poniedziałek, 13 lutego 2017

61. You shoot me down, but I won't fall





– Masz dla mnie tę książkę?

Ledwo weszłam do Hell House, a już ktoś coś ode mnie chciał. I to akurat była ta osoba, z którą najbardziej nie miałam ochoty rozmawiać.

Hope miała jakąś awarię w bloku i w jej mieszkaniu zabrakło prądu. Carter praktycznie cały czas była na linii. Bez sprawnego telefonu nie potrafiła pracować, a miała sporo spraw na głowie. Załatwiała koncerty, rozmawiała z ludźmi z wytwórni. W końcu chłopcy niedawno podpisali kontrakt. Zadomowiła się u nich, bo mieli działający telefon i, o dziwo, spory zapas całkiem niezłej kawy.

Ostatnio nasze stosunki nieznacznie się poprawiły. Nadal nie były dobre. Uczepiła się mnie, a ja nie chciałam być jej dłużna. Jednak coś w niej pękło i popatrzyła na to wszystko zgoła inaczej. Zaczęłam pracować w księgarni, planowałam skończyć studia. Widziała, że już dorastałam i jednocześnie zmieniałam swoje podejście. Nadal uważała i pochodziła do tego sceptycznie, z lekkim dystansem. Aczkolwiek zdarzało się, że rozmawiałyśmy jak normalne osoby. Dzisiaj nawet poprosiła mnie o kupienie jej jakiejś książki o prowadzeniu własnej firmy czy coś w tym rodzaju.

– Jasne – westchnęłam, poszukując owej rzeczy w torebce.

Nawet nie zdejmując ramoneski, podeszłam bliżej, uważając na puszki po piwie, które walały się po podłodze. Wcześniej zajmowały cały stolik do kawy, jednak Hope zrobiła z nimi swego rodzaju porządek. Zamiast nich na blacie rozwalała się masa papierów, kolorowe teczki i kilka grubych książek z pożółkłymi stronami, które świadczyły o stopniu użytkowania.

Dziewczyna raptownie wzięła książkę, od razu zabierając się za jej kartkowanie. Czytała pojedyncze fragmenty, aczkolwiek bardziej skupiała się na jej formie. Wydawała się być skupiona, aczkolwiek jej wyraz twarzy na nic nie wskazywał.

– Dzięki wielkie – rzuciła, posyłając mi krótkie spojrzenie. Uśmiechnęła się na moment. Pierwszy raz wykonała ten gest wobec mnie.

– Nie ma za co – odparłam niepewnie, co zabrzmiało bardziej jak pytanie.

Rozejrzałam się dookoła. Panował tutaj cholerny syf. Gorzej chyba było tylko na wysypisku śmieci. Oprócz pustych puszek i petów po pomieszczeniu walały się stosy Playboyów i jakichś ubrań. Na podłodze ktoś wylał alkohol a w powietrzu unosił się zapach tytoniu i moczu. Skrzywiłam się nieznacznie. Dziwiłam się, jak Rosie mogła tutaj wychowywać dziecko.

– Gdzie reszta? – spytałam, zakładając ręce na piersi.

Spojrzała na mnie spode łba, odrywając się na moment od pracy.

– Axl odsypia wczorajszy wypad do klubu, Izzy pojechał szukać Slasha, Duff poszedł na spacer, a Steven wyszedł spotkać się z Lily – wyrecytowała na jednym oddechu.

– A Rosie i Tommy?

Coś mi nie pasowało. Było zbyt cicho. Za cicho. Ostatnimi czasy w Hell House niemal na okrągło panował hałas i wrzawa. Jak nie grupa muzyków, która ćwiczyła nowe kawałki to płacz dziecka. Może śpią, pomyślałam.

– Rosie już tutaj nie mieszka – oznajmiła ze stoickim spokojem. – Wkurzyła się. Nie dziwię jej się. To nie są warunki dla małego dziecka – zaśmiała się ironicznie.

Miała rację. Poza tym Hooter tylko pomieszkiwała tu do czasu, aż znajdzie jakąś przytulną kawalerkę w spokojnej okolicy. Aczkolwiek jeszcze wczoraj mówiła mi, że nadal szuka. Czyżby nagle znalazła dobrą ofertę?

– Przyznali jej mieszkanie? – dociekałam.

– Nie – zaprzeczyła, przekładając jakieś papiery. – Na razie przyjęłam ją do siebie. Mam duże, dwupokojowe mieszkanie – dodała, posyłając mi długie spojrzenie.

Czułam się, jakby wbiła mi nóż w plecy. Rosie była moją przyjaciółką, nie jej. Dobrze o tym wiedziała. Zrobiła to specjalnie. A może faktycznie chciała tylko pomóc? Tego nie wiedziałam. Jednak czułam się niekomfortowo z tą informacją. Dlaczego Rosie o niczym mi nie powiedziała?

– Oferowałam jej, że przygarnę ich do siebie. Przecież mam wolny pokój, mieszkanie jest w całkiem dobrej okolicy – wymieniałam, co niespodziewanie przerwał jej perlisty śmiech.

