Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hospital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hospital. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lipca 2017

74. Baby, look what you've done to me




       – Chyba powinnam tam pojechać – stwierdziłam, myślami będąc w zupełnie innym miejscu.
    Nie spodziewałam się, że moment rozmowy z Chrisem nadejdzie tak szybko. Kompletnie nie byłam do tego przygotowana. Mniejsza z tym. Przecież on prawie umarł…
    – Decyzja należy do ciebie – westchnął Briana, omiatając Axla pogardliwym spojrzeniem.
    Również i ja zerknęłam na moment na mojego towarzysza. Pewnie Chris zdążył pożalić się przyjacielowi na swojego konkurenta. Ciekawe tylko, ile z tego było prawdy.
    – To może chwilę potrwać, także nie czekaj na mnie – rzuciłam w stronę Rose’a, nerwowo zakładając kosmyk włosów za ucho.
    Zmarszczyłam subtelnie czoło, robiąc kilka kroków w tył. Axl jedynie pokiwał głową z aprobatą, po czym wymijając Briana, udał się na górę.
    – Możemy już jechać? – spytałam, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Wolałam uniknąć zbędnych wyjaśnień.
    Zgodził się bez wahania. Podążyliśmy w stronę jego samochodu, który stał niedaleko.
    Podróż minęła mi dosyć szybko i w miarę przyjemnie. Zamieniliśmy z Brianem kilka słów, głównie rozmawiając o pogodzie. Panowała sztywna atmosfera, aczkolwiek nie odczułam tego w znacznym stopniu. Zbyt często uciekałam myślami do nadchodzących wydarzeń.
    Podziękowałam Brianowi, następnie zatrzaskując drzwi jego srebrnego Audi. Wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując w ten sposób uspokoić nerwy i dodać sobie niezbędnej odwagi. Będzie dobrze, powtarzałam w myślach.
    Zdecydowanym krokiem przeszłam przez szklane drzwi szpitala wojskowego przy Wilshire Boulevard. Czułam dziwny ucisk w żołądku, który dodatkowo potęgował niepokój. Przemierzałam śnieżnobiałe, szpitalne korytarze z przeczuciem, iż ci wszyscy ludzie patrzą na mnie z pogardą. Mój wygląd dodatkowo nie świadczył o mnie dobrze. Spuściłam głowę, wlepiając wzrok w idealnie wyczyszczone kafelki.
    Sympatyczna pielęgniarka zaprowadziła mnie na salę, na której leżał Chris. Jak się okazało, była to izolatka. Lepiej dla mnie, pomyślałam. Wolałam, żeby nikt nie słyszał naszej rozmowy. Może to zabrzmi egoistycznie, ale głównie po to tam przyszłam. Chciałam wreszcie wszystko wyjaśnić. Nawet nie kwapiłam się, ażeby znaleźć lekarza. I tak nic nie wiedziałabym z jego medycznej gwary.
    – Mogę? – spytałam niepewnie, zapukawszy do drzwi.
    Chłopak nieznacznie uniósł głowę, posyłając mi wyprane z emocji spojrzenie. Moje ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Miałam tylko nadzieję, że nie nabawił się przez to wszystko depresji.

środa, 4 stycznia 2017

60. You left me drown in the tears of memory




     – Spokojnie, nie panikujmy – westchnęłam, próbując bardziej uspokoić siebie niż ich.

   Rosie miała dosyć regularne skurcze. Oddychała głęboko, jednocześnie wydając z siebie ciche jęki. Rodziła, to było pewne.

     – Musimy jechać na porodówkę – poinformował Duff, wyciągając z kieszeni kluczyki.

   Złapałam go za nadgarstek, kurczowo zaciskając na nim palce.

     – Zawiozę was. Tak będzie lepiej – zaoferowałam.

   Nie wiedziałam, czy to będzie dobre wyjście. Po prostu nie umiałabym w spokoju wysiedzieć tutaj, podczas gdy ona byłaby w szpitalu.

   Zlustrował mnie wzrokiem, nieznacznie się uśmiechając. Zapewne podchodził do tego pomysłu sceptycznie, jednak nie było czasu na rozpatrywanie wszystkich za i przeciw.

     – No nie wiem – mruknął przeciągle, wolną ręką drapiąc się po karku.

     – Duff! – jęknęła Rosie, odruchowo łapiąc się za podbrzusze. – Szybciej!

