poniedziałek, 22 maja 2017
68. Light a candle for the sinners, set the world on fire
– Długo jeszcze? – spytała zniecierpliwiona Joy, opierając łokcie o ladę.
Uśmiechnęłam się pod nosem, odkładając książki na właściwą półkę.
– Musiałam posprzątać – poinformowałam, wracając na swoje miejsce. – Ten chłopak po prostu nie mógł zdecydować się na jeden egzemplarz, a na więcej nie było go stać.
Założyłam kosmyk za ucho, otwierając kasę. Jeszcze tylko parę drobnostek i będę wolna. Ta myśl dawała mi dużo pozytywnej energii.
– Możemy już? – dociekała, kartkując przypadkowy atlas.
– Tylko podliczę zysk – zanuciłam, zatracając się w swoich obowiązkach.
Usłyszałam, jak wzdycha przeciągle, kręcąc się po księgarni. Nie przejęłam się tym zbytnio. Im wcześniej skończę, tym szybciej dotrzemy do klubu. Już w zeszłym tygodniu obiecałam Joy, że pójdę z nią na drinka po pracy. Dziewczyna starała się trzymać mnie za słowo. W dodatku Eddie ostatnio dał mi klika dni wolnego, co nieco mnie zdziwiło. Czyżby już zamierzał się zwinąć?
Przekręciłam klucz w drzwiach, szarpiąc za klamkę, aby upewnić się, że na pewno je zamknęłam. Wsiadłyśmy do mojego samochodu, który stał nieopodal. Ostatnimi czasy nie wyobrażał sobie innego środka transportu.
– Gdzie jedziemy? – spytałam, przekręcając kluczyk w stacyjce.
– Obojętnie – oznajmiła, zapinając pas. – Chyba Psycho jest najbliżej – stwierdziła, przeczesując włosy palcami.
Pokiwałam głową, włączając radio. Akurat na mojej ulubionej stacji leciało Come Together Beatlesów. Uśmiechnęłam się, nucąc piosenkę pod nosem.
– Jak tam twoje plany na przyszłość? – zagadała dziewczyna, zakładając nogę na nogę.
– Dobrze – odpowiedziałam. Cieszyłam się, że ostatnimi czasy mogłam to przyznać. – Jak uzbieram trochę kasy, to zabieram się za skończenie szkoły. Później pójdę na jakiś uniwerek albo coś.
Uśmiechałam się jak głupia. Niby to był typowy plan na życie każdego nastolatka. Jednak dla mnie uchodził on za szansę na spełnienie marzeń. Może w końcu mogłabym składać papiery na jakąś szkołę na Broadwayu?
– Do tej pory zostajesz w Les Livres czy zamierzasz szukać czegoś nowego? – dociekała, przeglądając kasety, które znajdowały się w schowku.
– Lubię swoją pracę – przyznałam. – Pan Rosenberg całkiem dobrze płaci, a poza tym jest wyrozumiały. Docenia to, że się staram.
Zatrzymałam samochód na światłach, stukając paznokciami o brzegi kierownicy. Pomimo dobrego humoru miałam ochotę się odstresować. Do tej pory jeszcze nie odreagowałam wydarzeń minionego tygodnia.
– Wie, czym się zajmujesz po godzinach? – spytała niepewnie, posyłając mi krótkie spojrzenie.
Zacisnęłam dłonie na kierownicy, próbując stłamsić reakcję mojego ciała. Drażnił mnie ten temat. Wstydziłam się swoich decyzji. Wtedy nie myślałam trzeźwo, działałam pod presją. Próbowałam ukrywać moje nocne zajęcie, ale czasami było to trudniejsze niż mi się wydawało.
niedziela, 14 maja 2017
67. I cannot keep what isn't mine
Wyszłam za
zewnątrz, od razu nabierając świeżego powietrza. Przyjemny wiaterek ochładzał
moją twarz. Chociaż nie byłam w środku nie wiadomo ile czasu, zdążyłam poczuć
się przytłaczająco przez ten cały tłum ludzi. Wyciągnęłam z kieszeni paczkę
papierosów, następnie odpalając jednego.
– I co? –
spytał z ciekawością Axl.
Dopiero teraz
zauważyłam postać rudzielca, który opierał się o słup z ogłoszeniami. Był sam,
z czego wywnioskowałam, że udało mu się spławić małolaty.
– Nie ma jej
tam – westchnęłam, strzepując popiół. Zaczął kręcić głową. On też już miał
dosyć tych całych poszukiwań. – Ale wiem, gdzie może być – dodałam nieco
pewniej, uśmiechając się subtelnie.
Spojrzał na
mnie. Jego wzrok przepełniało zmęczenie, ale mimo niego udało mi się znaleźć
iskierkę radości. Tak samo jak ja spodziewał się szczęśliwego zakończenia. Inne
nie wchodziło w grę.
– Gdzie? –
dociekał, odchodząc od podparcia.
Już
otworzyłam usta, żeby przekazać mu nazwę miejscowości, kiedy nagle do naszych
uszu doszło czyjeś wołanie.
– Vicky!
W naszą
stronę truchtał Greg, który zapewne wyjechał niedługo po nas. Musiał sobie
przypomnieć, że umknął mu pewien istotny szczegół.
– Zapomniałeś
mi powiedzieć o domku w Vistcie – wypomniałam, zaciągając się dymem.
Stanął obok
nas, próbując złapać oddech. Przewrócił oczami, chcąc znaleźć dobry argument.
– Przepraszam
– mruknął, spoglądając na mnie błagalnym wzrokiem. – Przez to wszystko na
śmierć zapomniałem, że dałem jej kluczyki.