– Daj spokój – rzuciła złośliwie. – Obie wiemy, że Rosie potrzebuje pomocy, a ja jestem w stanie jej nią zapewnić. Ty natomiast nie radzisz sobie sama z sobą. Zostałabyś z Tommym, podczas gdy Rosie byłaby w szkole? Raczej nie. Mogłabyś mu zrobić krzywdę – podsumowała.

środa, 4 stycznia 2017

60. You left me drown in the tears of memory




     – Spokojnie, nie panikujmy – westchnęłam, próbując bardziej uspokoić siebie niż ich.

   Rosie miała dosyć regularne skurcze. Oddychała głęboko, jednocześnie wydając z siebie ciche jęki. Rodziła, to było pewne.

     – Musimy jechać na porodówkę – poinformował Duff, wyciągając z kieszeni kluczyki.

   Złapałam go za nadgarstek, kurczowo zaciskając na nim palce.

     – Zawiozę was. Tak będzie lepiej – zaoferowałam.

   Nie wiedziałam, czy to będzie dobre wyjście. Po prostu nie umiałabym w spokoju wysiedzieć tutaj, podczas gdy ona byłaby w szpitalu.

   Zlustrował mnie wzrokiem, nieznacznie się uśmiechając. Zapewne podchodził do tego pomysłu sceptycznie, jednak nie było czasu na rozpatrywanie wszystkich za i przeciw.

     – No nie wiem – mruknął przeciągle, wolną ręką drapiąc się po karku.

     – Duff! – jęknęła Rosie, odruchowo łapiąc się za podbrzusze. – Szybciej!

   Z jej oczu wypływały łzy, które na policzkach mieszały się z kropelkami potu. Bolało ją. Wszyscy to wiedzieli, chociaż ona się do tego nie przyznała.

     – Dobra – westchnął. – Zgadzam się, tylko mnie puść.

   Momentalnie poluzowałam uścisk, przez co chłopak mógł uwolnić nadgarstek. Rozmasował go, następnie chowając dłoń do kieszeni jeansów.

     – Dasz radę sama wstać, czy trzeba ci pomóc? – spytałam, chociaż odpowiedź była aż nazbyt oczy­wista.

   Dziewczyna skrzywiła się nieznacznie, próbując podnieść się z kanapy. Chciała do końca pozostać samodzielna, jednak nie wszystko poszło według jej myśli. Opadła na siedzenie, nerwowo kręcąc głową.

     – Pomóż mi – mruknęłam do Duffa, który momentalnie się przy mnie znalazł.

   Podeszliśmy bliżej Rosie, ostrożnie kładąc jej ramiona na swoich barkach. Wstała, chociaż po jej wyrazie twarzy widać było, że z trudem.

     – Zostaw – rzucił do mnie McKagan. – Spróbuję wziąć ją na ręce – zasugerował.

   Posłusznie wykonałam jego polecenie. Patrzyłam, jak chłopak bierze ją na ręce i kurczowo zaciska palce na jej ciele. Bał się, że mógłby ją upuścić. Przytyła kilkanaście kilogramów, co podczas ciąży było normalne.

   Niechlujnie zarzuciłam na siebie płaszcz, szybkim krokiem podchodząc do drzwi. Otworzyłam je na oścież. W końcu Duff nie mógłby tego zrobić. Szłam za nimi, w pośpiechu zapinając posrebrzane gu­ziki od płaszcza. Przelotny deszcz padał prosto na nasze twarze, utrudniając widzenie. Otworzyłam samochód, pomagając blondynowi posadzić Rosie na tylnym siedzeniu.

     – Siadaj obok niej – poleciłam mu. – W razie czego będziesz odbierał poród.

     – Chyba żartujesz – jęknął przestraszony. Momentalnie pobladł na twarzy.

   Chciałabym, żeby to był żart. Niestety realia były diametralnie różne. Rosie w każdej chwili mogła urodzić, nawet w moim samochodzie. Oczywiście, każdy wolałby, żeby Tommy przyszedł na świat w szpitalu, otoczony fachową opieką. Jednak nic na to nie mogliśmy poradzić. Przecież nie powiedziała­bym mu poczekaj chwilę. Nie posłuchałby.

     – Słuchaj, Duff – zaczęłam dosyć spokojnie, kładąc dłoń na jego barku. Czułam, jak moje serce nie­bezpieczne szybko kołacze. Denerwowałam się jak cholera, ale on nie mógł o tym wiedzieć. Ktoś mu­siał zachować zimną krew. – Spokojnie, oddychaj. Będzie dobrze. Postaram się dojechać do szpitala na czas, ale musimy rozważyć wszystkie możliwości.

sobota, 24 grudnia 2016

Merry Christmas



   Wzięłam do ręki ciężki, stalowy długopis. Obróciłam go kilkukrotnie w palcach. Był bardzo elegancki. Spojrzałam na czystą kartkę papieru, która leżała przede mną. Co mogłabym napisać?
 
Drodzy czytelnicy...   
    