   Z jej oczu wypływały łzy, które na policzkach mieszały się z kropelkami potu. Bolało ją. Wszyscy to wiedzieli, chociaż ona się do tego nie przyznała.

     – Dobra – westchnął. – Zgadzam się, tylko mnie puść.

   Momentalnie poluzowałam uścisk, przez co chłopak mógł uwolnić nadgarstek. Rozmasował go, następnie chowając dłoń do kieszeni jeansów.

     – Dasz radę sama wstać, czy trzeba ci pomóc? – spytałam, chociaż odpowiedź była aż nazbyt oczy­wista.

   Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie, próbując podnieść się z kanapy. Chciała do końca pozostać samodzielna, jednak nie wszystko poszło według jej myśli. Opadła na siedzenie, nerwowo kręcąc głową.

     – Pomóż mi – mruknęłam do Duffa, który momentalnie się przy mnie znalazł.

   Podeszliśmy bliżej Rosie, ostrożnie kładąc jej ramiona na swoich barkach. Wstała, chociaż po jej wyrazie twarzy widać było, że z trudem.

     – Zostaw – rzucił do mnie McKagan. – Spróbuję wziąć ją na ręce – zasugerował.

   Posłusznie wykonałam jego polecenie. Patrzyłam, jak chłopak bierze ją na ręce i kurczowo zaciska palce na jej ciele. Bał się, że mógłby ją upuścić. Przytyła kilkanaście kilogramów, co podczas ciąży było normalne.

   Niechlujnie zarzuciłam na siebie płaszcz, szybkim krokiem podchodząc do drzwi. Otworzyłam je na oścież. W końcu Duff nie mógłby tego zrobić. Szłam za nimi, w pośpiechu zapinając posrebrzane gu­ziki od płaszcza. Przelotny deszcz padał prosto na nasze twarze, utrudniając widzenie. Otworzyłam samochód, pomagając blondynowi posadzić Rosie na tylnym siedzeniu.

     – Siadaj obok niej – poleciłam mu. – W razie czego będziesz odbierał poród.

     – Chyba żartujesz – jęknął przestraszony. Momentalnie pobladł na twarzy.

   Chciałabym, żeby to był żart. Niestety realia były diametralnie różne. Rosie w każdej chwili mogła urodzić, nawet w moim samochodzie. Oczywiście, każdy wolałby, żeby Tommy przyszedł na świat w szpitalu, otoczony fachową opieką. Jednak nic na to nie mogliśmy poradzić. Przecież nie powiedziała­bym mu poczekaj chwilę. Nie posłuchałby.

     – Słuchaj, Duff – zaczęłam dosyć spokojnie, kładąc dłoń na jego barku. Czułam, jak moje serce nie­bezpieczne szybko kołacze. Denerwowałam się jak cholera, ale on nie mógł o tym wiedzieć. Ktoś mu­siał zachować zimną krew. – Spokojnie, oddychaj. Będzie dobrze. Postaram się dojechać do szpitala na czas, ale musimy rozważyć wszystkie możliwości.

sobota, 3 grudnia 2016

56. Fall to pieces




   Schowałam list do torebki, następnie ocierając dłonią wilgotne policzki. Musiałam się ogarnąć, wstać i wreszcie powiedzieć im prawdę.

   Niepewnym krokiem podążyłam w kierunku przyjaciół. Układałam sobie w głowie scenariusz tego, co im powiem. Nie było to łatwe zadanie. Slash już był przygnębiony. Wiadomość o umierającej ukochanej stanowiłaby dla niego kolejny cios. Martwiłam się o niego. Już wystarczająco dużo przeżył podczas jej pobytu w szpitalu.

   Oparłam się o kant ściany, obserwując ich zachowanie. Mulat nadal tkwił w konsternacji, przypominając bardziej zombie niż człowieka. Axl natomiast stał nad nim, próbując go przekonać do chociaż godzinnej drzemki. Faktycznie twarz chłopaka obrazowała jego potworne zmęczenie. Rozumiem, że chciał być blisko niej, ale nie ponad własne siły. Westchnęłam niespokojnie, czym zwróciłam uwagę Rose'a. Podszedł bliżej, delikatnie łapiąc moje ramię.

     – Od niego raczej nic nie wyciągniemy – nawiązał do mojej prośby. – A ty? Dowiedziałaś się czegoś?

   Powiedzieć im całą prawdę czy ująć to bardziej optymistycznie?

