niedziela, 18 grudnia 2016

59. Please tell me now it's not the end





   Drobne krople deszczu spadały z nieba, niemalże bezdźwięcznie opadając na suche podłoże. To nie była ulewa, a raczej mżawka. Ogólnie matka natura wybrała sobie najgorszy dzień na zmianę pogody. Dotychczas świeciło słońce, które dawało przyjemne uczucie ciepła na policzkach. W następne dni też tak miało być. Tylko dzisiaj wszystko musiało się popsuć...

   Włożyłam ręce do kieszeni, odczuwszy chłód w tej części ciała. Oparłam się ramieniem o Axla, starając się zachować równowagę. Z wierzchu wydawałam się być twardym kamieniem, który kompletnie niczym się nie przejmuje. Sprawiałam wrażenie obojętnej, jakby cała ta sytuacja w ogóle mnie nie obchodziła. Jednak po odkryciu tych wszystkich warstw zostawała jedynie cienka powłoczka. Cierpiałam i nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Zbyt wiele się wydarzyło, z czym nie koniecznie mogłam się oswoić.

     – Lena była niezwykłą osobą – zaczął swoje kazanie pastor. Jego głos wydawał się być lekko zachrypiały.

   Poczułam, jakby przez moje ciało przeszły dziwne dreszcze. Nie umiałam mówić o niej w czasie przeszłym. Jeszcze do mnie nie docierało, że to już jest koniec. Nigdy więcej nie pójdę z nią na zakupy, nie obgadamy chłopaków, nie poimprezujemy i nie zestarzejemy się z klasą, bo ona już nie żyła.

   Jej śmierć była ogromnym ciosem dla nas wszystkich, a w szczególności dla Slasha. Izolował się. Wychodził nie wiadomo gdzie, a potem wracał dosyć późno ledwo trzymając się na nogach. Za każdym razem, kiedy patrzyłam na niego, odczuwałam niewielki ucisk na sercu. Nie zasługiwał na to. W dodatku teraz, na jej pogrzebie, staliśmy z tyłu, chociaż tak naprawdę byliśmy dla niej jak najbliższa rodzina. Niestety inaczej myśleli jej rodzice. Nie życzyli sobie naszej obecności podczas ostatniej drogi ich córki. Z trudem udało się Hope przekonać ich, żeby zmienili zdanie. Pierwotnie chcieli sprowadzić jej ciało do Londynu, aby tam je pochować. Jednak ten pomysł jeszcze szybciej upadł.

   Musieliśmy powiadomić ich o tej sytuacji. O ile wcześniej można było przymknąć oko na ukrywanie faktu o krytycznym stanie ich córki, tak teraz nie wypadało nam zataić wiadomości o jej śmierci. Hope do nich zadzwoniła. Ogólnie zdecydowaliśmy, żeby to Carter kontaktowała się z państwem Fiodorow. Zazwyczaj odbierano ją pozytywnie. Była menadżerem, kimś na stanowisku. A nie tak jak my, grupą ćpunów, na których prawie każdy patrzył z pogardą. Nawet rodzice Leny. Z początku obwiniali nas o jej śmierć. Twierdzili, że to przez nas ich jedyna córka zeszła na złą drogę. Później trochę ucichli, aczkolwiek podejrzewałam, iż do końca życia nam tego nie wybaczą.

     – Pogodna, zawsze uśmiechnięta – kontynuował, wywołując melancholijny nastrój. – Rzadko kiedy mówiła o swoich problemach – westchnął, spoglądając na panią Fiodorow, która niemal drżała, nie mogąc powstrzymać płaczu. – Już jako dziecko próbowała radzić sobie ze wszystkim sama. Była najlepszą uczennicą, wspaniałą córką. Chciała zostać ekonomistką. Skończyła wymagające studia na jednym z lepszych uniwersytetów w Anglii. Miała przed sobą całe życie. – Zrobił niewielką pauzę, oddychając głęboko. Próbował wyrazić to w sposób emocjonalny, jak najbardziej wiarygodny. – Jednak wybrała niewłaściwą drogę. Jak każdy z nas miała prawo do błędu. I popełniła go, może nie do końca świadomie. Lena chciała żyć. Pomimo kłopotów zawsze chodziła uśmiechnięta. Tryskało z niej szczęście. Tylko później ta świeczka, którą była, powoli zaczęła gasnąć. Pogrążała się w nałogu, jej problemy narastały. Próbowano jej pomóc, miała wsparcie. Do końca walczono o nią. Lena przegrała walkę o swoje zdrowie, ale nie o życie. Może teraz patrzy na nas z góry, radując się z chwały Pana. Pomódlmy się za jej duszę.