     – Hej, Vicky! Co tam porabiasz? – spytał, celowo przeciągając samogłoski.
   Podskoczyłam na krześle. Odwróciłam się za siebie, spoglądając na mojego rozmówcą. Odetchnęłam z ulgą.
     – Axl, przestraszyłeś mnie! – pisnęłam, posyłając mu wymowne spojrzenie.
   Zaglądał mi przez ramię, czytając, co takiego napisałam. W sumie to nie miał czego, tam były raptem dwa słowa.
     – Przepraszam… – mruknął z udawaną skruchą. – Ale nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
   Westchnęłam, jednocześnie przewracając oczami. Znając życie, będzie chciał pomóc.
     – Piszę życzenia świąteczne dla czytelników fanfiction o nas – odpowiedziałam, następnie zapisując kolejne słowa.
 
Drodzy czytelnicy Welcome to the Paradise City,
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, chcielibyśmy Wam życzyć…

    
     – Ooo! A ja też mogę?
   Uderzyłam głową prosto w kartkę. Skrzywiłam się nieznacznie, odczuwszy ból. Jednak miałam rację. W końcu trochę go poznałam przez te wszystkie lata.
     – Wiedziałam, że to powiesz – wycedziłam. – Siadaj i proponuj, co mam napisać.
   Uśmiechnął się szeroko, zajmując miejsce obok mnie. Standardowo śmierdział fajkami.
     – Napisz, żeby Vicky i Axl wreszcie poszli do łóżka – zaproponował.
   Spojrzałam na niego wymownie. I jeszcze czego?
     – Nie ma takiej opcji – zaakcentowałam. – Oni zapewne chcą, żebym się zakochała i znalazła swojego Romea. A nie przespała się z pierwszym lepszym gościem spod monopolowego.
     – Ej! – oburzył się. – Powiedziałem ze mną, nie ze Slashem.
   Zaśmiałam się, kręcąc głową. No tak, Hudson ostatnimi czasy spędza tam dużo czasu.
     – Usłyszałem swoje imię – powiadomił Mulat, schodząc. W ręku trzymał butelkę z Jackiem Danielsem. – Co robicie?
     – Vicky piszę życzenia świąteczne dla naszych czytelników – poinformował go Axl, szczerząc się niemal od ucha do ucha. – Chcesz dołączyć?
   Pewnie, zaprośmy pół osiedla… To ja tu jestem główną postacią, nie pani Wiesia z domu naprzeciwko.
     – Dopisz dużo Jacka Danielsa i Mr. Brownstone – zaproponował, wygodnie rozsiadając się na kanapie.
   Miałam nadzieję, że jej nie zaleje whiskey. Dopiero przed chwilą ją wyczyściłam.
     – Slash – westchnęłam przeciągle. – Większość naszych czytelniczek ma około czternaście, siedemnaście lat. Nie róbmy z nich ćpunek.
     – Usłyszałem ćpunów – wtrącił Izzy, który tak naprawdę pojawił się znikąd. – Jak coś to ja mogę załatwić towar – zaoferował, stając nade mną.
   W ręku trzymał kubek z gorącą, aromatyczną kawą. Czyżby się przestawił?
     – Dzięki, ale nie skorzystamy – odmówiłam, starając się być miła. – Piszemy życzenia świąteczne dla naszych czytelników, chcesz się dołączyć?
     – Bardzo chętnie…
     – Ej! – przerwał mu Axl. – Nas nie chciałaś, a jemu sama to proponujesz?
     – Tak – odpowiedziałam zdecydowanie. – Jego w porównaniu do was lubię. Jeszcze mnie nie zawiódł.
     – Widzisz stary – zaczął Stradlin, kładąc dłoń na barku Rose’a – mogłem się z tobą założyć.
     – Usłyszałem słowo zakład – wtrącił Duff, który wrócił do domu z siatką wypełnioną karpiami. – Jestem mistrzem wygrywania zakładów.
   Zlustrowałam go wzrokiem od góry do dołu. Wyglądał na trzeźwego.
     – Duff, czemu kupiłeś tyle ryb? – spytałam niepewnie.
     – Vicky, widzisz, ostatnio trochę czytałem o świętach. Wiedziałaś, że na przykład w Polsce jedzą karpie? Kupiłem kilka na spróbowanie – oznajmił rozentuzjazmowany.
   Kolejny raz przywaliłam głowa w stół. Chyba powoli zaczynałam wątpić w to, że zdarza im się używać mózgu.
     – Piszemy życzenia świąteczne dla fanów fanfiction o nas. Chcesz dołączyć? – zaproponował mu Rose, nawet nie pytając się o moje zdanie.
     – Jasne! Napisz, dużo smacznego karpia.
     – Skąd wiesz, że jest smaczny? – spytał Izzy.
   McKagan postawił reklamówki na podłodze, zmierzając w naszym kierunku.
     – Wszystko, co ugotuje Rosie jest smaczne – powiedział, jakby to była oczywista oczywistość.
     – Co ja? – spytała zdziwiona dziewczyna, wychodząc z kuchni.
     – Duff twierdzi, że smacznie gotujesz – rzucił Axl, próbując mi zabrać długopis.
     – Dziękuję – odparła, niemal natychmiast się czerwieniąc. – Co do życzeń, napisz stabilizacji. Każdemu się przyda.