     – Tak – mruknęłam lekko zachrypniętym głosem, odchrząkając. – Ma niewydolne nerki i płuca, ale nie jest najgorzej. Będą podawać antybiotyki i ją monitorować. Jest w dobrych rękach. Ma szanse na powrót do normalnego życia. Minimalne, ale realne.

   Przełknęłam głośno ślinę. Okłamałam ich. Nie powinnam była, ale nie potrafiłam patrzeć, jak się zamartwiają. Niespodziewanie poczułam, jak Axl przyciąga mnie do siebie. Objęłam go, pozwalając, aby dał mi swego rodzaju oparcie. Jednocześnie zerknęłam na Slasha. Jego wargi drżały, aczkolwiek nie płakał. Pozostawał twardy, chociaż w środku zapewne rozpadł się na miliony kawałeczków. Cierpiał, to było pewne.

   Odsunęłam się od chłopaka, nadal zachowując niewielką przestrzeń pomiędzy nami. Czułam na policzku jego niemiarowy oddech. Niepewnie oblizałam usta. Lubiłam tę bliskość, chyba nawet za bardzo.

     – Zrobiłam wszystko, co mogłam – wyszeptałam, przejeżdżając palcem po jego obojczyku.

     – Wiem – mruknął, drżąc pod wpływem mojego dotyku.

     – Nic tu po mnie. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie. – Chyba wrócę do siebie.

     – Pojadę z tobą – zaproponował.

    Nie byłam do końca przekonana, co do jego pomysłu. Dałabym sobie radę, gorzej było ze Slashem.  Nie chciałam, żeby został z tym wszystkim sam.

     – A co z nim? – zapytałam z troską w głosie. Naprawdę się martwiłam.

     – Izzy powinien za chwilę wrócić, to z nim posiedzi.

   Wzdrygnęłam się na samą wzmiankę o nim. Chyba trochę się pogubiłam i nie za bardzo wiedziałam, czego chcę.

     – Vicky? – Wydawał się być zatroskany. – Wszystko w porządku?

     – Jasne. – Przytaknęłam głową. – Po prostu trochę się zamyśliłam.

   Uśmiechnęłam się subtelnie. Poczułam, jak delikatnie przejeżdża palcami wzdłuż mojego kręgosłupa. Przymknęłam oczy. Marzyłam o chwili odpoczynku po tak ciężkim dniu.

     – Jedziemy do ciebie? – wyszeptał kusząco niskim głosem tuż nad moim uchem.

     – Czemu nie?

   Odsunął się odrobinę, pozwalając mi na swobodne ruchy. Westchnęłam, ostatni raz spoglądając na Slasha. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

     – Idziesz? – Usłyszałam głos zza moich pleców.

czwartek, 24 listopada 2016

55. Dear sister...





   Stałam tam jak słup, z niedowierzaniem wpatrując się w jego zmęczoną twarz. Nie docierały do mnie słowa, które przed chwilą wypowiedział. Jest z nią gorzej? Dlaczego?

     – Nie rozumiem. – Pokręciłam głową, oddychając niespokojnie. – Przecież jutro miała wychodzić. Kiedy ostatnio u niej byłam, czuła się całkiem nieźle.

   Całe to zdarzenie zdawało mi się być jakimś dziwnym koszmarem, z którego nie mogłam się obudzić. Lena przedawkowała, straciła przytomność, wylądowała w szpitalu. Lekarz powiedział,  że miała dużo szczęścia i wystarczy samo oczyszczanie organizmu z toksyn. Dlaczego tak nagle jej stan się pogorszył?

     – Skarżyła się na bóle w lędźwiach – zakomunikował, łapiąc mnie za ramię. – Jeszcze w dzień wozili ją po całym szpitalu na jakieś badania. – Zrobił niewielką pauzę, pustym wzrokiem spoglądając na jezdnię. – Wieczorem przestała samodzielnie oddychać.

   Zakryłam usta wewnętrzną częścią dłoni. Czułam, jak dziwny niepokój i zmartwienie wypełniają mnie od środka. Nie potrafiłam uzmysłowić sobie jego słów. Z nią nie było źle. Było bardzo źle, a wręcz tragicznie.

   Potrzebowałam chwili, żeby jakoś dojść do siebie. W tej sytuacji przydałaby się trzeźwo myśląca osoba, a nie kolejna umartwiająca się pseudo ofiara. Musiałam pokonać swoje lęki i przestać myśleć o najgorszym. Ona nie mogła umrzeć, przecież była pod opieką fachowców.