   Po moim policzku spłynęły gorące łzy. Nawet nie próbowałam ich wycierać. Tęskniłam za nią i to bardzo. Dopiero teraz w pełni uświadomiłam sobie, że już nigdy jej nie zobaczę. Axl objął mnie ramieniem, subtelnie muskając wargami moje czoło. Nie protestowałam. Potrzebowałam czyjeś bliskość, nawet jeśli pochodziła ona od Rose'a. Nie potrafiłam poradzić sobie z sobą samą.

niedziela, 11 grudnia 2016

58. Nothing is more sad tan the death of an illusion





     – Mogłabyś mi podać ten złoty naszyjnik, który leży na biurku? – poprosiłam Joy.

   Krzątałyśmy się po moim mieszkaniu, panikując, że nie starczy nam czasu. Miałyśmy zaledwie godzinę na wyszykowanie się i dotarcie do klubu. Niemalże od rana cieszyłam się jak dziecko na samą myśl o dzisiejszym koncercie. Nawet wzięłam urlop w pracy, zważywszy na to, że kończyłam ją dopiero o osiemnastej.

   Od dwóch dni dorabiałam sobie w niewielkiej księgarni Les Livres znajdującej się na Pickford Street. Czerpałam z niej ogromną satysfakcję, przez co o wiele łatwiej wstawałam rano. Już jako dziecko uwielbiałam godzinami czytać różnorakie lektury. Teraz po latach po części mogłam do tego wrócić. Jeśli był mniejszy ruch, chętnie siadała w kącie lady i nadrabiałam zaległości z Szekspira, Austen czy Carrolla. To właśnie poprzez Les Livres poznałam Joylene, która zdecydowała się pójść ze mną na koncert Toxic Bliss. Dziewczyna pracowała w pobliskiej kawiarni, w której niemal nałogowo kupowałam waniliowe latte. Wczoraj przyszła do księgarni kupić mamie prezent na urodziny. Dużo rozmawiałyśmy, przez co obie doszłyśmy do wniosku, iż mamy wiele wspólnego. Może nawet w przyszłości się zaprzyjaźnimy?

   Dokładnie czesałam dopiero co wysuszone włosy, próbując pozbyć się znikomych kołtunów. Joy siedziała przy kasztanowym biurku, malując powieki grafitowym, brokatowym cieniem, który idealnie komponował się z jej seledynowymi włosami specjalnie na tę okazję ułożonymi w fale. Niechętnie zrobiła przerwę, podając mi upragniony przedmiot.

     – Dzięki – rzuciłam, uśmiechając się subtelnie.

   Ubrałam naszyjnik, wyciągając go na czarny top. Przeglądnęłam się kilkukrotnie w lustrze, sprawdzając czy wszystko jest okej.

     – Co? – spytała, zwracając tym moją uwagę. – Będzie tam jakiś twój Romeo? – zachichotała, próbując dłonią stłamsić śmiech.

   Uśmiechnęłam się nieśmiało pod nosem. Może tak, a może nie.

     – No coś ty! – zaprzeczyłam, machając dłonią. – Mówiłam ci, że mam narzeczonego.

   Podeszłam pod biurko, stając za moją towarzyszką, która wygodnie rozsiadła się na pufie. Nie miałyśmy dużo czasu, toteż postawiłam na niewielki makijaż. Zabrałam tusz, starając się dokładnie pomalować rzęsy. Nachyliłam się, próbując uzyskać dostęp chociażby do skrawka lusterka.

