czwartek, 21 kwietnia 2016

35. Surely and I'm Mickey Mouse



Siedziałam przy barze w jednym z klubów, który znajdował się na Sunset Strip i popijałam whisky z colą. Przy okazji mogłam posłuchać Gunsów, którzy akurat mieli próbę dźwięku przed dzisiejszym koncertem. No tak, gdyby nie oni, zapewne udawałabym, że robię coś pożytecznego.
Właśnie byli w połowie Welcome to the Jungle. Swoją drogą, słyszałam już ten utwór tyle razy, że praktycznie znałam go na pamięć. Rose kończył śpiewać swoje partie, a Slash zaczął przechodzić do solówki, kiedy nagle wokalista dał sygnał, aby zespół przestał grać.
  
   – O co chodzi? – zapytał zdziwiony Mulat.
  
   – Coś mi tu nie pasuje – oznajmił rudowłosy i przejechał kciukiem po podbródku. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał.
   – Stary, zacznijmy od początku, a najwyżej w trakcie coś się zmieni – zaproponował rytmiczny.
   – Dobry pomysł – odparł wokalista, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
   – Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęłam z sarkazmem – ale długo mam jeszcze tutaj siedzieć?!
Byłam już lekko zmęczona i poddenerwowana. Chciałam tylko z nimi porozmawiać, a oni stwierdzili, że przy okazji wezmą mnie ze sobą na próbę dźwięku, żebym mogła ich posłuchać. Jakbym nigdy wcześniej tego nie robiła...
   – Kotku – zaczął basista – nawet gdybyś chciała sobie pójść, to żaden z nas nie może ci towarzyszyć. Wybacz, ale pracujemy.
Przewróciłam oczami. Nie jestem dzieckiem i nie trzeba mnie niańczyć.
   – Dam sobie radę sama.
   – Skarbie, my się po prostu o ciebie martwimy – McKagan zrobił maślane oczka.
Ach, ta ich troska. Normalnie mieli jej tyle, że mogliby nią obdarować cały świat. Tak, a ja jestem prima baleriną.
   – Jakoś całymi dniami mnie nie pilnujecie. Gdybym chciała od was uciec, to już dawno wyjechałabym do Sacramento – powiedziałam oburzona i wyrzuciłam ręce w powietrze.
W sumie to nie byłby głupi pomysł. Od niedawna mogłam się cieszyć prawem jazdy, więc wystarczyłoby tylko pożyczyć samochód od Chrisa. Niestety, nawet gdybym wyjechała z Los Angeles, to i tak prędzej czy później wylądowałabym na ulicy. Bez skończonej szkoły nie miałam szans na dostanie dobrze płatnej pracy. Chcąc, nie chcąc zostanie z chłopakami nie było najgorszym pomysłem, chociaż czasami miałam ich dosyć.

niedziela, 17 kwietnia 2016

34. Apparently I'm an exeption



Całe popołudnie spędziłam na chodzeniu po sklepach z Leną. Czarnowłosa poszukiwała jakichś ubrań dla siebie, natomiast ja robiłam za jej doradcę. Obeszłyśmy chyba całą galerię, zanim zdecydowała się, że jednak kupi tę koszulę, którą widziała w pierwszym sklepie. Oczywiście ja nic na tym nie skorzystałam, ponieważ zaraz po tym, jak wyszłyśmy z pustymi rękami z bodajże trzeciego stoiska, odechciało mi się zakupów.
Po około dwóch godzinach bezcelowego chodzenia po galerii, postanowiłyśmy pójść na kawę. W tym celu udałyśmy się do McDonalda, gdzie zamówiłyśmy latte, po czym zajęłyśmy ostatnie wolne miejsce.
  
– Podobno chciałaś mi o czymś opowiedzieć  – zaczęłam rozmowę.
   
 – No tak. Znalazłam nowego dilera. Ma dobry towar w ekstra cenie  – powiedziała podekscytowana, po czym wzięła łyka kawy.

  – A nie pomyślałaś, żeby pójść na odwyk?