     – Podsłuchujesz nas? – spytał zaniepokojony Slash, podciągając nogi pod klatkę piersiową. Przy okazji wylał odrobinę Danielsa. Dzięki Slash, wiedziałam, że nikt nie docenia mojej pracy.
     – Nie – zaprzeczyła, kręcąc głową. – Tylko Stevena, ale wiecie, on czasami mówi trzy po trzy – mruknęła.
   Nagle z łazienki wyszedł Steven. Wyglądał na obrażonego, co wywnioskowałam z tego, że śmiesznie marszczył czoło.
   Serio?! Teraz każdy, o którym ktoś wspomni, w cudowny sposób się pojawi?
     – Wypraszam to sobie – fuknął z niezadowoleniem. – Po prostu staram się wszystkich o wszystkim poinformować. Jestem lepszy niż BBC.
     – W Stanach mamy CBS, na przykład – wtrącił Izzy, poprawiając go.
     – Nieważne. Zawsze musisz się wymądrzać, panie wszystko wiedzący?
     – Sorry… – mruknął niepewnie, wyciągając dłoń w geście kapitulacji. – Chciałem tylko pomóc.
     – Czytałem ostatnio fanfiction. Całe od deski do deski w jeden wieczór. I wiesz co? Twoja postać zaczyna mnie irytować. Weź się Izz zdecyduj!
   Spojrzałam po wszystkich. Wyglądali na zdziwionych. Nikt nie spodziewał się, że Steven aż tak się wkurzy. Zazwyczaj był potulny jak baranek.
     – Stevie, piszemy życzenia dla czytelników. Chcesz coś dorzucić? – zaproponował rozradowany Rose. Temu to dzisiaj humoru chyba nic nie zepsuje.
     – Oczywiście – przytaknął, nieco mniej oschle. – Więcej mnie w tym dziele. Pojawiam się w zaledwie w dwudziestu dziewięciu rozdziałach!
     – Może dlatego, że nie grasz głównej roli? – zasugerowałam.
     – Vicky, twoje perypetie są nudne. Weźcie wreszcie wyznajcie sobie miłość i zróbmy happy end. A druga część będzie o mnie.
   Zachichotałam pod nosem. Wielki pan reżyser się znalazł.
     – Fajnie, Stevie. Tylko ja nie wiem, komu mam tę miłość wyznawać.
   Przewrócił oczami, siadając na skraju sofy.
     – Jak to nie wiesz?! – oburzył się. – Już po drugim rozdziale czytelnik mógł to ogarnąć, a ty potrzebujesz aż kilkadziesiąt?!
   Westchnął, rozkładając ręce.
     – Kobieta zmienna jest – wtrąciła melodyjnym głosem Rosie. – A tobie Adler co jest? Dziewczyna cię rzuciła?
     – Jeszcze nie, a przynajmniej o tym jeszcze nie napisała – mruknął już spokojnym głosem. – Po prostu ja to bym inaczej rozegrał.
     – Tak, wiemy, że zrobiłbyś z siebie głównego bohatera – westchnął znudzony Axl. – Możemy już napisać te życzenia? Suszy mnie – jęknął.
   Przewróciłam oczami. Naprawdę udało mi się wytrzymać z nimi aż tyle?
     – Dobra, zróbmy to – oznajmiłam ze zmęczeniem. – Każdy niech poda jeszcze po jednej propozycji, a ja jakoś to ubiorę w słowa.
     – Drugiej części z większą ilością mnie! – zawołał Steven, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
     – Ciepłych, rodzinnych świąt – zaproponowała Rosie, uśmiechając się nieznacznie.
     – Szampańskie sylwestra z dużą ilością wódki – oznajmił rozradowany Duff.
     – Mniej dramatycznych sytuacji i więcej uśmiechu – zasugerował Izzy, spoglądając na mnie.
     – Więcej kłótni ze mną! – zawołał Axl, chociaż siedział tuż obok mnie. – Kocham je później czytać.
     – Krótszej żałoby – westchnął Slash. – Wiem, że wypada, ale wiesz ona umarła tylko w fanfiction. Zaraz lecę się z nią spotkać w Rainbow. Nie ma to jak pić wódkę z domniemanym trupem.
   Prychnęłam pod nosem, chwytając długopis, który wcześniej odłożyłam na blat.
     – A ty czego im i nam życzysz? – dociekał Steven.
     – Dużej ilości przygód – westchnęłam, zabierając się za pisanie.

Drodzy czytelnicy Welcome to the Paradise City,
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, chcielibyśmy Wam życzyć wesołych, ciepłych chwil spędzonych w rodzinnym gronie. Smacznego karpia takiego, jakiego przyrządziłaby Rosie. Szampańskiego sylwestra z umiarkowaną ilością alkoholu. Jacka Danielsa i pod żadnym pozorem nie heroiny. Więcej kłótni moich i Axla oraz żebym broń Boże nie przespała się z nim. Zdecydowania i więcej Stevena. Dużej ilości przygód, tych mniej dramatycznych. Uśmiechu na twarzy oraz drugiej części (nie, Steven nie zostaniesz głównym bohaterem. Ally jak już na pewno ma inną koncepcję). Stabilizacji, bo jest ona potrzebna wszystkim. Krótszej żałoby dla Slasha, bo Lena umarła tylko w fanfiction. Spełnienia marzeń, ponieważ to one są ważne, jak nie najważniejsze w naszym życiu.
 