     – Kurde – mruknęła, przenosząc wzrok na swój strój – sądzisz, że sukienka to na pewno dobry pomysł?

     – Idealny – wybełkotałam, starając się zbytnio nie ruszać twarzą.

     – No nie wiem – wycedziła, próbując przeglądnąć się w lustrze. – Ty idziesz w spodniach. Może ja też powinnam się przebrać.

   Pokręciłam głową, odkładając kosmetyk na blat. Kątem oka zerknęłam na jeansowe rurki z dziurami i przetarciami, które okrywały moje nogi. Były jedną ze zdobyczy, które kupiłam na zakupach z Lenką. Aż się łezka w oku kręciła na samo wspomnienie.

     – Joy – westchnęłam, wybierając odcień szminki – ale ja mam okres, podczas którego nie czuję się komfortowo w sukienkach czy spódnicach.

   On akurat wiedział, kiedy się pojawić. Dzięki niemu miałam wymówkę przed Eddy'em, żeby zrobić sobie wolne. Mój szef zawsze hojnie je rozdawał, jeśli któraś dziewczyna miała okres. Wolał uniknąć klientów skarżących się na niedogodne warunki.

     – Może masz rację... – mruknęła, zakładając długie srebrne kolczyki w kształcie piór.

     – Coś się stało? –  zapytałam, kończąc malować usta pomadką w odcieniu wiśni. – Jakaś taka niezdecydowana jesteś.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

57. I don't know what I want, so don't ask me




   Spacerowałam wzdłuż Venice, nasłuchując śpiewu ptaków i dźwięku fal obijających się o brzeg. Rozmyślałam przy tym, wykorzystując czas, podczas którego czekałam na niego. Promienie słoneczne przyjemnie ogrzewały moją twarz. Mrużyłam oczy, ponieważ zapomniałam zabrać ze sobą okularów przeciwsłonecznych.

   Usiadłam na cieplutkim piasku, z dala od osób, które zdecydowały się na poranny jogging. Nerwowo obgryzałam skórki wokół paznokci. Musiałam wreszcie coś zmienić. Nie mogłam dalej tak żyć. Ostatnia rozmowa z Axlem dosadnie dała mi do zrozumienia, że muszę wreszcie pomyśleć o sobie.

     – Hej, siostra. Długo już czekasz? – Z letargu wyrwał mnie zasapany głos Xaviera.

   Stał nade mną, próbując wyrównać oddech. Miał na sobie strój do joggingu, z czego wywnioskowałam, że zdecydował się na poranne bieganie.

     – Nie. – Wstałam, otrzepując się z piasku. Ucałował mnie w policzek na przywitanie. – Przejdziemy się? – zaproponowałam, kładąc na czole chłodną dłoń.

   Pokiwał głową, powoli podążając w kierunku drugiego końca plaży. Szłam obok niego, bawiąc się palcami, co zwykłam robić, kiedy się denerwowałam. Tak jakoś ta czynność pozwalała mi choć trochę rozładować emocje, no i zająć czymś ręce.

     – Chciałaś się spotkać. Coś się stało? –  spytał z zaciekawieniem.

     – Dużo ostatnio myślałam – zaczęłam niepewnie. – Szczególnie o tym, co mówiłeś. Powinniśmy jej pomóc.

   Wyglądał na zdziwionego. Zapewne nie spodziewał się, że tak szybko zmienię zdanie. Westchnął, przejeżdżając palcami po brodzie.

     – Nie sądziłem, że się zgodzisz. To miłe z twojej strony. – Uśmiechnął się subtelnie. – Masz już jakiś konkretny plan?

   Schowałam ręce do kieszeni w bluzie. Powoli zaczynało się robić ciepło, aczkolwiek mi było zimno. Przez większą część nocy pracowałam. Później spałam może ze dwie, trzy godziny? Nie mogłam zasnąć. Wierciłam się na łóżku, w kółko rozmyślając o jednym. Rano nawet nie wypiłam kawy. Stwierdziłam, że świeże, morskie powietrze mi wystarczy.

