą paletę barw. Przełknęłam ślinę, niepewnie się uśmiechając. Nawet nie myślałam, że złudna rzeczywistość może być taka fajna.
– A czym będzie to coś? – dociekał. Przez moment poczułam się, jakbym była na jakiejś terapii.
– Nie wiem jeszcze – mruknęłam bez przekonania, obejmując golenie. – Liczyłam, że może mi pomożesz.
Zaśmiał się przenikliwie. Wstał z miejsca i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Starałam się śledzić wzrokiem  każdy jego ruch, co nie było proste. Robiło mi się niedobrze.
– Przecież nie ma różnicy, czy to ja powiem czy ty – stwierdził, uśmiechając się łobuzersko. Przygryzłam wargę, starając się nie ulec mu po raz kolejny. – Czuję się jak jakiś pieprzony psychoanalityk.
Uśmiechnęłam się ironicznie. Właśnie tym był. Miał pomagać mi pokonać mój strach i pojawiające się niemal każdej nocy koszmary. Odbywaliśmy swego rodzaju terapię – ja i James. Nie umiałam przyswoić sobie, że tak naprawdę to nie był on. Wizja spotykania swojego zmarłego narzeczonego wydawała się przyjemniejsza.
– Przynajmniej teraz mam z ciebie jakiś pożytek – prychnęłam.
Nie zdążyłam w porę ugryźć się w język, czego teraz żałowałam. Przecież James był zdolny do wszystkiego. Już sobie wyobrażałam, jak eksploduje z niego cała złość. Zamarłam na moment, bacznie obserwując jego zachowanie. Usiadł na podłokietniku zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ode mnie.
– Cieszę się – rzucił nieco przygaszonym głosem, wywołując u mnie zdezorientowanie.
– Nie krzyczysz? – spytałam niepewnie, marszcząc brwi.
Rozłożył ręce, poszerzając uśmiech.
– Jak widać. Zachowuję się dosyć podobnie jak ty.
Czyli zamiast Jamesa odbywałam sesję z drugą mną tylko że w wersji męskiej? Nawet podobnie siedział. Mój lęk zmniejszył się, ustępując miejsca spokojowi. Odetchnęłam z ulgą. Czyżbym mogła to kontrolować?
– Czyli już zawsze będziesz miły i pomocny? – upewniłam się.
Skrzywił się nieznacznie, zakładając ręce na piersi. To nie świadczyło o niczym dobrym.
– To zależy – jęknął przeciągle. – Wcześniej było nieprzyjemnie, bo bałaś się mnie. Nie wiedziałaś, czego możesz się spodziewać. Teraz jest miło, bo nie czujesz strachu. Po części to przez heroinę, która nieco cię znieczuliła. Poza tym oczekujesz wsparcia od bliskiej osoby.
Uśmiechnęłam się gorzko. Specjalnie wywoływałam halucynacje, bo potrzebowałam czyjejś bliskości? Zdecydowanie nie. Robiłam to, bo chciałam usłyszeć jego głos, zobaczyć jego wyraźnie zarysowaną postawę, poczuć ciepło jego dłoni. W snach to nie było to samo. Tam mogłam czuć się jak w kinie. Teraz miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie.
– Potrzebuję wsparcia, dlatego rozmawiam z wytworem swojej wyobraźni? – spytałam, nawet nie próbując powstrzymać śmiechu.
Wzruszył ramionami. Zdawało się, że faktycznie nie zna odpowiedzi na to pytanie.
– Nie jestem Bogiem ani nic z tej rzeczy. Dla ciebie jestem Jamesem Hooverem, którego kochałaś i do tej pory obwiniasz się za jego śmierć.
Jego słowa jeszcze przez chwilę wybrzmiewały w moich uszach. Oparłam podbródek o kolana, głębiej zastanawiając się nad ich sensem. Miał rację. Chciałam odpokutować za coś, czego nie zrobiłam. Kochałam go, pomimo że mnie krzywdził. Cholera! Uświadomiłam sobie, że nadal tkwiłam w tej toksycznej relacji. Mimo że jego już nie było. Nie pogodziłam się z jego śmiercią, przez co mnie nachodził. Sama chciałam, żeby był blisko. Dopiero teraz wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Powinnam z tym zerwać, przestać. Każde wracanie do tamtego okresu sprawiało zbyt dużo bólu. Jednak nie potrafiłam inaczej…
– Zbyt dużo myślisz – wtrącił, wyrywając mnie z letargu. – Po prostu przestań.
Spojrzałam na niego z podejrzliwością. Nie wiedziałam, o co mogło mu chodzić. Wcześniej zdarzało nam się pomilczeć. Oboje twierdziliśmy, że lepiej rozumiemy się bez słów niż z nimi.
– Nie rozumiem… – mruknęłam, odruchowo kręcąc głową.
Przytaknął z aprobatą, wywołując u mnie jeszcze większą dezorientację. Nie potrafiłam go rozszyfrować. Mój James wydawał się być mniej skomplikowany w obsłudze. Ten co chwilę okazywał się stanowić jeszcze większą zagadkę.
– Znam cię lepiej, niż ci się wydaje – odpowiedział.
– Czytasz mi w myślach? – spytałam niepewnie. Z nim wszystko było możliwe.
– Nie zaprzeczę – jęknął przeciągle, pochylając się nieznacznie. – Super, nie?
Roześmiał się serdecznie, wstając. Podszedł kilka kroków, następnie siadając na podłodze. Znajdował się dosyć blisko, przez co mogłam poczuć jego zapach, który przyjemnie drażnił moje nozdrza. Dostał te perfumy ode mnie na gwiazdkę.
– Co jeszcze potrafisz? – dociekałam, podkulając nogi. Chyba powoli zaczęliśmy przełamywać lody.
– Wiele rzeczy – odparł wymijająco, wodząc wzrokiem po ścianach.
Barwy powoli zaczynały zanikać, a obraz stawał się coraz bardziej rzeczywisty. Dopiero teraz dostrzegłam mężczyznę ubranego w czarny garnitur. Wyglądał olśniewająco. Był nawet przystojniejszy, niż go zapamiętałam. Blizna na jego prawym policzku w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła.
– Musiałabym umrzeć, żeby być taka jak ty? – spytałam z ciekawości, niepewnie podnosząc dłoń. Tak bardzo chciałam dotknąć opuszkami palców jego skóry.