Życzą
Victoria, Rosie, Gunsi oraz natchniona autorka Ally

niedziela, 18 grudnia 2016

59. Please tell me now it's not the end





   Drobne krople deszczu spadały z nieba, niemalże bezdźwięcznie opadając na suche podłoże. To nie była ulewa, a raczej mżawka. Ogólnie matka natura wybrała sobie najgorszy dzień na zmianę pogody. Dotychczas świeciło słońce, które dawało przyjemne uczucie ciepła na policzkach. W następne dni też tak miało być. Tylko dzisiaj wszystko musiało się popsuć...

   Włożyłam ręce do kieszeni, odczuwszy chłód w tej części ciała. Oparłam się ramieniem o Axla, starając się zachować równowagę. Z wierzchu wydawałam się być twardym kamieniem, który kompletnie niczym się nie przejmuje. Sprawiałam wrażenie obojętnej, jakby cała ta sytuacja w ogóle mnie nie obchodziła. Jednak po odkryciu tych wszystkich warstw zostawała jedynie cienka powłoczka. Cierpiałam i nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Zbyt wiele się wydarzyło, z czym nie koniecznie mogłam się oswoić.

     – Lena była niezwykłą osobą – zaczął swoje kazanie pastor. Jego głos wydawał się być lekko zachrypiały.

   Poczułam, jakby przez moje ciało przeszły dziwne dreszcze. Nie umiałam mówić o niej w czasie przeszłym. Jeszcze do mnie nie docierało, że to już jest koniec. Nigdy więcej nie pójdę z nią na zakupy, nie obgadamy chłopaków, nie poimprezujemy i nie zestarzejemy się z klasą, bo ona już nie żyła.

   Jej śmierć była ogromnym ciosem dla nas wszystkich, a w szczególności dla Slasha. Izolował się. Wychodził nie wiadomo gdzie, a potem wracał dosyć późno ledwo trzymając się na nogach. Za każdym razem, kiedy patrzyłam na niego, odczuwałam niewielki ucisk na sercu. Nie zasługiwał na to. W dodatku teraz, na jej pogrzebie, staliśmy z tyłu, chociaż tak naprawdę byliśmy dla niej jak najbliższa rodzina. Niestety inaczej myśleli jej rodzice. Nie życzyli sobie naszej obecności podczas ostatniej drogi ich córki. Z trudem udało się Hope przekonać ich, żeby zmienili zdanie. Pierwotnie chcieli sprowadzić jej ciało do Londynu, aby tam je pochować. Jednak ten pomysł jeszcze szybciej upadł.

   Musieliśmy powiadomić ich o tej sytuacji. O ile wcześniej można było przymknąć oko na ukrywanie faktu o krytycznym stanie ich córki, tak teraz nie wypadało nam zataić wiadomości o jej śmierci. Hope do nich zadzwoniła. Ogólnie zdecydowaliśmy, żeby to Carter kontaktowała się z państwem Fiodorow. Zazwyczaj odbierano ją pozytywnie. Była menadżerem, kimś na stanowisku. A nie tak jak my, grupą ćpunów, na których prawie każdy patrzył z pogardą. Nawet rodzice Leny. Z początku obwiniali nas o jej śmierć. Twierdzili, że to przez nas ich jedyna córka zeszła na złą drogę. Później trochę ucichli, aczkolwiek podejrzewałam, iż do końca życia nam tego nie wybaczą.

     – Pogodna, zawsze uśmiechnięta – kontynuował, wywołując melancholijny nastrój. – Rzadko kiedy mówiła o swoich problemach – westchnął, spoglądając na panią Fiodorow, która niemal drżała, nie mogąc powstrzymać płaczu. – Już jako dziecko próbowała radzić sobie ze wszystkim sama. Była najlepszą uczennicą, wspaniałą córką. Chciała zostać ekonomistką. Skończyła wymagające studia na jednym z lepszych uniwersytetów w Anglii. Miała przed sobą całe życie. – Zrobił niewielką pauzę, oddychając głęboko. Próbował wyrazić to w sposób emocjonalny, jak najbardziej wiarygodny. – Jednak wybrała niewłaściwą drogę. Jak każdy z nas miała prawo do błędu. I popełniła go, może nie do końca świadomie. Lena chciała żyć. Pomimo kłopotów zawsze chodziła uśmiechnięta. Tryskało z niej szczęście. Tylko później ta świeczka, którą była, powoli zaczęła gasnąć. Pogrążała się w nałogu, jej problemy narastały. Próbowano jej pomóc, miała wsparcie. Do końca walczono o nią. Lena przegrała walkę o swoje zdrowie, ale nie o życie. Może teraz patrzy na nas z góry, radując się z chwały Pana. Pomódlmy się za jej duszę.