     – Zabiorę ją do siebie – powiadomiłam, tym samym zgadzając się na jego wcześniejszą propozycję. – Spróbuję jakoś dać jej wsparcie. Już nawet wysłałam list.

   Uśmiechnęłam się niepewnie. Planowanie tego wszystkiego dawało mi swoistą motywację do działania. Lubiłam mieć dużo na głowie, chociaż niejednokrotnie mnie to przerastało.

     – To super – oznajmił z przygaszonym entuzjazmem. – Tylko co z tobą? – spytał z nutką troski pomieszanej z podenerwowaniem.  Zatrzymał się przede mną, dokładnie lustrując moją zmęczoną, poszarzałą twarz. – Dasz sobie z nią radę?

   Dlaczego nie? Przecież  to tylko trochę pogubiona małolata, nie?

     – Raczej tak – odparłam bez przekonania. – Oj, Xav, będzie dobrze.  – jęknęłam przeciągliwe. –Kiedyś wreszcie muszę wyjść na prostą.

   Obrócił się bez słowa, robiąc kilka kroków w przód. Skupił wzrok na szubkach swoich butów, jakby próbował zebrać myśli. Przewróciłam oczy, starając się go dogodzić. Nie było to trudne zważywszy na jego ślimacze tempo.

     – Vicky, martwię się o ciebie – mruknął. Zerknął na mnie z troską. Jego oczy świeciły się niczym diamenty. Zrobiło mi się tak trochę ciepło na sercu. Nie słyszałam tego zbyt często. – Nie wyglądasz najlepiej, twoja praca też nie jest dobra. Przepraszam, że ci to wypominam, ale po prostu się troszczę. Nie chcę, żeby moja malutka siostrzyczka zmarnowała sobie życie – dodał, obejmując ramiona i wzdychając przeciągle.

   Pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach. Otarłam je szybko rękawem. Miałam być silna, przynajmniej tak sobie założyłam. Chyba nie potrafiłam. Pierwszy raz od bardzo dawna to ktoś interesował się mną, a nie ja nim.

     – Dziękuję – mruknęłam lekko drżącym głosem.

     – Chyba nie rozumiem... – Uśmiechnął się niewyraźnie. – Mówię o twoich wadach. Raczej nie powinnaś być zadowolona z tego – dorzucił, marszcząc czoło.

     – Wiem, ale... – Mój głos był przerywany. Próbowałam powstrzymać płacz, ale nie potrafiłam. Podchodziłam do tego zbyt emocjonalnie, wkładając w to całą siebie. – Mało kto robi to ze względu, że się martwi. Zazwyczaj obchodzę tylko tych, którzy mogą ze mnie czerpać korzyści.

   Nie potrafiłam zapomnieć słów Axla. One nadal siedziały we mnie tam głęboko i raniły. Jednak miały też swoją pozytywną stronę. Uświadomiły mi pewne rzeczy i zmusiły do podjęcia zmian. Nie mogłam już tak dłużej funkcjonować i zatruwać swojego życia. Potrzebowałam nie tyle stabilizacji, co codziennej rutyny, która narzuciłaby mi tok działania typowy dla statystycznego człowieka. Chciałam się realizować, a nie wiecznie imprezować i uprawiać seks w obskurnej klubowej toalecie z przypadkowymi mężczyznami.

   Chłopak objął mnie i przytulił do swojego torsu. Oparłam głowę na jego obojczyku, czując swego rodzaju bezpieczeństwo. Jego bicie serce uspokajało mnie. Pomimo unoszącej się woni potu, wyczułam zmysłowe męskie perfumy. Były inne niż te, których używali chłopcy. Pachniały jak te z wyższej półki, które kobiety co roku kupowały swoim mężom pod choinkę.

     – Ej, czy to nie jest ten gitarzysta z Toxic Bliss?

sobota, 3 grudnia 2016

56. Fall to pieces




   Schowałam list do torebki, następnie ocierając dłonią wilgotne policzki. Musiałam się ogarnąć, wstać i wreszcie powiedzieć im prawdę.