sobota, 15 kwietnia 2017

64. Just keep me where the light is



     Podkręciłam wydobywające się z głośników dźwięki utworów z debiutanckiej płyty Toxic Bliss. Chociaż dostałam ją prawie dwa miesiące temu, dopiero teraz znalazłam czas na odsłuchanie jej. Nastawiłam wodę na kawę, robiąc sobie niewielką przerwę w sprzątaniu
     Od ostatniego incydentu unikałam Hell House jak ognia. Tu nawet nie chodziło o dziwne uczucie wstydu. Po prostu Steven podłapał temat i zaczął nam kibicować. Tylko że żadnych nas nie było i ani ja, ani Axl nie chcieliśmy tego zmieniać.
     Zalałam wrzątkiem aromatyczny proszek, rozsiadając się na kuchennym krześle. Po mojej prawej leżał przygotowany zestaw do iniekcji. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę, nerwowo zaciskając palce na gorącej ceramice  Nie byłam na głodzie. Stan, w jakim się znajdowałam można było nazwać łaknieniem. Zamierzałam jak najdłużej pozostać czysta, ale w razie kryzysu miałam wszystko przygotowane.
     Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podobnie było ze mną i heroiną. Na początku brałam ją jedynie dla dobrego samopoczucia. Pozwalała mi wyciszyć się, zapomnieć o problemach i odciąć się od rzeczywistości. Złudnie leczyła rany, które mi zadano. Jednak kiedy jej działanie mijało, ja nadal cierpiałam i nadal tkwiłam w tym zaklętym kole. Później przyjemność stopniowo zanikała, ustępując miejsca rutynie. Z weekendowego narkomana stałam się poważnie uzależnioną ćpunką. Nie mogłam przeżyć dnia bez tej cudownej substancji. Starałam się ze wszystkich sił, ale nadal pozostawałam na dnie przepaści, z której wyjście prowadziło przez długi i stromy korytarz. Wmawiałam sobie, że jak już raz udało mi się pokonać nałóg, to równie dobrze mogę to zrobić ponownie.
     Westchnęłam głęboko, na moment przymykając powieki. Przypomniałam sobie o moim planie, którego szczegóły skrupulatnie dopracowywałam od tygodnia. Jakimś cudem Benowi udało się zdobyć to, czego chciałam. Otworzyłam oczy, odkładając kubek na blat stołu. Wyjęłam z kieszeni dresów listek z kolorowymi tabletkami. Znajdował się tam od jakiegoś czasu, cierpliwie czekając na ten właściwy moment. Obróciłam go w palcach, przyglądając się mu z każdej strony. Przełknęłam ślinę, czując rosnącą w gardle gulę. Podobno na pożądane efekty trzeba czekać około godziny. Przecież nie mam nic do stracenia, pomyślałam, uśmiechając się. Jeśli nie spróbuję, to nie przekonam się, czy to faktycznie działa.
     Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując opanować nerwy. Nie było już odwrotu. Włożyłam do ust niewielką tabletkę, czując jej lekko gorzkawy posmak. Skrzywiłam się, zaciskając dłonie w pięści. Czekanie na efekty wydawało się trwać wieczność. Upiłam łyka kawy, zabierając się za ścieranie kurzu z mebli. Musiałam zająć się czymś, żeby nie zwariować.
     Po skończonej pracy usiadłam na kanapie, rozkładając się na niej. Czułam się dosyć dziwnie. Ogarnęło mnie otępienie, lecz nie to, które znałam do tej pory. Mój oddech był dosyć płytki, a wzrok wyostrzony. Przyciągnęłam nogi pod klatkę piersiową, kurczowo obejmując łydki. Kwas zaczął działać. Przed moimi oczami wirowały barwne kształty, a dźwięki muzyki wydawały się głośniejsze. Uśmiechnęłam się, subtelnie odchylając głowę. Przedstawienie czas zacząć.
         – Wiem, że gdzieś tutaj jesteś – mruknęłam, czując, jak przez moje ciało przelatuje dreszcz. – Wreszcie spotkamy się na moich warunkach – wyszeptałam, co raczej zabrzmiało jak pytanie.
     Pomimo że moje ciało było rozgrzane, doświadczyłam powiewu chłodnego powietrza. Westchnęłam niespokojnie, rozglądając się po pomieszczeniu.
         – Tak ci się tylko wydaje. – Usłyszałam jego głos, nerwowo poszukując wzrokiem mojego rozmówcy. Na marne.

poniedziałek, 13 lutego 2017

61. You shoot me down, but I won't fall





– Masz dla mnie tę książkę?

Ledwo weszłam do Hell House, a już ktoś coś ode mnie chciał. I to akurat była ta osoba, z którą najbardziej nie miałam ochoty rozmawiać.

Hope miała jakąś awarię w bloku i w jej mieszkaniu zabrakło prądu. Carter praktycznie cały czas była na linii. Bez sprawnego telefonu nie potrafiła pracować, a miała sporo spraw na głowie. Załatwiała koncerty, rozmawiała z ludźmi z wytwórni. W końcu chłopcy niedawno podpisali kontrakt. Zadomowiła się u nich, bo mieli działający telefon i, o dziwo, spory zapas całkiem niezłej kawy.

Ostatnio nasze stosunki nieznacznie się poprawiły. Nadal nie były dobre. Uczepiła się mnie, a ja nie chciałam być jej dłużna. Jednak coś w niej pękło i popatrzyła na to wszystko zgoła inaczej. Zaczęłam pracować w księgarni, planowałam skończyć studia. Widziała, że już dorastałam i jednocześnie zmieniałam swoje podejście. Nadal uważała i pochodziła do tego sceptycznie, z lekkim dystansem. Aczkolwiek zdarzało się, że rozmawiałyśmy jak normalne osoby. Dzisiaj nawet poprosiła mnie o kupienie jej jakiejś książki o prowadzeniu własnej firmy czy coś w tym rodzaju.

– Jasne – westchnęłam, poszukując owej rzeczy w torebce.

Nawet nie zdejmując ramoneski, podeszłam bliżej, uważając na puszki po piwie, które walały się po podłodze. Wcześniej zajmowały cały stolik do kawy, jednak Hope zrobiła z nimi swego rodzaju porządek. Zamiast nich na blacie rozwalała się masa papierów, kolorowe teczki i kilka grubych książek z pożółkłymi stronami, które świadczyły o stopniu użytkowania.

Dziewczyna raptownie wzięła książkę, od razu zabierając się za jej kartkowanie. Czytała pojedyncze fragmenty, aczkolwiek bardziej skupiała się na jej formie. Wydawała się być skupiona, aczkolwiek jej wyraz twarzy na nic nie wskazywał.

– Dzięki wielkie – rzuciła, posyłając mi krótkie spojrzenie. Uśmiechnęła się na moment. Pierwszy raz wykonała ten gest wobec mnie.

– Nie ma za co – odparłam niepewnie, co zabrzmiało bardziej jak pytanie.

Rozejrzałam się dookoła. Panował tutaj cholerny syf. Gorzej chyba było tylko na wysypisku śmieci. Oprócz pustych puszek i petów po pomieszczeniu walały się stosy Playboyów i jakichś ubrań. Na podłodze ktoś wylał alkohol a w powietrzu unosił się zapach tytoniu i moczu. Skrzywiłam się nieznacznie. Dziwiłam się, jak Rosie mogła tutaj wychowywać dziecko.

