– Wychodzę! –
zawołałam, zarzucając na siebie brunatne futro.
Było okropne i wyglądałam w nim
jak jakaś hrabina, która widzi wyłącznie czubek własnego nosa. Jednak Eddiemu
się podobało. W końcu to on je kupił i nakazał, abym tego wieczoru je założyła.
Odpowiedziała mi milczeniem.
Siedziała u siebie w pokoju. Jest zbyt
zajęta, pomyślałam. Przełożyłam klucz w drzwiach, następnie przekręcając go.
Zjechałam windą, szukając w torebce papierosów. Potrzebowałam dawki nikotyny na
odstresowanie. Co prawda miałam w zapasie coś mocniejszego, aczkolwiek wolałam
to zostawić na później.
Szybkim krokiem opuściłam
budynek, trzaskając potężnymi, szklanymi drzwiami. Zaczerpnęłam świeżego
powietrza, przymykając powieki. Tego potrzebowałam – chwili wytchnienia. Włożyłam
do ust mentolowego papierosa, następnie go odpalając. Zaciągnęłam się
tytoniowym dymem, powoli go wypuszczając. Miałam wrażenie, że im dłużej jest we
mnie, tym lżejsza się staję. Drżącą ręką strzepnęłam popiół. Nie dało się nie
zauważyć, że pierwszy raz od dawna dopadł mnie stres. Ostatnimi czasy miałam
małą przerwę, przez co nieznacznie się odzwyczaiłam. Westchnęłam, obracając się
na pięcie. Dostrzegłam grupkę młodych chłopaków, którzy śmiali się, wytykając
mnie palcami. Domyślali się, kim byłam? A może znali prawdę? Przygryzłam wargę,
odwracając od nich wzrok. Może wcale nie
chodziło im o mnie, pomyślałam, uśmiechając się niewyraźnie.
Zmrużyłam oczy, zauważając
oślepiające światło reflektorów. Dopaliłam papierosa, wyrzucając niedopałek.
Samochód podjechał bliżej, zatrzymując się na wolnym miejscu. Nie wyłączając
silnika, odsunął do połowy szybę. Otworzyłam szerzej oczy, mrugając nimi. Znowu
ogarnęła mnie spowijająca miasto ciemność. Mężczyzna wychylił się, posyłając mi
zawadiacki uśmiech. Poczułam, jak rośnie we mnie obrzydzenie.
– Victoria –
wzdrygnęłam się, usłyszawszy swoje imię padające z jego ust – wsiadaj –
zaproponował, zachęcająco machając ręką.
Doskonale wiedziałam, że był to
raczej rozkaz niż sugestia. Znałam Eddiego nie od dziś. Nie znosił sprzeciwów.
Wszystko musiało odbywać się według jego planu.
Czułam, jakbym miała nogi z waty.
Wykonanie tych kilku kroków wydawało się najtrudniejszą czynnością tego
wieczoru. A to był dopiero początek.
Wsiadłam do pojazdu, niemal
natychmiast zapinając pasy. Do moich nozdrzy dotarł przyjemny zapach piżmowych
perfum. Zadbał o każdy detal.
– Masz jakieś
konkretne życzenia? – spytał, szukając odpowiedniej stacji radiowej.
Zaplotłam palce, nerwowo nimi
poruszając.
– Nie –
niemalże wyszeptałam, odruchowo kręcąc głową.
Uśmiechnął się triumfalnie.
Widział, jak reaguję na jego towarzystwo. Górował nade mną, co niezmiernie go
satysfakcjonowało.
Włączył jakąś płytę z muzyką
klasyczną, następnie odjeżdżając z parkingu, w którym staliśmy. Zerknęłam na
niego kątem oka, z trudem przełykając ślinę. W niektórych miejscach na jego
głowie można było wyodrębnić skupiska siwych włosów. Również niewielkie
zmarszczki, pokrywające jego twarz, wydawały się pogłębić.
– Podoba ci
się sukienka? – zagadał, nie spuszczając wzroku z jezdni.
– Jasne –
przytaknęłam niepewnie, rozprasowując na udach skrawek jasnoróżowego materiału.
Nie cierpiałam tego koloru,
chociaż krój sukienki był całkiem niezły. Aczkolwiek nie mogłam mu o tym
powiedzieć. Jego reakcja była nieprzewidywalna.
– Cieszę się –
oznajmił, subtelnie unosząc kącik ust. – Pasuje ci do oczu – dodał.
Zarumieniłam się nieznacznie.
Chyba nadal nie przyzwyczaiłam się do komplementów, które w sumie rzadko
dostawałam. Westchnęłam niespokojnie, przenosząc swój wzrok na mijane ulice.
Nie wiedziałam, czy mówił prawdę. Jak na razie próbował stworzyć wokół siebie
otoczkę czułego, wręcz idealnego faceta. Potrafił doskonale maskować swoją
naturę mężczyzny, który przedmiotowo traktował kobiety.
Reszta drogi minęła nam w
podobnej atmosferze. On zadawał jakieś pytania, na które ja zdawkowo
odpowiadałam. Jak do tej pory nie skomentował mojego niecodziennego zachowania.
Wyłączył Sonatę księżycową Beethovena,
parkując w wyznaczonym miejscu. Znaleźliśmy się pod budynkiem jednej z
prestiżowych restauracji w tym mieście. Podobno odwiedzała ją już śmietanka
towarzyska amerykańskiego kina lat dwudziestych.