   Niepewnym krokiem podążyłam w kierunku przyjaciół. Układałam sobie w głowie scenariusz tego, co im powiem. Nie było to łatwe zadanie. Slash już był przygnębiony. Wiadomość o umierającej ukochanej stanowiłaby dla niego kolejny cios. Martwiłam się o niego. Już wystarczająco dużo przeżył podczas jej pobytu w szpitalu.

   Oparłam się o kant ściany, obserwując ich zachowanie. Mulat nadal tkwił w konsternacji, przypominając bardziej zombie niż człowieka. Axl natomiast stał nad nim, próbując go przekonać do chociaż godzinnej drzemki. Faktycznie twarz chłopaka obrazowała jego potworne zmęczenie. Rozumiem, że chciał być blisko niej, ale nie ponad własne siły. Westchnęłam niespokojnie, czym zwróciłam uwagę Rose'a. Podszedł bliżej, delikatnie łapiąc moje ramię.

     – Od niego raczej nic nie wyciągniemy – nawiązał do mojej prośby. – A ty? Dowiedziałaś się czegoś?

   Powiedzieć im całą prawdę czy ująć to bardziej optymistycznie?

     – Tak – mruknęłam lekko zachrypniętym głosem, odchrząkając. – Ma niewydolne nerki i płuca, ale nie jest najgorzej. Będą podawać antybiotyki i ją monitorować. Jest w dobrych rękach. Ma szanse na powrót do normalnego życia. Minimalne, ale realne.

   Przełknęłam głośno ślinę. Okłamałam ich. Nie powinnam była, ale nie potrafiłam patrzeć, jak się zamartwiają. Niespodziewanie poczułam, jak Axl przyciąga mnie do siebie. Objęłam go, pozwalając, aby dał mi swego rodzaju oparcie. Jednocześnie zerknęłam na Slasha. Jego wargi drżały, aczkolwiek nie płakał. Pozostawał twardy, chociaż w środku zapewne rozpadł się na miliony kawałeczków. Cierpiał, to było pewne.

   Odsunęłam się od chłopaka, nadal zachowując niewielką przestrzeń pomiędzy nami. Czułam na policzku jego niemiarowy oddech. Niepewnie oblizałam usta. Lubiłam tę bliskość, chyba nawet za bardzo.

     – Zrobiłam wszystko, co mogłam – wyszeptałam, przejeżdżając palcem po jego obojczyku.

     – Wiem – mruknął, drżąc pod wpływem mojego dotyku.

     – Nic tu po mnie. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie. – Chyba wrócę do siebie.

     – Pojadę z tobą – zaproponował.

    Nie byłam do końca przekonana, co do jego pomysłu. Dałabym sobie radę, gorzej było ze Slashem.  Nie chciałam, żeby został z tym wszystkim sam.

     – A co z nim? – zapytałam z troską w głosie. Naprawdę się martwiłam.

     – Izzy powinien za chwilę wrócić, to z nim posiedzi.

   Wzdrygnęłam się na samą wzmiankę o nim. Chyba trochę się pogubiłam i nie za bardzo wiedziałam, czego chcę.

     – Vicky? – Wydawał się być zatroskany. – Wszystko w porządku?

     – Jasne. – Przytaknęłam głową. – Po prostu trochę się zamyśliłam.

   Uśmiechnęłam się subtelnie. Poczułam, jak delikatnie przejeżdża palcami wzdłuż mojego kręgosłupa. Przymknęłam oczy. Marzyłam o chwili odpoczynku po tak ciężkim dniu.

     – Jedziemy do ciebie? – wyszeptał kusząco niskim głosem tuż nad moim uchem.

     – Czemu nie?

   Odsunął się odrobinę, pozwalając mi na swobodne ruchy. Westchnęłam, ostatni raz spoglądając na Slasha. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

     – Idziesz? – Usłyszałam głos zza moich pleców.

czwartek, 24 listopada 2016

55. Dear sister...





   Stałam tam jak słup, z niedowierzaniem wpatrując się w jego zmęczoną twarz. Nie docierały do mnie słowa, które przed chwilą wypowiedział. Jest z nią gorzej? Dlaczego?