– Gdzie reszta? – spytałam, zakładając ręce na piersi.

Spojrzała na mnie spode łba, odrywając się na moment od pracy.

– Axl odsypia wczorajszy wypad do klubu, Izzy pojechał szukać Slasha, Duff poszedł na spacer, a Steven wyszedł spotkać się z Lily – wyrecytowała na jednym oddechu.

– A Rosie i Tommy?

Coś mi nie pasowało. Było zbyt cicho. Za cicho. Ostatnimi czasy w Hell House niemal na okrągło panował hałas i wrzawa. Jak nie grupa muzyków, która ćwiczyła nowe kawałki to płacz dziecka. Może śpią, pomyślałam.

– Rosie już tutaj nie mieszka – oznajmiła ze stoickim spokojem. – Wkurzyła się. Nie dziwię jej się. To nie są warunki dla małego dziecka – zaśmiała się ironicznie.

Miała rację. Poza tym Hooter tylko pomieszkiwała tu do czasu, aż znajdzie jakąś przytulną kawalerkę w spokojnej okolicy. Aczkolwiek jeszcze wczoraj mówiła mi, że nadal szuka. Czyżby nagle znalazła dobrą ofertę?

– Przyznali jej mieszkanie? – dociekałam.

– Nie – zaprzeczyła, przekładając jakieś papiery. – Na razie przyjęłam ją do siebie. Mam duże, dwupokojowe mieszkanie – dodała, posyłając mi długie spojrzenie.

Czułam się, jakby wbiła mi nóż w plecy. Rosie była moją przyjaciółką, nie jej. Dobrze o tym wiedziała. Zrobiła to specjalnie. A może faktycznie chciała tylko pomóc? Tego nie wiedziałam. Jednak czułam się niekomfortowo z tą informacją. Dlaczego Rosie o niczym mi nie powiedziała?

– Oferowałam jej, że przygarnę ich do siebie. Przecież mam wolny pokój, mieszkanie jest w całkiem dobrej okolicy – wymieniałam, co niespodziewanie przerwał jej perlisty śmiech.

– Daj spokój – rzuciła złośliwie. – Obie wiemy, że Rosie potrzebuje pomocy, a ja jestem w stanie jej nią zapewnić. Ty natomiast nie radzisz sobie sama z sobą. Zostałabyś z Tommym, podczas gdy Rosie byłaby w szkole? Raczej nie. Mogłabyś mu zrobić krzywdę – podsumowała.

niedziela, 18 grudnia 2016

59. Please tell me now it's not the end





   Drobne krople deszczu spadały z nieba, niemalże bezdźwięcznie opadając na suche podłoże. To nie była ulewa, a raczej mżawka. Ogólnie matka natura wybrała sobie najgorszy dzień na zmianę pogody. Dotychczas świeciło słońce, które dawało przyjemne uczucie ciepła na policzkach. W następne dni też tak miało być. Tylko dzisiaj wszystko musiało się popsuć...

   Włożyłam ręce do kieszeni, odczuwszy chłód w tej części ciała. Oparłam się ramieniem o Axla, starając się zachować równowagę. Z wierzchu wydawałam się być twardym kamieniem, który kompletnie niczym się nie przejmuje. Sprawiałam wrażenie obojętnej, jakby cała ta sytuacja w ogóle mnie nie obchodziła. Jednak po odkryciu tych wszystkich warstw zostawała jedynie cienka powłoczka. Cierpiałam i nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Zbyt wiele się wydarzyło, z czym nie koniecznie mogłam się oswoić.

     – Lena była niezwykłą osobą – zaczął swoje kazanie pastor. Jego głos wydawał się być lekko zachrypiały.

   Poczułam, jakby przez moje ciało przeszły dziwne dreszcze. Nie umiałam mówić o niej w czasie przeszłym. Jeszcze do mnie nie docierało, że to już jest koniec. Nigdy więcej nie pójdę z nią na zakupy, nie obgadamy chłopaków, nie poimprezujemy i nie zestarzejemy się z klasą, bo ona już nie żyła.

   Jej śmierć była ogromnym ciosem dla nas wszystkich, a w szczególności dla Slasha. Izolował się. Wychodził nie wiadomo gdzie, a potem wracał dosyć późno ledwo trzymając się na nogach. Za każdym razem, kiedy patrzyłam na niego, odczuwałam niewielki ucisk na sercu. Nie zasługiwał na to. W dodatku teraz, na jej pogrzebie, staliśmy z tyłu, chociaż tak naprawdę byliśmy dla niej jak najbliższa rodzina. Niestety inaczej myśleli jej rodzice. Nie życzyli sobie naszej obecności podczas ostatniej drogi ich córki. Z trudem udało się Hope przekonać ich, żeby zmienili zdanie. Pierwotnie chcieli sprowadzić jej ciało do Londynu, aby tam je pochować. Jednak ten pomysł jeszcze szybciej upadł.

   Musieliśmy powiadomić ich o tej sytuacji. O ile wcześniej można było przymknąć oko na ukrywanie faktu o krytycznym stanie ich córki, tak teraz nie wypadało nam zataić wiadomości o jej śmierci. Hope do nich zadzwoniła. Ogólnie zdecydowaliśmy, żeby to Carter kontaktowała się z państwem Fiodorow. Zazwyczaj odbierano ją pozytywnie. Była menadżerem, kimś na stanowisku. A nie tak jak my, grupą ćpunów, na których prawie każdy patrzył z pogardą. Nawet rodzice Leny. Z początku obwiniali nas o jej śmierć. Twierdzili, że to przez nas ich jedyna córka zeszła na złą drogę. Później trochę ucichli, aczkolwiek podejrzewałam, iż do końca życia nam tego nie wybaczą.

     – Pogodna, zawsze uśmiechnięta – kontynuował, wywołując melancholijny nastrój. – Rzadko kiedy mówiła o swoich problemach – westchnął, spoglądając na panią Fiodorow, która niemal drżała, nie mogąc powstrzymać płaczu. – Już jako dziecko próbowała radzić sobie ze wszystkim sama. Była najlepszą uczennicą, wspaniałą córką. Chciała zostać ekonomistką. Skończyła wymagające studia na jednym z lepszych uniwersytetów w Anglii. Miała przed sobą całe życie. – Zrobił niewielką pauzę, oddychając głęboko. Próbował wyrazić to w sposób emocjonalny, jak najbardziej wiarygodny. – Jednak wybrała niewłaściwą drogę. Jak każdy z nas miała prawo do błędu. I popełniła go, może nie do końca świadomie. Lena chciała żyć. Pomimo kłopotów zawsze chodziła uśmiechnięta. Tryskało z niej szczęście. Tylko później ta świeczka, którą była, powoli zaczęła gasnąć. Pogrążała się w nałogu, jej problemy narastały. Próbowano jej pomóc, miała wsparcie. Do końca walczono o nią. Lena przegrała walkę o swoje zdrowie, ale nie o życie. Może teraz patrzy na nas z góry, radując się z chwały Pana. Pomódlmy się za jej duszę.