     – Wiecie, co się konkretnie stało? – przerwałam trwającą od dłużej chwili ciszę. Mój głos wyrażał obojętność, chociaż w środku krzyczałam z rozpaczy i niedowierzania.

     – Nie – mruknął, ostrożnie przenosząc spojrzenie na moją osobę. – Dlatego kazali mi cię znaleźć. Slash zachowuje się jak posąg, a nam nic nie powiedzą. Vicky, proszę, pomóż. Ostatnio ci się udało, teraz też dasz radę.

   Westchnęłam głęboko. Byłam jej potrzebna. Dla Slasha była to okropna sytuacja. Już ostatnio wyglądał jak wrak człowieka, a co dopiero teraz. Żal mi go było. Po części starałam się go zrozumieć. Sama straciłam kogoś bliskiego, kogo bardzo kochałam.

     – Dobra. Nie marnujmy czasu. Wsiadaj. – Wskazałam na przednie siedzenie, uprzednio zabierając z niego torebkę.

     – Może ja poprowadzę? – zasugerował niepewnie, subtelnie się uśmiechając.

      – Nie – odpowiedziałam raptownie. – Jedna osoba w szpitalu zdecydowanie wystarczy.  Nie chcę, żebyś spowodował wypadek.

     – Vicky – zmarszczył czoło – przesadzasz. Może i jeżdżę szybko, ale refleks też mam. Chcesz sprawdzić?

     – Innym razem – mruknęłam, obchodząc pojazd.

     – Ale Vicky! – jęknął. – Jesteś zmęczona i...

     – Steven, do cholery jasnej, nie mamy czasu!

     – ... podenerwowana – dokończył niepewnie.

   Spojrzałam na niego, wzdychając. Miałam wyrzuty sumienia. Nie powinnam na niego krzyczeć. Kurde, to był Steven, zawsze uśmiechnięty bębniarz, który nawet muchy by nie skrzywdził.

     – Przepraszam, trochę mnie poniosło – oznajmiłam, czując gulkę w gardle. – Chyba masz rację.

     – Nie szkodzi. – Machnął ręką.

     – Wsiadaj – rzuciłam obojętnie, szukając kluczy w torebce.

     – Może jednak poprowadzę? – zapytał troskliwie.

     – Nie, dam sobie radę.

   Wsiedliśmy do środka. Wzięłam kilka głębokich wdechów, po czym przekręciłam kluczyk w stacyjce. Próbowałam zachować spokój, chociaż to wcale nie było takie łatwe. Zdarzało się, że byle co mogło mnie zdenerwować. Nie kontrolowałam tego, chociaż później miewałam wyrzuty sumienia. Teraz jednak musiałam się opanować. W tej sytuacji krzyki nie pomagały.

poniedziałek, 24 października 2016

52. All Night Long


     
 Bardzo ważne informacje pod rozdziałem. Jest także coś dla was ;)

      – Ale dlaczego? Co się stało? – pytałam, próbując uzmysłowić sobie zaistniałą sytuację.

      – Nie wiem. – Duff przejechał dłońmi po zmęczonej twarzy. – Slash nie powiedział zbyt wiele.

    Wszyscy byliśmy zdziwieni tą informacją. Nie docierało do mnie, że mogło jej się stać coś złego. Szumy w mojej głowie podpowiadały mi milion prawdopodobnych wydarzeń. Co jeśli miała wypa­dek? A może to tylko głupie zatrucie pokarmowe? Jedno było pewne, koniecznie musiałam wiedzieć, czy wszystko z nią w porządku.

      – Jedźmy tam – oznajmiłam, podnosząc się z kanapy.

      – Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknął basista. – Nie uważasz, że jest już nieco za późno na odwiedziny?

      – Nie – rzuciłam, zbierając swoje rzeczy. – Jedziecie ze mną czy mam to zrobić sama?

      – Nie powinnaś być sama w takiej sytuacji – wycedził Axl, swobodnie rozsiadając się na większej części kanapy.

      – Niby dlaczego?

      – Różnie możesz zareagować. Nie wiadomo, co jej się stało. Jeśli to coś poważnego?

      – Nie mów tak – powiedziałam z zaciśniętymi zębami.

    Nawet nie próbowałam tego dopuścić do siebie. Za wszelką cenę wmawiałam sobie, iż to nic po­ważnego. Im dłużej żyłam w swoich przekonaniach, tym byłam spokojniejsza.