     – Nie rozumiem. – Pokręciłam głową, oddychając niespokojnie. – Przecież jutro miała wychodzić. Kiedy ostatnio u niej byłam, czuła się całkiem nieźle.

   Całe to zdarzenie zdawało mi się być jakimś dziwnym koszmarem, z którego nie mogłam się obudzić. Lena przedawkowała, straciła przytomność, wylądowała w szpitalu. Lekarz powiedział,  że miała dużo szczęścia i wystarczy samo oczyszczanie organizmu z toksyn. Dlaczego tak nagle jej stan się pogorszył?

     – Skarżyła się na bóle w lędźwiach – zakomunikował, łapiąc mnie za ramię. – Jeszcze w dzień wozili ją po całym szpitalu na jakieś badania. – Zrobił niewielką pauzę, pustym wzrokiem spoglądając na jezdnię. – Wieczorem przestała samodzielnie oddychać.

   Zakryłam usta wewnętrzną częścią dłoni. Czułam, jak dziwny niepokój i zmartwienie wypełniają mnie od środka. Nie potrafiłam uzmysłowić sobie jego słów. Z nią nie było źle. Było bardzo źle, a wręcz tragicznie.

   Potrzebowałam chwili, żeby jakoś dojść do siebie. W tej sytuacji przydałaby się trzeźwo myśląca osoba, a nie kolejna umartwiająca się pseudo ofiara. Musiałam pokonać swoje lęki i przestać myśleć o najgorszym. Ona nie mogła umrzeć, przecież była pod opieką fachowców.

     – Wiecie, co się konkretnie stało? – przerwałam trwającą od dłużej chwili ciszę. Mój głos wyrażał obojętność, chociaż w środku krzyczałam z rozpaczy i niedowierzania.

     – Nie – mruknął, ostrożnie przenosząc spojrzenie na moją osobę. – Dlatego kazali mi cię znaleźć. Slash zachowuje się jak posąg, a nam nic nie powiedzą. Vicky, proszę, pomóż. Ostatnio ci się udało, teraz też dasz radę.

   Westchnęłam głęboko. Byłam jej potrzebna. Dla Slasha była to okropna sytuacja. Już ostatnio wyglądał jak wrak człowieka, a co dopiero teraz. Żal mi go było. Po części starałam się go zrozumieć. Sama straciłam kogoś bliskiego, kogo bardzo kochałam.

     – Dobra. Nie marnujmy czasu. Wsiadaj. – Wskazałam na przednie siedzenie, uprzednio zabierając z niego torebkę.

     – Może ja poprowadzę? – zasugerował niepewnie, subtelnie się uśmiechając.

      – Nie – odpowiedziałam raptownie. – Jedna osoba w szpitalu zdecydowanie wystarczy.  Nie chcę, żebyś spowodował wypadek.

     – Vicky – zmarszczył czoło – przesadzasz. Może i jeżdżę szybko, ale refleks też mam. Chcesz sprawdzić?

     – Innym razem – mruknęłam, obchodząc pojazd.

     – Ale Vicky! – jęknął. – Jesteś zmęczona i...

     – Steven, do cholery jasnej, nie mamy czasu!

     – ... podenerwowana – dokończył niepewnie.

   Spojrzałam na niego, wzdychając. Miałam wyrzuty sumienia. Nie powinnam na niego krzyczeć. Kurde, to był Steven, zawsze uśmiechnięty bębniarz, który nawet muchy by nie skrzywdził.

     – Przepraszam, trochę mnie poniosło – oznajmiłam, czując gulkę w gardle. – Chyba masz rację.

     – Nie szkodzi. – Machnął ręką.

     – Wsiadaj – rzuciłam obojętnie, szukając kluczy w torebce.

     – Może jednak poprowadzę? – zapytał troskliwie.

     – Nie, dam sobie radę.