   Po moim policzku spłynęły gorące łzy. Nawet nie próbowałam ich wycierać. Tęskniłam za nią i to bardzo. Dopiero teraz w pełni uświadomiłam sobie, że już nigdy jej nie zobaczę. Axl objął mnie ramieniem, subtelnie muskając wargami moje czoło. Nie protestowałam. Potrzebowałam czyjeś bliskość, nawet jeśli pochodziła ona od Rose'a. Nie potrafiłam poradzić sobie z sobą samą.

niedziela, 11 grudnia 2016

58. Nothing is more sad tan the death of an illusion





     – Mogłabyś mi podać ten złoty naszyjnik, który leży na biurku? – poprosiłam Joy.

   Krzątałyśmy się po moim mieszkaniu, panikując, że nie starczy nam czasu. Miałyśmy zaledwie godzinę na wyszykowanie się i dotarcie do klubu. Niemalże od rana cieszyłam się jak dziecko na samą myśl o dzisiejszym koncercie. Nawet wzięłam urlop w pracy, zważywszy na to, że kończyłam ją dopiero o osiemnastej.

   Od dwóch dni dorabiałam sobie w niewielkiej księgarni Les Livres znajdującej się na Pickford Street. Czerpałam z niej ogromną satysfakcję, przez co o wiele łatwiej wstawałam rano. Już jako dziecko uwielbiałam godzinami czytać różnorakie lektury. Teraz po latach po części mogłam do tego wrócić. Jeśli był mniejszy ruch, chętnie siadała w kącie lady i nadrabiałam zaległości z Szekspira, Austen czy Carrolla. To właśnie poprzez Les Livres poznałam Joylene, która zdecydowała się pójść ze mną na koncert Toxic Bliss. Dziewczyna pracowała w pobliskiej kawiarni, w której niemal nałogowo kupowałam waniliowe latte. Wczoraj przyszła do księgarni kupić mamie prezent na urodziny. Dużo rozmawiałyśmy, przez co obie doszłyśmy do wniosku, iż mamy wiele wspólnego. Może nawet w przyszłości się zaprzyjaźnimy?

   Dokładnie czesałam dopiero co wysuszone włosy, próbując pozbyć się znikomych kołtunów. Joy siedziała przy kasztanowym biurku, malując powieki grafitowym, brokatowym cieniem, który idealnie komponował się z jej seledynowymi włosami specjalnie na tę okazję ułożonymi w fale. Niechętnie zrobiła przerwę, podając mi upragniony przedmiot.

     – Dzięki – rzuciłam, uśmiechając się subtelnie.

   Ubrałam naszyjnik, wyciągając go na czarny top. Przeglądnęłam się kilkukrotnie w lustrze, sprawdzając czy wszystko jest okej.

     – Co? – spytała, zwracając tym moją uwagę. – Będzie tam jakiś twój Romeo? – zachichotała, próbując dłonią stłamsić śmiech.

   Uśmiechnęłam się nieśmiało pod nosem. Może tak, a może nie.

     – No coś ty! – zaprzeczyłam, machając dłonią. – Mówiłam ci, że mam narzeczonego.

   Podeszłam pod biurko, stając za moją towarzyszką, która wygodnie rozsiadła się na pufie. Nie miałyśmy dużo czasu, toteż postawiłam na niewielki makijaż. Zabrałam tusz, starając się dokładnie pomalować rzęsy. Nachyliłam się, próbując uzyskać dostęp chociażby do skrawka lusterka.

     – Kurde – mruknęła, przenosząc wzrok na swój strój – sądzisz, że sukienka to na pewno dobry pomysł?

     – Idealny – wybełkotałam, starając się zbytnio nie ruszać twarzą.

     – No nie wiem – wycedziła, próbując przeglądnąć się w lustrze. – Ty idziesz w spodniach. Może ja też powinnam się przebrać.

   Pokręciłam głową, odkładając kosmetyk na blat. Kątem oka zerknęłam na jeansowe rurki z dziurami i przetarciami, które okrywały moje nogi. Były jedną ze zdobyczy, które kupiłam na zakupach z Lenką. Aż się łezka w oku kręciła na samo wspomnienie.

     – Joy – westchnęłam, wybierając odcień szminki – ale ja mam okres, podczas którego nie czuję się komfortowo w sukienkach czy spódnicach.

   On akurat wiedział, kiedy się pojawić. Dzięki niemu miałam wymówkę przed Eddy'em, żeby zrobić sobie wolne. Mój szef zawsze hojnie je rozdawał, jeśli któraś dziewczyna miała okres. Wolał uniknąć klientów skarżących się na niedogodne warunki.

     – Może masz rację... – mruknęła, zakładając długie srebrne kolczyki w kształcie piór.

     – Coś się stało? –  zapytałam, kończąc malować usta pomadką w odcieniu wiśni. – Jakaś taka niezdecydowana jesteś.

sobota, 3 grudnia 2016

56. Fall to pieces




   Schowałam list do torebki, następnie ocierając dłonią wilgotne policzki. Musiałam się ogarnąć, wstać i wreszcie powiedzieć im prawdę.

   Niepewnym krokiem podążyłam w kierunku przyjaciół. Układałam sobie w głowie scenariusz tego, co im powiem. Nie było to łatwe zadanie. Slash już był przygnębiony. Wiadomość o umierającej ukochanej stanowiłaby dla niego kolejny cios. Martwiłam się o niego. Już wystarczająco dużo przeżył podczas jej pobytu w szpitalu.

   Oparłam się o kant ściany, obserwując ich zachowanie. Mulat nadal tkwił w konsternacji, przypominając bardziej zombie niż człowieka. Axl natomiast stał nad nim, próbując go przekonać do chociaż godzinnej drzemki. Faktycznie twarz chłopaka obrazowała jego potworne zmęczenie. Rozumiem, że chciał być blisko niej, ale nie ponad własne siły. Westchnęłam niespokojnie, czym zwróciłam uwagę Rose'a. Podszedł bliżej, delikatnie łapiąc moje ramię.

     – Od niego raczej nic nie wyciągniemy – nawiązał do mojej prośby. – A ty? Dowiedziałaś się czegoś?

   Powiedzieć im całą prawdę czy ująć to bardziej optymistycznie?