      – Po prostu dopuszczam każdą możliwość. – Uniósł ręce w geście kapitulacji. – Poza tym jak bardzo chcesz, to mogę z tobą pojechać.

      – Dziękuję. – Uśmiechnęłam się niepewnie. – A ty Duff?

      – Jadę z wami. Chyba nie mógłbym znaleźć sobie miejsca – oznajmił, odstawiając pustą butelkę na stół. – Kto prowadzi? – dodał, przeszukując kieszenie.

      – Proponuję Victorię – odezwał się wokalista. – Obstawiam, że z naszej trójki to ona jest najbar­dziej trzeźwa.

      – Wypiłam dwa, może trzy drinki. Nie powinnam wsiadać za kierownicę – powiadomiłam dosyć spokojnie, krzyżując ręce na piersi.

      – Co to jest przy naszej jednej butelce – zaśmiał się basista. – To wszystko jasne. Zwijajmy się, bo nie ma co dłużej rozmyślać.

      – Dzięki, chłopcy – rzuciłam od niechcenia, zakładając na siebie beżowy prochowiec.

    Wsiadłam do samochodu, następnie włączając ogrzewanie. Było mi cholernie zimno, a w dodatku jedyne o czym marzyłam to sen. Przekręciłam kluczyk, ostrożnie wyjeżdżając z podjazdu. Czułam się niepewnie. Procenty pochodzące ze spożytego alkoholu odrobinę mąciły mi w głowie.

      – Mogłabyś przyspieszyć?! – O moje uszy obił się szorstki głos Axla. Zacisnęłam dłonie na kierow­nicy, głęboko oddychając.

      – Próbuję nas nie zabić. Jeśli chcesz, możemy się zamienić – burknęłam, przełączając radiostację. Nie lubiłam nocnych audycji, w których tak naprawdę nie puszczali żadnej sensownej muzyki.

      – Ej! – oburzył się Duff, który zajmował miejsce po mojej prawej. – Zaczynałem lubić tamtą pio­senkę.

      – Ale ja za nią nie przepadałam – odparłam oschle. – Możesz mi powiedzieć, w którym szpitalu są?

      – W tym na Clarity Street, niedaleko czwartej przecznicy.

      – Okej – mruknęłam.

  

piątek, 4 marca 2016

23. Why are you doing this to me



Zasunęłam zamek od torby i po raz ostatni rozejrzałam się po pokoju. Na przyjemnie żółtych ścianach wisiało kilka obrazów z motywem martwej natury. Podłoga wyłożona była brunatną wykładziną. Dębowe biurko stało pod oknem, z którego rozciągał się widok na dość spokojną okolicę. Przy meblu stało krzesło, wykonane z tego samego gatunku drzewa. Przy sąsiedniej ścianie stało łóżko ze stalową ramą i śnieżnobiałą pościelą, która była starannie ułożona. Podeszłam do wysokiej, dębowej szafy i wyciągnęłam z niej moje ulubione trampki. Założyłam je i opuściłam pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi na klucz.

Dwa tygodnie przeleżałam w szpitalu. Nie był to dla mnie najlepszy okres, chociaż mogłam liczyć na wsparcie przyjaciół. Codziennie odwiedzał mnie któryś z Gunsów. Od Stevena mogłam się wszystkiego dowiedzieć i pośmiać się z nim, z Duffem ciekawie rozmawia się na różne tematy. Nawet nie wiedziałam, że jest taki mądry. Slash jak przychodził, zawsze przynosił z sobą karty. Graliśmy przez chwilę, po czym to zawsze on wygrywał. Zapewne oszukiwał. Izzy z kolei niezwykle się o mnie troszczył. Kupował zdrową żywność, jakieś czasopisma. Często wracaliśmy wspomnieniami do starych czasów. Dziewczyny rzadziej przychodziły. Po prostu były bardziej zapracowane. Po pobycie w szpitalu, zostałam skierowana na leczenie do Ośrodka Leczenia Uzależnień. Tutaj już częste odwiedziny nie miały miejsca. Co niedzielę wpadał do mnie Chris i streszczał miniony tydzień. Zazwyczaj robiło mi się smutno, że nie mogę z nimi być. Cierpliwości, kiedyś opuszczę to miejsce. W sumie to zajęcia były nawet przyjemne. Każdego dnia malowaliśmy jakieś obrazy, graliśmy w gry planszowe. Popołudniami każdy miał indywidualne sesje z psychologiem. Bardzo dużo pomogły mi w walce z nałogiem. Poza tym, podawali nam jakieś leki, abyśmy nie czuli głodu.

niedziela, 28 lutego 2016

22. That was only nightmare



Obudziłam się około wieczora. Zauważyłam, że koło mojego łóżka ktoś siedzi. Zaczęłam mu się dokładniej przyglądać. Wyglądał znajomo, chociaż twarz miał schowaną w dłoniach. Axl?