   Wsiedliśmy do środka. Wzięłam kilka głębokich wdechów, po czym przekręciłam kluczyk w stacyjce. Próbowałam zachować spokój, chociaż to wcale nie było takie łatwe. Zdarzało się, że byle co mogło mnie zdenerwować. Nie kontrolowałam tego, chociaż później miewałam wyrzuty sumienia. Teraz jednak musiałam się opanować. W tej sytuacji krzyki nie pomagały.

niedziela, 20 listopada 2016

54. They say that time's supposed to heal all wounds




   Mijałam kolejny słup z plakatem, który informował o zbliżającym się koncercie Toxic Bliss. Dziewczyny w mieście szalały na wieść o przyjeździe zespołu z Portland. Z kolei miejscowi melomani już nie mogli się doczekać sporej dawki dobrego punku. Tylko ja omijałam to wszystko szerokim łukiem, wypalając mentolowego papierosa. W całym mieście na ustach ludzi było tylko jedno nazwisko – Xavier Edwards.

   Weszłam do Troubadour, zajmując miejsce przy czarnym blacie baru. Tego wieczoru pierwszy raz dostałam zlecenie zajęcia się ekskluzywnym klientem od Eddy'ego. Mieliśmy się spotkać w klubie. Podobno łatwo tutaj trafić, a poza tym atmosfera lokalu umożliwiała swobodną rozmowę. Później ewentualnie moglibyśmy pójść na miasto albo do niego. Nie czekając na mężczyznę, zamówiłam dla siebie whiskey z colą i lodem.

   Popijałam chłodnego drinka, rozmyślając o różnych sprawach. Próbowałam to wszystko poskładać, a przynajmniej ułożyć w głowie. Bawiłam się palcami, skupiając zamyślone spojrzenie na półkach, na których ustawiono barwne butelki różnorakich alkoholi. Kilka minut czekania zaczęło przeobrażać się w kilkanaście, podczas których coraz bardziej niecierpliwiłam się.

   Dopiłam ostatniego łyka trunku. Postanowiłam poczekać jeszcze odrobinę, zanim zamówiłabym kolejny wysokoprocentowy napój. Wyciągnęłam z torebki niewielkie lusterko, przy pomocy którego poprawiłam usta śliwkową, satynową pomadką. Ciemny odcień szminki był moim znakiem rozpoznawczym. Pomimo takiej, a nie innej profesji zbytnio nie wyróżniałam się z tłumu. Kuse spódniczki i nieco za krótkie sukienki były na porządku dziennym. Większość dziewcząt wybierała ten strój na wyjście do klubu. Kilka tygodni temu zrezygnowałam z mocnego makijażu oka. Przestały mi się podobać powieki oprószone cieniem w kolorze onyksowym. Dlatego ograniczyłam się do wytuszowania rzęs  i sporadycznego używania eyelinera.

   Miałam ochotę wyjść z tego lokalu. Siedziałam tam jak głupia, czekając na kogoś, kto mógł się nigdy nie pojawić. Odwróciłam się w stronę drzwi, chcąc zejść ze stołka. Zatrzymałam się na chwilę, skupiając swoją uwagę na widoku, jaki ujrzałam. Jego krok był zdecydowany. Już na pierwszy rzut oka spokojnie mogło się stwierdzić, że charakteryzowała go pewność siebie. Wyglądał jak milion dolarów, ideał każdej kobiety. Wysoki szatyn z około tygodniowym zarostem na twarzy i długimi włosami związanymi w coś przypominającego koka. Jego wyraziste rysy twarzy dodatkowo podkreślał srebrny kolczyk w lewym łuku brwiowym. Wyróżniającym się elementem jego ubioru była gruba, czarna ramoneska, która wydawała się być o kilka rozmiarów za duża. Mężczyzna podążał w moim kierunku, jakby kierował się wcześniej podanymi wytycznymi. Widziałam go po raz pierwszy, a mimo to miałam wrażenie, iż skądś go znałam.

piątek, 11 listopada 2016

53. Something Stupid



      

     – Dzięki za podwózkę – rzuciłam, wreszcie ściągając niewygodne buty.

   Nie byłam w stanie normalnie stanąć na pełnych stopach. Odczuwałam cholerny ból, jakby ktoś  uprzednio kazał mi chodzić po kamieniach.