     – Tak – mruknęłam lekko zachrypniętym głosem, odchrząkając. – Ma niewydolne nerki i płuca, ale nie jest najgorzej. Będą podawać antybiotyki i ją monitorować. Jest w dobrych rękach. Ma szanse na powrót do normalnego życia. Minimalne, ale realne.

   Przełknęłam głośno ślinę. Okłamałam ich. Nie powinnam była, ale nie potrafiłam patrzeć, jak się zamartwiają. Niespodziewanie poczułam, jak Axl przyciąga mnie do siebie. Objęłam go, pozwalając, aby dał mi swego rodzaju oparcie. Jednocześnie zerknęłam na Slasha. Jego wargi drżały, aczkolwiek nie płakał. Pozostawał twardy, chociaż w środku zapewne rozpadł się na miliony kawałeczków. Cierpiał, to było pewne.

   Odsunęłam się od chłopaka, nadal zachowując niewielką przestrzeń pomiędzy nami. Czułam na policzku jego niemiarowy oddech. Niepewnie oblizałam usta. Lubiłam tę bliskość, chyba nawet za bardzo.

     – Zrobiłam wszystko, co mogłam – wyszeptałam, przejeżdżając palcem po jego obojczyku.

     – Wiem – mruknął, drżąc pod wpływem mojego dotyku.

     – Nic tu po mnie. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie. – Chyba wrócę do siebie.

     – Pojadę z tobą – zaproponował.

    Nie byłam do końca przekonana, co do jego pomysłu. Dałabym sobie radę, gorzej było ze Slashem.  Nie chciałam, żeby został z tym wszystkim sam.

     – A co z nim? – zapytałam z troską w głosie. Naprawdę się martwiłam.

     – Izzy powinien za chwilę wrócić, to z nim posiedzi.

   Wzdrygnęłam się na samą wzmiankę o nim. Chyba trochę się pogubiłam i nie za bardzo wiedziałam, czego chcę.

     – Vicky? – Wydawał się być zatroskany. – Wszystko w porządku?

     – Jasne. – Przytaknęłam głową. – Po prostu trochę się zamyśliłam.

   Uśmiechnęłam się subtelnie. Poczułam, jak delikatnie przejeżdża palcami wzdłuż mojego kręgosłupa. Przymknęłam oczy. Marzyłam o chwili odpoczynku po tak ciężkim dniu.

     – Jedziemy do ciebie? – wyszeptał kusząco niskim głosem tuż nad moim uchem.

     – Czemu nie?

   Odsunął się odrobinę, pozwalając mi na swobodne ruchy. Westchnęłam, ostatni raz spoglądając na Slasha. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

     – Idziesz? – Usłyszałam głos zza moich pleców.

sobota, 15 października 2016

51. Highway to death



      – Myślę, że jesteśmy kwita.

   Uśmiechnęłam się niepozornie, chowając pieniądze do torebki. Właśnie rozliczyłam się z ostatnim klientem, przez co do końca wieczora miałam upragnione wolne. Siedziałam przy stoliku w Rainbow
 i popijałam Martini. Zarobiłam niezłą sumkę, więc należała mi się chwila odpoczynku. Wyjęłam papie­rosa z paczki, która leżała na stole i odpaliłam go, delektując się jego smakiem. Rozejrzałam się do­okoła w poszukiwaniu znajomych twarzy. Kilkoro ludzi kojarzyłam z widzenia, aczkolwiek nigdy nie miałam okazji ich poznać. Wydawali się być niewielką grupką osób, która co piątek wychodziła do klubu, aby móc oderwać się od rzeczywistości. Przypominali mi mnie sprzed kilku lat – dziewczynę, która marzyła, żeby tylko oderwać się od nauki i wyjść na imprezę. To były czasy…

   Odwróciłam wzrok, próbując nie zagłębiać się w sentymentalne wspomnienia. To tylko jeszcze bar­dziej utrudniało normalne funkcjonowanie. Zaciągnęłam się dymem, chcąc chociaż odrobinę się znie­czulić. Co prawda miałam przy sobie heroinę, lecz wolałam użyć jej nieco później.  Strzepnęłam papie­rosa, skupiając swój wzrok na podrzędnym zespole, który tego wieczoru otrzymał swoje pięć minut sławy. Grali dosyć przeciętnie, aczkolwiek przekaz, który pochodził z ich muzyki, był szczery. Nie zali­czali się do typowego rockowego zespołu tamtych lat. Robili swoje, ukazują prawdzie oblicze życia – jego brutalną i zarazem niesprawiedliwą stronę. Coraz bardziej wsłuchiwałam się w każde słowo, ja­kie wyśpiewywał wokalista. Szukałam w nich sensu, rozwiązania zagadki, jaką było odwieczne pytanie o to, jak przeżyć. Siedziałam tam pogrążona w swego rodzaju transie, od czasu do czasu popijając gorzki trunek.

   Skończywszy konsumpcję alkoholu, zaczęłam powoli zbierać swoje rzeczy. Byłam odrobinę zmę­czona i jedyne, o czym marzyłam to przyjemne, cieplutkie łóżeczko.

     – Coś dla stałej klientki.

   O moje uszy obiły się dźwięki dosyć chłodnego, męskiego głosu. Podniosłam wzrok, zauważywszy postać mojego rozmówcy. Był nim Todd, który położywszy na stole Mojito, usiadł naprzeciwko mnie. Już po wyrazie jego twarzy można było się domyślić, że coś się stało. Minimalna zmarszczka na jego czole świadczyła o niezadowoleniu z jakiejś sprawy.

     – Cześć – odparłam nieco zaskoczona. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj. Co za miła niespo­dzianka.

   Uśmiechnęłam się subtelnie, licząc, iż odwzajemni mój gest. Tak się jednak nie stało, co z lekka mnie zdziwiło. Skrzyżował ręce na piersi, skupiając swój przeszywający wzrok na mojej osobie.

     – Coś się stało? – zapytałam niepewnie.