Zaśmiała się. Czyżby moje słowa nic dla niej nie znaczyły?

  – Tylko po co, skoro wszystko jest w porządku? Vicky, to miłe, że troszczysz się o mnie, ale świetnie daje sobie radę. Umiem nad tym panować.
  
  – Też tak mówiłam. Lena, to świństwo kontroluje całe twoje życie  – próbowałam wjechać jej na ambicje.

  – Najwidoczniej ja jestem wyjątkiem  – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.  – Wyluzuj, bo za bardzo przypominasz mi moją matkę.

Przewróciłam oczami i upiłam łyka kawy. Dlaczego ona nie myśli racjonalnie? Poprawiłam włosy i uważnie się jej przyjrzałam. Jej spojrzenie było mętne, a policzki zapadnięte. Narkotyki powoli wyniszczały ją od środka, ale dziewczyna nic sobie z tego nie robiła. Cieszyła się życiem i wmawiała wszystkim, że kontroluje swój nałóg. Oby to się tylko źle nie skończyło.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

33. Look! There are ducks!



Bardzo ważna informacja pod rozdziałem


Obudziłam się dosyć późno. Nadal leżałam na łóżku Axla i miałam na sobie tę skąpą sukienkę od nich. Kątem oka zobaczyłam Rose'a, który siedział naprzeciwko mnie i bacznie mi się przyglądał. Posłałam mu delikatny uśmiech i już chciałam do niego dołączyć, kiedy nagle poczułam, że coś mnie trzyma. Zaraz, zaraz. Dlaczego on mnie przykuł do łóżka?!

  - Możesz mi wyjaśnić po jakiego chuja ci te kajdanki?! - wskazałam wolną ręką na moją dłoń, która za pomocą metalowego przyrządu z czerwonym futerkiem w okolicach mojego nadgarstka była przykuta do ramy.

  - Misiaczku, to tak dla pewności - próbował mi spokojnie wytłumaczyć.

  - Przecież i tak bym wam nie uciekła! Pilnujecie mnie jak jakiegoś skarbu!

  - Kotku, może jesteś dla nas cenna.

  - Pieprz się, Rose! Potraficie myśleć tylko o pieniądzach!

  - Pan Rose. Po drugie, uspokój się, bo nie mamy zamiaru znosić twoich humorków - powiedział już nieco bardziej oschle.

  - Nienawidzę was! A w szczególności tego farbowanego blondynka, który sobie myśli, że może wszystko - warknęłam, próbując wstać, ale to nie poskutkowało. W końcu nadal pozostawałam przykuta do łóżka.

  - Duffa trochę poniosło, wybacz mu.

  - Nie mam zamiaru - syknęłam i popatrzyłam na niego z pogardą.

  - Mogłabyś być troszkę milsza. Wszystkim byłoby łatwiej - dodał niezadowolony. - A teraz ruszaj ten swój zgrabny tyłeczek na śniadanie. W końcu nie jesteśmy potworami i damy ci zjeść.

  - Jak?! Nie pamiętasz idioto, że przykułeś mnie do łóżka?! - wykrzyczałam. Już miałam dość tej całej szopki. Pozwalają sobie na zbyt wiele.

środa, 30 marca 2016

32. I also have some feelings



- Duff, co się stało? - zapytałam troskliwie.

Chłopak odwrócił się w moją stronę, dzięki czemu mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Nie wyglądał dobrze, a na jego twarzy malowało się niezadowolenie. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego.

- Czy człowiek nie może już w spokoju napić się wódki we własnej kuchni?! - wykrzyczał.

- Chcę tylko porozmawiać - starałam się zachować spokój.

Blondyn opróżnił szklankę, po czym ponownie ją napełnił. To było normalne, że topił smutki w alkoholu. W sumie to on nawet nie potrzebował pretekstu, żeby się napić.

- To nie jest twoja sprawa - odparł, podkreślając każde słowo.