   Po moim policzku spłynęły gorące łzy. Nawet nie próbowałam ich wycierać. Tęskniłam za nią i to bardzo. Dopiero teraz w pełni uświadomiłam sobie, że już nigdy jej nie zobaczę. Axl objął mnie ramieniem, subtelnie muskając wargami moje czoło. Nie protestowałam. Potrzebowałam czyjeś bliskość, nawet jeśli pochodziła ona od Rose'a. Nie potrafiłam poradzić sobie z sobą samą.

niedziela, 11 grudnia 2016

58. Nothing is more sad tan the death of an illusion





     – Mogłabyś mi podać ten złoty naszyjnik, który leży na biurku? – poprosiłam Joy.

   Krzątałyśmy się po moim mieszkaniu, panikując, że nie starczy nam czasu. Miałyśmy zaledwie godzinę na wyszykowanie się i dotarcie do klubu. Niemalże od rana cieszyłam się jak dziecko na samą myśl o dzisiejszym koncercie. Nawet wzięłam urlop w pracy, zważywszy na to, że kończyłam ją dopiero o osiemnastej.

   Od dwóch dni dorabiałam sobie w niewielkiej księgarni Les Livres znajdującej się na Pickford Street. Czerpałam z niej ogromną satysfakcję, przez co o wiele łatwiej wstawałam rano. Już jako dziecko uwielbiałam godzinami czytać różnorakie lektury. Teraz po latach po części mogłam do tego wrócić. Jeśli był mniejszy ruch, chętnie siadała w kącie lady i nadrabiałam zaległości z Szekspira, Austen czy Carrolla. To właśnie poprzez Les Livres poznałam Joylene, która zdecydowała się pójść ze mną na koncert Toxic Bliss. Dziewczyna pracowała w pobliskiej kawiarni, w której niemal nałogowo kupowałam waniliowe latte. Wczoraj przyszła do księgarni kupić mamie prezent na urodziny. Dużo rozmawiałyśmy, przez co obie doszłyśmy do wniosku, iż mamy wiele wspólnego. Może nawet w przyszłości się zaprzyjaźnimy?

   Dokładnie czesałam dopiero co wysuszone włosy, próbując pozbyć się znikomych kołtunów. Joy siedziała przy kasztanowym biurku, malując powieki grafitowym, brokatowym cieniem, który idealnie komponował się z jej seledynowymi włosami specjalnie na tę okazję ułożonymi w fale. Niechętnie zrobiła przerwę, podając mi upragniony przedmiot.

     – Dzięki – rzuciłam, uśmiechając się subtelnie.

   Ubrałam naszyjnik, wyciągając go na czarny top. Przeglądnęłam się kilkukrotnie w lustrze, sprawdzając czy wszystko jest okej.

     – Co? – spytała, zwracając tym moją uwagę. – Będzie tam jakiś twój Romeo? – zachichotała, próbując dłonią stłamsić śmiech.

   Uśmiechnęłam się nieśmiało pod nosem. Może tak, a może nie.

     – No coś ty! – zaprzeczyłam, machając dłonią. – Mówiłam ci, że mam narzeczonego.

   Podeszłam pod biurko, stając za moją towarzyszką, która wygodnie rozsiadła się na pufie. Nie miałyśmy dużo czasu, toteż postawiłam na niewielki makijaż. Zabrałam tusz, starając się dokładnie pomalować rzęsy. Nachyliłam się, próbując uzyskać dostęp chociażby do skrawka lusterka.

     – Kurde – mruknęła, przenosząc wzrok na swój strój – sądzisz, że sukienka to na pewno dobry pomysł?

     – Idealny – wybełkotałam, starając się zbytnio nie ruszać twarzą.

     – No nie wiem – wycedziła, próbując przeglądnąć się w lustrze. – Ty idziesz w spodniach. Może ja też powinnam się przebrać.

   Pokręciłam głową, odkładając kosmetyk na blat. Kątem oka zerknęłam na jeansowe rurki z dziurami i przetarciami, które okrywały moje nogi. Były jedną ze zdobyczy, które kupiłam na zakupach z Lenką. Aż się łezka w oku kręciła na samo wspomnienie.

     – Joy – westchnęłam, wybierając odcień szminki – ale ja mam okres, podczas którego nie czuję się komfortowo w sukienkach czy spódnicach.

   On akurat wiedział, kiedy się pojawić. Dzięki niemu miałam wymówkę przed Eddy'em, żeby zrobić sobie wolne. Mój szef zawsze hojnie je rozdawał, jeśli któraś dziewczyna miała okres. Wolał uniknąć klientów skarżących się na niedogodne warunki.

     – Może masz rację... – mruknęła, zakładając długie srebrne kolczyki w kształcie piór.

     – Coś się stało? –  zapytałam, kończąc malować usta pomadką w odcieniu wiśni. – Jakaś taka niezdecydowana jesteś.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

57. I don't know what I want, so don't ask me




   Spacerowałam wzdłuż Venice, nasłuchując śpiewu ptaków i dźwięku fal obijających się o brzeg. Rozmyślałam przy tym, wykorzystując czas, podczas którego czekałam na niego. Promienie słoneczne przyjemnie ogrzewały moją twarz. Mrużyłam oczy, ponieważ zapomniałam zabrać ze sobą okularów przeciwsłonecznych.