     – Myślałem, że jesteś świetną dziewczyną, tylko nieco pogubioną. – Zrobił niewielką pauzę na ze­branie myśli. – Myliłem się. W życiu bym nie powiedział, że upadniesz tak nisko.

piątek, 29 lipca 2016

47. I want to be close to you




      – Mogłabyś mi podać popielniczkę?
    Z konsternacji wyrwało mnie pytanie nieznanego mi mężczyzny. Trwając jeszcze w zamyśleniu, podałam mu pożądaną rzecz. Uśmiechnął się przyjaźnie w geście podziękowania i odszedł, pozostawiając mnie pośród grupki ludzi, których nie znałam.
    Od kilku dni zastanawiałam się nad swoją przyszłością i jak do tej pory nic nie wymyśliłam. Wydawała mi się wielką niewiadomą, którą nijak nie wiedziałam, w jaki sposób poznać. Chyba dopiero teraz powoli dochodziły do mnie słowa Chrisa, nad którymi postanowiłam dłużej pomyśleć. Skończyło się na tym, że nie zamierzałam, a raczej nie chciałam zmieniać swojego zachowania, ani trybu życia. Było mi z nim dobrze, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie.
    Zabrałam ze sobą butelkę z tanim winem i usiadłam w kącie salonu. Napawałam się samotnością, która w tym momencie stanowiła dla mnie swoistą harmonię. Gunsi zaprosili na imprezę sylwestrową połowę osiedla, która miała za zadanie gwarantować udaną zabawę. Dla mnie jednak obecność tych wszystkich ludzi nie robiła różnicy. Po prostu przyglądałam się im, jednocześnie delektując się lekko wytrawnym smakiem burgundowego trunku.

sobota, 23 lipca 2016

46. We can't be together



      – Zaprosisz mnie do środka, czy tak będziemy stać na werandzie?
   Z rozmyślań wytrącił mnie jego spokojny, aczkolwiek przepełniony niecierpliwością głos. Otrząsnęłam się i próbowałam podjąć jakąkolwiek racjonalną decyzję. Jedno było pewne. Musieliśmy porozmawiać.
     – Jasne – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się niemrawo, po czym otworzyłam szerzej drzwi.
   Chris ostrożnie wszedł do środka, uprzednio podając mi kwiaty. Odruchowo zaciągnęłam się ich zapachem, jednakże tym razem nie odczułam tej samej radości, wywołanej zwykłą wonią róż. Mężczyzna w tym czasie uważnie rozglądał się po pomieszczeniu, dokładnie analizując każdy jego fragment, każdą osobę, która się w nim znajdowała. W pewnym momencie jego wzrok zatrzymał się na rudowłosej postaci, która popijając whiskey, posyłała nam palące spojrzenie. Odruchowo złapałam Chrisa za nadgarstek i skierowałam się w stronę schodów. Tylko na górze mogliśmy znaleźć jakieś ciche i ustronne miejsce. Nadal odczuwałam na sobie jego wzrok, którym próbował mnie wypalić. Czułam się nieprzyjemnie i to nie tylko z tego powodu. Po raz kolejny musiałam zmierzyć się z własnymi uczuciami wobec Pittmana, co nie należało do najłatwiejszych.
   Zanim zupełnie zniknęliśmy z pola widzenia innych, zwróciłam się do Lily, jakby w tym momencie była jedyną osobą, której ufałam:
      – Zajmij się tym.
   Podałam jej bukiet, na co dziewczyna na początku zareagowała zdziwieniem. Dopiero po chwili subtelnie się uśmiechnęła i poszła w kierunku kuchni, zapewne w celu znalezienia czegoś, co mogłoby służyć jako wazon.
   Kiedy znaleźliśmy się w moim starym pokoju, dokładnie zamknęłam drzwi na mały metalowy kluczyk, którego od bardzo dawna nikt nie używał. Po prostu nie było potrzeby. Zaczęłam nerwowo chodzić po pomieszczeniu, jednocześnie tocząc bój z myślami, które zalewały mi głowę, podczas gdy Chris najspokojniej w świecie siedział na skraju łóżka i zatapiał we mnie swoje przenikające, a zarazem przyjemne spojrzenie. Panowała niezręczna cisza, której nijak nie umiałam przerwać. Mój towarzysz chyba to wyczuł, ponieważ zdecydował się rozpocząć naszą rozmowę.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

42. Fifty shades of Axl





Uwaga! Pomimo mylnego tytułu w rozdziale nie pojawią się sceny rodem z książki Pięćdziesiąt twarzy Greya. Cóż, nie moje klimaty.


Ze snu wyrwał mnie przerażająco głośny dźwięk dzwonka do drzwi.

Czy on nie mógł zabrać ze sobą kluczy?

Z niechęcią otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek. Dochodziła ósma. Westchnęłam głośno i wtuliłam głowę w poduszkę. Jedyne, o czym marzyłam, to dodatkowe pięć minut snu. Niestety, mój gość chyba był w gorącej wodzie kąpany, ponieważ nieprzerwanie molestował dzwonek. Z niezadowoleniem na twarzy zwlokłam się z łóżka i powolnym krokiem zwierzałam ku drzwiom.

    – Wiesz, która jest godzina? – zapytałam jeszcze zaspanym głosem, przecierając oczy.

    – Misiaczku, chyba nie zamierzasz spać do południa, kiedy możesz ten czas spędzić z tak zajebistą osobą, jaką jestem ja – odpowiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.

    – Chyba masz zbyt duże mniemanie o sobie, panie wcale nie jestem zajebisty Rose – powiedziałam, patrząc na niego z politowaniem.

Chłopak zaśmiał się i oparł dłoń o futrynę. Bacznie mi się przyglądał i widać było, że jest w dobrym humorze.

    – Będziemy tu tak rozmawiać, czy może zaprosisz mnie do środka?

    – Najchętniej zamknęłabym ci drzwi przed nosem, ale wiem, że to nic nie da – powiedziałam i posłałam mu sztuczny uśmiech.

Axl podszedł bliżej i położył dłonie na moich biodrach. Poczułam się dziwnie niepewnie, natomiast z jego twarzy nie znikał ten cholerny uśmiech.

    – Puść mnie – wysyczałam.

    – Oj kotku... – próbował zacząć, ale mu przerwałam.

    – Puszczaj – odparłam nieco ostrzej.

    – Jak chcesz – wyszeptał do mojego ucha.

Momentalnie odsunął się ode mnie z wyciągniętymi rękami i udał się w stronę kuchni. Westchnęłam i zamknęłam szczelnie drzwi. To był dopiero początek, a już miałam go dosyć. Policzyłam w myślach do dziesięciu, próbując zachować zimną krew. Tego dnia nie zamierzałam pozwolić mu na to, aby wytrącił mnie z równowagi. Poprawiłam włosy i poszłam dołączyć do mojego towarzysza. Wolałam nie zostawiać go samego. Już jeden omal mi wczoraj nie rozwalił kuchni.

środa, 4 maja 2016

37. We have to talk



Lena siedziała skulona na zimnym podłożu i próbowała dojść do siebie, w czym przeszkadzał jej płacz. Była cała roztrzęsiona i ledwo udało jej się cokolwiek powiedzieć. Nie mogłam bezczynnie na to patrzeć. Musiałam się tym zająć i zabrać ją do siebie. Tylko, że to nie było takie proste. Nie chciałam zostawić dziewczyny samej, ale z drugiej strony, jeśli nie pojawię się w pracy, to może się dla mnie źle skończyć. Nagle wpadłam na jedyne sensowne rozwiązanie tej sytuacji. Tylko dlaczego musiałam aż tak się zniżyć i poprosić go o pomoc? Chyba nie było innego wyjścia.