- Nie wiem, co się miedzy wami wydarzyło, ale wiem jedno. Duff, pod tą całą warstwą brutalności kryje się troskliwy facet. Ty nie chcesz jej skrzywdzić, ale takim zachowaniem to robisz - próbowałam przemówić mu do rozumu.

- Myślisz, że jesteś taka fajna i możesz mi mówić, co mam robić? - zapytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym się zaśmiał. - Otóż nie. Poza tym nie wiesz, jak było.

- To mi opowiedz - rzuciłam.

- Widzę, że nie dasz mi spokoju - mruknął. - Pocałowała mnie. Lepiej? - w jego głosie słychać było ironię.

Podniósł szklankę i upił z niej sporego łyka, przez co trochę się skrzywił. Rozumiałam, że cierpi, ale w chwili obecnej nie robi nic, żeby to zmienić.

wtorek, 29 marca 2016

31. When did you start courting?



Od wczoraj mamy z Chrisem ciche dni. Zaczyna mnie to strasznie irytować, ale staram się go zrozumieć. Zraniłam go, ale w tej sytuacji to było jedyne dobre rozwiązanie.

Jak zazwyczaj w południe, udałam się na zajęcia z Jack'em. Za oknem świeciło słońce, więc postawiłam na podarte jeansy, biały top i ramoneskę. Oczywiście do kompletu założyłam jeszcze moje ukochane lenonki. Zjadłam coś na szybko, posyłając tylko krótkie cześć Pittmanowi, który siedział w kuchni i pił kawę. Nie odpowiedział mi, ale kto by się spodziewał jakiejkolwiek reakcji z jego strony? Zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z mieszkania, aby następnie udać się na metro.

Starałam się, jak najszybciej pokonać schody National Theatre i zaleźć się w sali baletowej. Typowa ja musiałam być spóźniona. Cała zdyszana wbiegłam do pomieszczenia, w którym czekał już na mnie lekko poddenerwowany Icarus.

  - Zegarka to w domu nie mam? - zapytał z nutą nieuprzejmości w głosie.

  - Przepraszam - wysapałam. - Metro mi odjechało i musiałam czekać na następne.

  - Bidulka - złożył ręce i udawał zmartwienie. - Może czas zainwestować w samochód?

  - Jak na razie jestem na etapie wyrabiania prawa jazdy - poinformowałam go oschle.

  - Kiepsko ci to idzie, - skomentował - dlatego pomogę ci i pokażę, gdzie jest urząd - uśmiechnął się dosyć sztucznie.

  - Pff... Sama trafię - prychnęłam.

  - Nie wątpię, ale wolę mieć pewność, że to zrobisz. Może jak będziesz jeździć samochodem, to będziesz punktualnie. Wiesz, że nienawidzę spóźnialskich, a ty to notorycznie robisz.

Odwrócił się na pięcie i podszedł do magnetofonu, aby włączyć podkład. Przewróciłam oczami i położyłam kurtkę na pobliskim krześle. Jak on mnie wkurza! Gdyby nie był cholernym profesjonalistą, to chyba już dawno pomachałabym mu na pożegnanie.

Oczywiście po raz kolejny klepaliśmy salsę, która wychodziłam nam już całkiem nieźle. Nawet ogarnęłam już ruchy bioder, przez co Icarus nie musiał mnie już dotykać w miejscach, w których nie powinien. Obrócił mnie i stanął tuż obok.

piątek, 25 marca 2016

30. I don't wanna hurt you



Ostrożnie zawiesiłam torebkę na wieszaku i weszłam w głąb mieszkania. Ogromnie zdziwił mnie widok, który tam zastałam. Wszędzie poustawiane było mnóstwo świeczek, które nie dość, że subtelnie oświetlały pomieszczenie, to jeszcze dawały przyjemny nastrój. W przedpokoju porozrzucane były płatki róż, które wyznaczały ścieżkę prosto do stołu. Bez chwili namysłu podążyłam do celu. Kiedy już dowiedziałam się, o co chodzi, na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Stół przykryty był białym obrusem, na którym stała najlepsza zastawa wraz z bukietem czerwonych róż i butelką czerwonego wina. Na krześle, które stało obok siedział już lekko zmęczony Chris. Ubrany był w turkusową koszulę i czarne rurki. Nie wiem, jak długo na mnie czekał, ale doceniam jego poświęcenie. W końcu było około drugiej w nocy.