   Usiadłam na cieplutkim piasku, z dala od osób, które zdecydowały się na poranny jogging. Nerwowo obgryzałam skórki wokół paznokci. Musiałam wreszcie coś zmienić. Nie mogłam dalej tak żyć. Ostatnia rozmowa z Axlem dosadnie dała mi do zrozumienia, że muszę wreszcie pomyśleć o sobie.

     – Hej, siostra. Długo już czekasz? – Z letargu wyrwał mnie zasapany głos Xaviera.

   Stał nade mną, próbując wyrównać oddech. Miał na sobie strój do joggingu, z czego wywnioskowałam, że zdecydował się na poranne bieganie.

     – Nie. – Wstałam, otrzepując się z piasku. Ucałował mnie w policzek na przywitanie. – Przejdziemy się? – zaproponowałam, kładąc na czole chłodną dłoń.

   Pokiwał głową, powoli podążając w kierunku drugiego końca plaży. Szłam obok niego, bawiąc się palcami, co zwykłam robić, kiedy się denerwowałam. Tak jakoś ta czynność pozwalała mi choć trochę rozładować emocje, no i zająć czymś ręce.

     – Chciałaś się spotkać. Coś się stało? –  spytał z zaciekawieniem.

     – Dużo ostatnio myślałam – zaczęłam niepewnie. – Szczególnie o tym, co mówiłeś. Powinniśmy jej pomóc.

   Wyglądał na zdziwionego. Zapewne nie spodziewał się, że tak szybko zmienię zdanie. Westchnął, przejeżdżając palcami po brodzie.

     – Nie sądziłem, że się zgodzisz. To miłe z twojej strony. – Uśmiechnął się subtelnie. – Masz już jakiś konkretny plan?

   Schowałam ręce do kieszeni w bluzie. Powoli zaczynało się robić ciepło, aczkolwiek mi było zimno. Przez większą część nocy pracowałam. Później spałam może ze dwie, trzy godziny? Nie mogłam zasnąć. Wierciłam się na łóżku, w kółko rozmyślając o jednym. Rano nawet nie wypiłam kawy. Stwierdziłam, że świeże, morskie powietrze mi wystarczy.

     – Zabiorę ją do siebie – powiadomiłam, tym samym zgadzając się na jego wcześniejszą propozycję. – Spróbuję jakoś dać jej wsparcie. Już nawet wysłałam list.

   Uśmiechnęłam się niepewnie. Planowanie tego wszystkiego dawało mi swoistą motywację do działania. Lubiłam mieć dużo na głowie, chociaż niejednokrotnie mnie to przerastało.

     – To super – oznajmił z przygaszonym entuzjazmem. – Tylko co z tobą? – spytał z nutką troski pomieszanej z podenerwowaniem.  Zatrzymał się przede mną, dokładnie lustrując moją zmęczoną, poszarzałą twarz. – Dasz sobie z nią radę?

   Dlaczego nie? Przecież  to tylko trochę pogubiona małolata, nie?

     – Raczej tak – odparłam bez przekonania. – Oj, Xav, będzie dobrze.  – jęknęłam przeciągliwe. –Kiedyś wreszcie muszę wyjść na prostą.

   Obrócił się bez słowa, robiąc kilka kroków w przód. Skupił wzrok na szubkach swoich butów, jakby próbował zebrać myśli. Przewróciłam oczy, starając się go dogodzić. Nie było to trudne zważywszy na jego ślimacze tempo.

     – Vicky, martwię się o ciebie – mruknął. Zerknął na mnie z troską. Jego oczy świeciły się niczym diamenty. Zrobiło mi się tak trochę ciepło na sercu. Nie słyszałam tego zbyt często. – Nie wyglądasz najlepiej, twoja praca też nie jest dobra. Przepraszam, że ci to wypominam, ale po prostu się troszczę. Nie chcę, żeby moja malutka siostrzyczka zmarnowała sobie życie – dodał, obejmując ramiona i wzdychając przeciągle.

   Pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach. Otarłam je szybko rękawem. Miałam być silna, przynajmniej tak sobie założyłam. Chyba nie potrafiłam. Pierwszy raz od bardzo dawna to ktoś interesował się mną, a nie ja nim.

     – Dziękuję – mruknęłam lekko drżącym głosem.

     – Chyba nie rozumiem... – Uśmiechnął się niewyraźnie. – Mówię o twoich wadach. Raczej nie powinnaś być zadowolona z tego – dorzucił, marszcząc czoło.

     – Wiem, ale... – Mój głos był przerywany. Próbowałam powstrzymać płacz, ale nie potrafiłam. Podchodziłam do tego zbyt emocjonalnie, wkładając w to całą siebie. – Mało kto robi to ze względu, że się martwi. Zazwyczaj obchodzę tylko tych, którzy mogą ze mnie czerpać korzyści.