  - Axl? Co ty tutaj robisz? - zapytałam zdziwiona.

Chłopak odsunął ręce i spojrzał na mnie. W jego oczach była mała iskierka. Nie przypominało to troski. Raczej niezadowolenie, wściekłość.

  - Wreszcie się obudziłaś - powiedział. Jego głos był jakiś inny, zawierał nutę złośliwości.

  - Nie powinieneś siedzieć  w areszcie? Ktoś zapłacił za ciebie kaucję?

  - To ty powinnaś tam być, nie ja.

  - O czym ty mówisz? - otworzyłam szeroko usta. Mój oddech był przyspieszony.

  - Dobrze wiesz, o czym - wstał z krzesła i zaczął chodzić po sali. - Myślałaś Edwards, że się nigdy nie dowiem, co zrobiłaś?

  - Ja nie chciałam... - po moich policzkach zaczęły spływać łzy.

  - Właśnie, że nie. Ty chciałaś to zrobić. Marzyłaś, żeby wreszcie być wolną, żeby się go pozbyć. Pytanie tylko, czy ze mną tak samo postąpisz.

Był niezwykle spokojny. Aż za nadto. Stanął przed moim łóżkiem i położył ręce na oparciu. Patrzył się prosto w moje oczy. Nie uśmiechał się. Wolał zachować kamienną twarz. Jakby nie był Rosem.

  - Oczywiście, że nie. Przecież cię kocham... - wyszlochałam. Dlaczego on mi to robi?

  - Jesteś śmieszna Edwards - zaśmiał się i podszedł bliżej. - Nie kochasz mnie, nigdy tego nie robiłaś. Odkąd poznałaś Pittmana, jesteś zauroczona jego osobą. Nie wiesz tego, ale podświadomie chcesz z nim być, tylko się boisz. Boisz się siebie, Edwards.

sobota, 27 lutego 2016

21. You're my best friend



Sen to było coś, czego potrzebowałam. Już dawno tak długo nie spałam. Przekręciłam się na drugi bok, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi.

  - Proszę - wymruczałam nie otwierając oczu.

  - Mówiłem, że będzie spała, żebyśmy przyjechali później - usłyszałam głos Duffa.

  - Nie śpię - powiedziałam jeszcze zaspanym głosem i podniosłam się, aby usiąść na łóżku.

Przetarłam oczy i ziewnęłam. Spojrzałam na moich przyjaciół. Rosie od razu usiadła na krześle, które poprzednio zajmował Chris.

  - Tak strasznie się o ciebie bałam - złapała moje ręce i zaczęła nimi potrząsać. Na jej twarzy malowała się troska.

Steven i Duff zabrali krzesła z poczekalni i postawili je koło blondynki. Ponieważ zajmowałam salę jednoosobową, moi goście nie szokowali nikogo swoim wyglądem i zachowaniem.

20. I need your help



Leżałam na tylnych siedzeniach samochodu Chrisa. Czułam się, jakby przejechał mnie tramwaj. Brunet starał się, aby jak najszybciej przetransportować mnie do szpitala. Niestety wszechobecne korki na ulicach nie ułatwiały mu tego zadania. Co chwilę z jego ust padały wulgaryzmy, które skierowane były do innych kierowców. Denerwował się, a przynajmniej to można było wywnioskować z jego zachowania.

  - Chris - wyszeptałam.

  - Tak?

  - Jestem zmęczona. Chcę mi się spać.

  - Vicky, nie zamykaj oczu. Błagam - w jego głosie słychać było przerażenie.

Starałam się nie zasypiać. Pittman nawet mi w tym pomagał. Cały czas mówił do mnie. Opowiadał jakieś historię, zadawał pytania. Co jakiś czas miałam mu odpowiadać, aby był pewny, że nie śpię. Wsłuchiwałam się w jego przyjemnie niski ton głosu. Delikatnie mnie utulał, ale ja z tym walczyłam. Za wszelką cenę nie mogłam pozwolić, aby zmęczenie wzięło górę.