    – Zaczekaj tutaj – poprosiłam moją przyjaciółkę i gwałtownie się podniosłam. – Zaraz sprowadzę pomoc.

Bez chwili zastanowienia, żwawym krokiem udałam się z powrotem do klubu. Po raz kolejny ogarnęła mnie ciemność, a do moich uszu docierały głośne dźwięki przesterowanych gitar. Rozejrzałam się dookoła, aby go znaleźć. W końcu go zauważyłam. Siedział przy barze z tą swoją blondi i bezczelnie patrzył się na jej biust, podczas gdy ona mu o czymś opowiadała. Widać, że zależy mu tylko na jednym. Przewróciłam oczami i podeszłam bliżej nich, ale oni wcale nie zwrócili na mnie uwagi. Byli zbyt zajęci sobą. To było takie słodkie, że aż nie.

sobota, 30 kwietnia 2016

36. What's wrong with you




Obudziłam się rano z ogromnym bólem głowy. Niewiele pamiętałam z poprzedniego wieczoru, oprócz faktu, że poszłam na koncert Gunsów. Świetnie, po raz kolejny przesadziłam z alkoholem. Odsunęłam kołdrę na bok i gwałtownie usiadłam na łóżku. To był błąd. Jak ja się w ogóle znalazłam w swoim pokoju? Przetarłam oczy i tym razem bardziej ostrożnie wstałam z łóżka. Trochę kręciło mi się głowie, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Zarzuciłam na siebie przyjemny, czerwony szlafrok i udałam się do kuchni. W końcu pasowałoby zjeść jakieś śniadanie.
Kompletnie nieprzytomna, z towarzyszącym mi kacem, przemierzałam salon. Palcami wskazującymi masowałam skronie, aby choć troszkę uśmierzyć ból. Zauważyłam, że przy stole siedział Chris i popijał kawę, w międzyczasie czytając jakąś gazetę.
   
    – Hej – przywitałam się jeszcze zaspanym głosem i nalałam sobie czarnego naparu do kubka.
   
    – Cześć – mruknął pod nosem, nawet nie zwracając na mnie uwagi.
Oprałam się biodrami o blat i delektowałam się napojem, jednocześnie obserwując chłopaka. Umiejętnie mnie ignorował i nadal zajmował się swoimi rzeczami.
 

niedziela, 17 kwietnia 2016

34. Apparently I'm an exeption



Całe popołudnie spędziłam na chodzeniu po sklepach z Leną. Czarnowłosa poszukiwała jakichś ubrań dla siebie, natomiast ja robiłam za jej doradcę. Obeszłyśmy chyba całą galerię, zanim zdecydowała się, że jednak kupi tę koszulę, którą widziała w pierwszym sklepie. Oczywiście ja nic na tym nie skorzystałam, ponieważ zaraz po tym, jak wyszłyśmy z pustymi rękami z bodajże trzeciego stoiska, odechciało mi się zakupów.
Po około dwóch godzinach bezcelowego chodzenia po galerii, postanowiłyśmy pójść na kawę. W tym celu udałyśmy się do McDonalda, gdzie zamówiłyśmy latte, po czym zajęłyśmy ostatnie wolne miejsce.
  
– Podobno chciałaś mi o czymś opowiedzieć  – zaczęłam rozmowę.
   
 – No tak. Znalazłam nowego dilera. Ma dobry towar w ekstra cenie  – powiedziała podekscytowana, po czym wzięła łyka kawy.

  – A nie pomyślałaś, żeby pójść na odwyk?

Zaśmiała się. Czyżby moje słowa nic dla niej nie znaczyły?

  – Tylko po co, skoro wszystko jest w porządku? Vicky, to miłe, że troszczysz się o mnie, ale świetnie daje sobie radę. Umiem nad tym panować.
  
  – Też tak mówiłam. Lena, to świństwo kontroluje całe twoje życie  – próbowałam wjechać jej na ambicje.

  – Najwidoczniej ja jestem wyjątkiem  – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.  – Wyluzuj, bo za bardzo przypominasz mi moją matkę.

Przewróciłam oczami i upiłam łyka kawy. Dlaczego ona nie myśli racjonalnie? Poprawiłam włosy i uważnie się jej przyjrzałam. Jej spojrzenie było mętne, a policzki zapadnięte. Narkotyki powoli wyniszczały ją od środka, ale dziewczyna nic sobie z tego nie robiła. Cieszyła się życiem i wmawiała wszystkim, że kontroluje swój nałóg. Oby to się tylko źle nie skończyło.

środa, 30 marca 2016

32. I also have some feelings



- Duff, co się stało? - zapytałam troskliwie.

Chłopak odwrócił się w moją stronę, dzięki czemu mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Nie wyglądał dobrze, a na jego twarzy malowało się niezadowolenie. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego.

- Czy człowiek nie może już w spokoju napić się wódki we własnej kuchni?! - wykrzyczał.

- Chcę tylko porozmawiać - starałam się zachować spokój.

Blondyn opróżnił szklankę, po czym ponownie ją napełnił. To było normalne, że topił smutki w alkoholu. W sumie to on nawet nie potrzebował pretekstu, żeby się napić.

- To nie jest twoja sprawa - odparł, podkreślając każde słowo.

- Nie wiem, co się miedzy wami wydarzyło, ale wiem jedno. Duff, pod tą całą warstwą brutalności kryje się troskliwy facet. Ty nie chcesz jej skrzywdzić, ale takim zachowaniem to robisz - próbowałam przemówić mu do rozumu.

- Myślisz, że jesteś taka fajna i możesz mi mówić, co mam robić? - zapytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym się zaśmiał. - Otóż nie. Poza tym nie wiesz, jak było.

- To mi opowiedz - rzuciłam.

- Widzę, że nie dasz mi spokoju - mruknął. - Pocałowała mnie. Lepiej? - w jego głosie słychać było ironię.

Podniósł szklankę i upił z niej sporego łyka, przez co trochę się skrzywił. Rozumiałam, że cierpi, ale w chwili obecnej nie robi nic, żeby to zmienić.

niedziela, 13 marca 2016

27. Why I can't hate them



Z niezwykle przyjemnych chwil wypełnionych snem, wybudził mnie głośny dźwięk dzwonka. Serio? Czy ja niewyraźnie powiedziałam, że nie mam ochoty go widzieć? Zwlekłam się z łóżka i przetarłam oczy. Chyba będę musiała porządnie z nim porozmawiać. Z niechęcią zajrzałam przez wizjer. Stradlin? Czyżby zmienili taktykę? Z grymasem na twarzy otworzyłam drzwi i zaprosiłam gitarzystę do środka.

- Czego chcesz? - zapytałam niezadowolona.