   Nie potrafiłam zapomnieć słów Axla. One nadal siedziały we mnie tam głęboko i raniły. Jednak miały też swoją pozytywną stronę. Uświadomiły mi pewne rzeczy i zmusiły do podjęcia zmian. Nie mogłam już tak dłużej funkcjonować i zatruwać swojego życia. Potrzebowałam nie tyle stabilizacji, co codziennej rutyny, która narzuciłaby mi tok działania typowy dla statystycznego człowieka. Chciałam się realizować, a nie wiecznie imprezować i uprawiać seks w obskurnej klubowej toalecie z przypadkowymi mężczyznami.

   Chłopak objął mnie i przytulił do swojego torsu. Oparłam głowę na jego obojczyku, czując swego rodzaju bezpieczeństwo. Jego bicie serce uspokajało mnie. Pomimo unoszącej się woni potu, wyczułam zmysłowe męskie perfumy. Były inne niż te, których używali chłopcy. Pachniały jak te z wyższej półki, które kobiety co roku kupowały swoim mężom pod choinkę.

     – Ej, czy to nie jest ten gitarzysta z Toxic Bliss?

sobota, 3 grudnia 2016

56. Fall to pieces




   Schowałam list do torebki, następnie ocierając dłonią wilgotne policzki. Musiałam się ogarnąć, wstać i wreszcie powiedzieć im prawdę.

   Niepewnym krokiem podążyłam w kierunku przyjaciół. Układałam sobie w głowie scenariusz tego, co im powiem. Nie było to łatwe zadanie. Slash już był przygnębiony. Wiadomość o umierającej ukochanej stanowiłaby dla niego kolejny cios. Martwiłam się o niego. Już wystarczająco dużo przeżył podczas jej pobytu w szpitalu.

   Oparłam się o kant ściany, obserwując ich zachowanie. Mulat nadal tkwił w konsternacji, przypominając bardziej zombie niż człowieka. Axl natomiast stał nad nim, próbując go przekonać do chociaż godzinnej drzemki. Faktycznie twarz chłopaka obrazowała jego potworne zmęczenie. Rozumiem, że chciał być blisko niej, ale nie ponad własne siły. Westchnęłam niespokojnie, czym zwróciłam uwagę Rose'a. Podszedł bliżej, delikatnie łapiąc moje ramię.

     – Od niego raczej nic nie wyciągniemy – nawiązał do mojej prośby. – A ty? Dowiedziałaś się czegoś?

   Powiedzieć im całą prawdę czy ująć to bardziej optymistycznie?

     – Tak – mruknęłam lekko zachrypniętym głosem, odchrząkając. – Ma niewydolne nerki i płuca, ale nie jest najgorzej. Będą podawać antybiotyki i ją monitorować. Jest w dobrych rękach. Ma szanse na powrót do normalnego życia. Minimalne, ale realne.

   Przełknęłam głośno ślinę. Okłamałam ich. Nie powinnam była, ale nie potrafiłam patrzeć, jak się zamartwiają. Niespodziewanie poczułam, jak Axl przyciąga mnie do siebie. Objęłam go, pozwalając, aby dał mi swego rodzaju oparcie. Jednocześnie zerknęłam na Slasha. Jego wargi drżały, aczkolwiek nie płakał. Pozostawał twardy, chociaż w środku zapewne rozpadł się na miliony kawałeczków. Cierpiał, to było pewne.

   Odsunęłam się od chłopaka, nadal zachowując niewielką przestrzeń pomiędzy nami. Czułam na policzku jego niemiarowy oddech. Niepewnie oblizałam usta. Lubiłam tę bliskość, chyba nawet za bardzo.

     – Zrobiłam wszystko, co mogłam – wyszeptałam, przejeżdżając palcem po jego obojczyku.

     – Wiem – mruknął, drżąc pod wpływem mojego dotyku.

     – Nic tu po mnie. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie. – Chyba wrócę do siebie.

     – Pojadę z tobą – zaproponował.

    Nie byłam do końca przekonana, co do jego pomysłu. Dałabym sobie radę, gorzej było ze Slashem.  Nie chciałam, żeby został z tym wszystkim sam.

     – A co z nim? – zapytałam z troską w głosie. Naprawdę się martwiłam.

     – Izzy powinien za chwilę wrócić, to z nim posiedzi.

   Wzdrygnęłam się na samą wzmiankę o nim. Chyba trochę się pogubiłam i nie za bardzo wiedziałam, czego chcę.

     – Vicky? – Wydawał się być zatroskany. – Wszystko w porządku?

     – Jasne. – Przytaknęłam głową. – Po prostu trochę się zamyśliłam.

   Uśmiechnęłam się subtelnie. Poczułam, jak delikatnie przejeżdża palcami wzdłuż mojego kręgosłupa. Przymknęłam oczy. Marzyłam o chwili odpoczynku po tak ciężkim dniu.

     – Jedziemy do ciebie? – wyszeptał kusząco niskim głosem tuż nad moim uchem.

     – Czemu nie?

   Odsunął się odrobinę, pozwalając mi na swobodne ruchy. Westchnęłam, ostatni raz spoglądając na Slasha. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

     – Idziesz? – Usłyszałam głos zza moich pleców.