     – Nie ma za co – mruknął, przekręcając klucz w drzwiach. – Chociaż moglibyśmy bardzo miło spędzić ten czas. – Poruszył sugestywnie brwiami.

   Prychnęłam pod nosem. Czyli jednak nie odpuści.

     – Jeśli chcesz, możesz otworzyć wino. Powinno się jakieś znaleźć – oznajmiłam, odwieszając płaszczyk i zamiast niego narzucając na siebie przyjemnie ciepły kardigan. – Idę się odświeżyć.

     – Psujesz nastrój – skwitował, uśmiechając się zawadiacko – kotku.

   Zrobiłam kilka kroków w stronę łazienki, sycząc przy tym z bólu. Definitywnie marzyłam wyłącznie o ciepłym łóżku.

     – Słyszałeś o potrzebach fizjologicznych? – zapytałam retorycznie. – No cóż, tak się złożyło, że nie mogłam ich załatwić wcześniej.

     Prychnął pod nosem, przejeżdżając po nim palcami.

     – Nie mogłaś po prostu powiedzieć, ładnie to ujmując, że musisz siusiu?

     – Nie – wycedziłam, szczelnie przymykając dębowe drzwi.

     – Kobiety. – W jego głosie można było wyczuć znudzenie.

     – Słyszałam!

   Uśmiechnęłam się subtelnie, kręcąc głową. Ostrożnie podeszłam pod umywalkę, aby następnie móc przemyć twarz chłodną wodą. Uczucie, jakie dawał ten gest, było niezwykłe. Niby odrobinę rozbudzało, czego niekoniecznie teraz potrzebowałam, ale równocześnie po części zmywało skazy. Moje okropne samopoczucie chociaż na niewielką chwilkę przestało dawać o sobie znać. Niestety tylko złudnie. Kurczowo zaciskając brzeg ceramiki, osunęłam się na podłogę. Traciłam grunt pod nogami, świat zaczął wirować. Przymknęłam oczy, głęboko oddychając. Będzie dobrze – wmawiałam sobie. Próbowałam przemieścić się chociażby o metr. Wstałam, starając się utrzymać równowagę. Udało się. Westchnęłam, zadowolona ze swojego małego sukcesu. Zrobiłam kilka kroków. Na marne. Gwałtownie upadłam, podpierając się o ubikację. Poczułam promieniujący ból w lewej nodze, pozwalając, żeby  grymas zagościł na mojej twarzy. Powoli uklękłam, uważając na nie do końca sprawną kończynę. Niespodziewanie zaczęło mnie mdlić. Czułam dziwne skurcze w okolicy podbrzusza. Nie wytrzymałam. Potrzebowałam tej ulgi, jak niczego innego. Niechętnie zwróciłam zawartość mojego żołądka, kurczowo zaciskając jedną pięść. Moje czoło pokrył lepki, nieprzyjemny pot. Zarzuciłam wilgotne włosy na plecy, próbując nabrać nowej porcji tlenu. Chciałam sobie pomóc. Marzyłam, żeby koszmar tamtej nocy wreszcie się skończył. Tylko ona mogła mi pomóc... Heroina...

   Dokładnie umyłam zęby, pragnąc pozbyć się tego ohydnego posmaku żółci. Przetarłam wysuszoną twarz frotowym ręcznikiem. Podnosząc głowę, napotkałam lustrzane odbicie mojej osoby. Prawie bezwładną ręką przejechałam po bladym policzku. Bez zmian. Nadal wyglądałam, w mniemaniu innych, tak samo źle. Aczkolwiek mi zbytnio to nie przeszkadzało. Opuściłam pomieszczenie, związując lekko przetłuszczone włosy w niechlujnego koczka.

   Axl już na dobre rozgościł się na mojej kanapie. Zajadał się chipsami serowymi, jednocześnie krusząc nimi na moją pościel. Od jakiegoś czasu znowu zaczęłam sypiać w salonie. Jakoś w tym pomieszczeniu czułam się bezpieczniej, mniej samotnie. Zawsze mogłam włączyć telewizor, żeby nie trwać w przygnębiającej ciszy.