  - To dla mnie? - zapytałam z niedowierzaniem i wskazałam palcem na kwiaty.

  - Tak.

Chłopak wstał i wyciągnął bukiet z wazonu. Dobrze, że w ogóle o tym pomyślał, bo do mojego powrotu różnie mogłoby z nimi być. Podszedł bliżej i wręczył mi kwiaty.

  - To dla ciebie - odebrałam od niego róże i wtuliłam nos w czerwone pąki. Pachniały niesamowicie. - Chciałbym cię przeprosić. Nie powinienem się tak zachowywać. Naprawdę nie wiem, co we mnie wstąpiło. Wybaczysz mi? - zrobił smutną minę.

  - Jasne - odparłam i posłałam mu przyjazny uśmiech. - A teraz zjedzmy coś, bo umieram z głodu.

  - Serio? Jest środek nocy... - wyglądał na zdziwionego.

  - No i? - wzruszyłam ramionami. - Jak będę gruba, to już nie będziesz mi kupował kwiatów? - zapytałam.

  - Oczywiście, że będę - odpowiedział bez zastanowienia.

  - Czyli twierdzisz, że przytyję i to dość sporo? - posłałam mu wymowne spojrzenie.

  - Nie - odpowiedział krótko. - Dziewczyny, zawsze usłyszą to, co by chciały - pokręcił głową.

  - Ej... - oburzyłam się. - Po pierwsze, jestem kobietą, a po drugie, wcale, że nie chciałam usłyszeć, że będę gruba.

  - Nie ważne - machnął ręką. - Jemy?

  - Jeszcze się pytasz?

niedziela, 20 marca 2016

29. My new ''friend''?



W końcu nadszedł ten dzień. Mój pierwszy wieczór w nowej pracy. Jakoś mnie to nie cieszy. Cóż, może nie będzie tak źle?

Wzięłam szybki prysznic i stanęłam przed otwartą szafą. W co ja się ubiorę? To jest chyba dylemat każdej kobiety. W końcu postawiłam na małą czarną na ramiączkach i wysokie, czarne szpilki, czyli to co zawsze. Pomalowałam powieki czarnym cieniem, wytuszowałam rzęsy i podkreśliłam usta czerwoną szminką. Przeczesałam włosy szczotką i zostawiłam je rozpuszczone. Ostatni raz spojrzałam w lustro. Wyglądałam tak, jak powinnam, czyli jak dziwka. Zacisnęłam usta w wąską linię i zabrałam torebkę oraz ramoneskę. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam w stronę najbliższego przystanku autobusowego.

Wysiadłam niedaleko Hell House. Było dość chłodno, poza tym byłam bardzo poddenerwowana. Dlaczego ja to robię? Co kawałek słyszałam pogwizdywanie i niemiłe komentarze skierowane w moją stronę. Czułam się niekomfortowo i najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Przyspieszyłam nieco i starałam się nie zwracać uwagi na innych, co nie było takie proste. Niby droga nie była długa, ale wydawała się nigdy nie kończyć. W końcu dotarłam pod dom chłopaków. Chwilę się wahałam, po czym stwierdziłam, że nie ma już czasu na ucieczkę. Delikatnie uchyliłam drzwi i weszłam do środka. Gunsi siedzieli na kanapie w salonie i najwidoczniej jamowali. Slash i Stradlin grali coś na gitarach akustycznych, Rose próbował coś śpiewać, a Duff zapisywał wszystko na kartce. Tylko Steven siedział nieprzejęty i układał kostkę Rubika. Oczywiście na stole leżały puste butelki sprzed tygodnia, jak i te otwarte dosłownie przed chwilą. Najwidoczniej chłopcy nie potrafią tworzyć na trzeźwo. Od razu, jak mnie zobaczyli, zrobili sobie małą przerwę.