- Porozmawiać. Daj mi chwilę, proszę - jego ton był nazbyt spokojny i opanowany.

- Mówiłam już Duffowi. Moja odpowiedź brzmi nie! Czego Wy nie rozumiecie?!

- To ty nie rozumiesz naszej sytuacji - nagle stał się mniej miły.

- Wiesz co? Nie i nie chce jej rozumieć.

Próbowałam odejść, ale Izzy złapał mnie za ramię i zmusił, żebym popatrzyła prosto w jego brązowe oczy.

- Proszę.

Złagodniał i puścił mnie. Dlaczego przez chwilę zachowywał się jak Rose? Zaczęłam szybciej oddychać. Czy oni nie mogą zostawić mnie w spokoju? Usiadłam przy stole w kuchni, po czym mój gość do mnie dołączył.

sobota, 12 marca 2016

26. Welcome to my nightmare



Wróciłam do mieszkania i po raz kolejny skoczyłam pod prysznic. Czułam się okropnie. Dlaczego w ogóle to zrobiłam? Wytarłam ciało w mięciutki ręcznik i ubrałam się w jeansy i czarny top. Poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie jakieś śniadanie. Stałam przed lodówką dobre pięć minut i nadal nie podjęłam decyzji. Po prostu nie byłam głodna, a raczej nie byłam w stanie niczego przełknąć. Zrobiłam sobie tylko mocną, czarną kawę i wygodnie rozsiadłam się na kanapie. Włączyłam telewizor, ale nie leciało w nim nic ciekawego, same teleturnieje. Niestety byłam skazana na samotność, no chyba, że ruszyłabym swoje cztery litery i wyszła gdzieś na miasto. Chris ostatnio chyba się na mnie obraził, bo zaczął mnie unikać, a teraz to nawet wyjechał. Zostawił tylko kartkę, że ma jakieś szkolenie w San Diego i wróci za tydzień. Czyżby? A może zachowuje się jak jakaś pieprzona księżniczka i strzela fochy?

Wyłączyłam to ustrojstwo, potocznie zwane telewizorem i włożyłam kubek do zlewu. W końcu nie zamierzam spędzić całego dnia na kanapie. Zabrałam swoje rzeczy i zamknęłam drzwi na klucz, po czym udałam się w stronę przystanku autobusowego.

sobota, 5 marca 2016

24. I don't know why you'd be bringin' me down



Podążałam ulicami Miasta Aniołów już od dłuższego czasu. Rozmyślałam o życiu i zastanawiałam się, dokąd mogę pójść. Byłam cała przemoczona, ponieważ w połowie drogi zaczął padać deszcz. Dookoła było szaro, mokro i nieprzyjemnie. Palmy gwałtownie kołysały się na wietrze, a potężne fale uderzały o brzeg. Proszę, żeby tylko nie było burzy. Na ulicach można było dostrzec tylko garstkę ludzi. Samochody przejeżdżały już nieco częściej. Kiedy dochodziłam do Sunset Strip, jeden nawet mnie ochlapał. Pokazałam środkowy palec odjeżdżającemu pojazdowi i przeklęłam kierowcę pod nosem. Przeczesałam włosy palcami. Były dość ciężkie i skapywała z nich ogromna ilość wody. Marzyłam tylko o tym, żeby jak najszybciej wziąć prysznic i schować się pod kołderką.

Włóczyłam się trochę po mieście, po czym zdecydowałam, że muszę poszukać sobie jakiegoś lokum. Do głowy wpadł mi tylko jeden pomysł. Udałam się na Roosevelt Avenue. Po drodze zobaczyłam w szklanych wystawach swoje odbicie. Wyglądałam koszmarnie, jak mała, przemoczona panda. Poszukałam w kieszeni jakiejś chusteczki i wytarłam nią rozmazany tusz, który spływał po moich policzkach. Po kilku minutach znalazłam się na kolorowym blokowisku. Już raz tutaj byłam, dlatego szukanie odpowiedniego budynku nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Podeszłam pod drzwi od klatki i już chciałam je otworzyć, kiedy wyminął mnie jakiś starszy mężczyzna. Miał klucz, więc nie musiał dzwonić. Złapałam za klamkę, zanim drzwi zamknęły się i szybko weszłam do środka. Od razu podeszłam do windy i pojechałam na odpowiednie piętro. Stanęłam przed mieszkaniem Chrisa i zapukałam do drzwi. Nie czekałam zbyt długo. Brunet otworzył mi drzwi i zobaczyłam jego zdziwioną minę.

piątek, 4 marca 2016

23. Why are you doing this to me



Zasunęłam zamek od torby i po raz ostatni rozejrzałam się po pokoju. Na przyjemnie żółtych ścianach wisiało kilka obrazów z motywem martwej natury. Podłoga wyłożona była brunatną wykładziną. Dębowe biurko stało pod oknem, z którego rozciągał się widok na dość spokojną okolicę. Przy meblu stało krzesło, wykonane z tego samego gatunku drzewa. Przy sąsiedniej ścianie stało łóżko ze stalową ramą i śnieżnobiałą pościelą, która była starannie ułożona. Podeszłam do wysokiej, dębowej szafy i wyciągnęłam z niej moje ulubione trampki. Założyłam je i opuściłam pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Dwa tygodnie przeleżałam w szpitalu. Nie był to dla mnie najlepszy okres, chociaż mogłam liczyć na wsparcie przyjaciół. Codziennie odwiedzał mnie któryś z Gunsów. Od Stevena mogłam się wszystkiego dowiedzieć i pośmiać się z nim, z Duffem ciekawie rozmawia się na różne tematy. Nawet nie wiedziałam, że jest taki mądry. Slash jak przychodził, zawsze przynosił z sobą karty. Graliśmy przez chwilę, po czym to zawsze on wygrywał. Zapewne oszukiwał. Izzy z kolei niezwykle się o mnie troszczył. Kupował zdrową żywność, jakieś czasopisma. Często wracaliśmy wspomnieniami do starych czasów. Dziewczyny rzadziej przychodziły. Po prostu były bardziej zapracowane. Po pobycie w szpitalu, zostałam skierowana na leczenie do Ośrodka Leczenia Uzależnień. Tutaj już częste odwiedziny nie miały miejsca. Co niedzielę wpadał do mnie Chris i streszczał miniony tydzień. Zazwyczaj robiło mi się smutno, że nie mogę z nimi być. Cierpliwości, kiedyś opuszczę to miejsce. W sumie to zajęcia były nawet przyjemne. Każdego dnia malowaliśmy jakieś obrazy, graliśmy w gry planszowe. Popołudniami każdy miał indywidualne sesje z psychologiem. Bardzo dużo pomogły mi w walce z nałogiem. Poza tym, podawali nam jakieś leki, abyśmy nie czuli głodu.