Uśmiechnęłam
się przyjaźnie. Dobrze, że jednak sobie przypomniał. W końcu kto, jak nie on
mógł zlokalizować owe miejsce.
– Zawieziesz
mnie tam? – spytałam, zauważając w oddali jego samochód.
Axl
odchrząknął, w ten sposób zwracając na siebie uwagę. Nie zapomniałam o nim. Po
prostu nie chciałam go niepotrzebnie fatygować. Już i tak bardzo mi pomógł.
– Dziękuję
bardzo – zwróciłam się w stronę rudzielca. – Nawet się nie spodziewałam, że
mogę liczyć na takie wsparcie z twojej strony. – Wyciągnęłam z kieszeni
kluczyki i podałam mu je. – Wróć moim, a ja pojadę z Gregiem. – Spojrzał na metalowy
przedmiot, a następnie na mnie. Chciał coś powiedzieć, ale weszłam mu w słowo.
– Tak będzie lepiej.
– Skoro tak
mówisz – westchnął bez przekonania. – Pozdrów ode mnie Nicole – dodał na
odchodne, zmierzając w stronę zaparkowanego kawałek dalej BMW.
niedziela, 7 maja 2017
66. I can't hide what I've done, scars remind me of just how far I've come
– Vicky? Co
ty tutaj robisz?
Odwróciłam
się, usłyszawszy jego głos. Uśmiechnęłam się niewyraźnie. Coś czułam, że mógł
mi pomóc. Zrobiłam kilka kroków na przód. Musiałam mu streścić wszystkie ważne
wydarzenia dzisiejszego dnia. Razem na pewno coś wykombinujemy. Zatrzymałam się
kilka centymetrów przed jego postacią, przypomniawszy sobie o dosyć istotnym
szczególe. Od kilku godzin nie miałam żadnego kontaktu od Nicole i na dobrą
sprawę nawet nie wiedziałam, gdzie mogłaby być…
– Nicole –
mruknęłam niewyraźnie, skupiając swoje nieobecne spojrzenie na czubkach jego
butów.
– Coś się
stało? – spytał z troską.
Przeniosłam
wzrok na jego twarz. Zmarszczył brwi, okazując niewiedzę.
– Axl, musisz
mi pomóc – oznajmiłam półszeptem.
Chłopak
podszedł bliżej, przejeżdżając dłonią po moim ramieniu. Chciał w jakiś sposób
okazać mi wsparcie. Doceniałam to, nawet bardzo. Aczkolwiek jednocześnie bałam
się, że jak dowie się prawdy, to nie będzie chciał mnie znać. Nie przeżyłabym
kolejnej straty…
– No wiesz,
to zależy do czego chcesz mnie wykorzystać – próbował mnie rozśmieszyć, co po
części mu się udało. Na mojej twarzy dosłownie na moment zagościł subtelny
uśmiech.
– Nicole wie
o wszystkim – odparłam z trudem, posmutniawszy natychmiastowo.
–
Powiedziałaś jej? – spytał wysokim głosem, mimo wszystko próbując opanować
negatywne emocje. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
– Nie –
zaprzeczyłam krótko, odwracając wzrok. – Rosie jej powiedziała.
Wokalista
odsunął się nieznacznie, opierając ręce na biodrach. Wyglądał na kompletnie zdziwionego.
Moje zdawkowe odpowiedzi ani trochę nie przybliżały go do prawdy.
– A jej kto
powiedział? – spytał ostrożnie.
Zaczekałam
chwilę z odpowiedzią. Musiałam rozważyć, czy mówić mu wszystko, czego
dowiedziałam się od blondynki czy tylko przytoczyć najistotniejsze fakty. Axl
jednak trochę się niecierpliwił i ponaglał mnie, kilkukrotnie odchrząkując.
– Eddie jest
jej biologicznym ojcem – oznajmiłam. Mówienie tego po raz kolejny przychodziło
już nieco łatwiej. – Spotkała się z nim i wtedy powiedział jej prawdę.
Rose zaklął
pod nosem, śmiejąc się ironicznie. Nikt nie chciał w to wierzyć. Może jednak
nadal śniłam? Zdecydowanie nie. Mój mózg nie był aż tak dobry, żeby odtworzyć
ten okropny chłód.
– Co robimy?
– westchnął, przestając chodzić w kółko.
Rosie raczej
należała do spraw zamkniętych. Duff tym bardziej, chociaż nadal łudziłam się,
że kiedyś mi wybaczy. Podobnie Hooter. Zostawała tylko Nicole… Martwiłam się na
samo wspomnienie jej osoby. Nie znała tego miasta. Sama dokładnie nie
wiedziałam, gdzie co było, a mieszkałam tu od dłuższego czasu. Wzdrygnęłam się,
kiedy przez moją głowę przeleciała myśl, iż mogła spać w jakimś przytułku dla
bezdomnych. Gregowi z pewnością nie wybaczyła. Wydawała się być zdecydowaną i
pamiętliwą osobą.
– Musimy jej
poszukać – bardziej zleciłam niż zaproponowałam. – Tylko, że nie mam pojęcia,
gdzie mogłaby być.
Przytknęłam
lodowatą dłoń do czoła. Czułam pulsujący ból, który prawdopodobnie został
spowodowany nadmiarem emocji.
Chłopak
podszedł bliżej, stając naprzeciwko mnie. Odgarnął miedziane kosmyki, które
wiatr usilnie próbował wepchnąć mu do ust. Jego twarz oświetlało chłodne
światło ulicznej lampy. Byliśmy tylko we dwójkę. Mało kto z własnej woli kręcił
się w tej okolicy po zmroku.
– Vicky,
musisz się skupić – polecił. Jego głos przyjemnie koił moje bębenki.
Przymknęłam oczy dla polepszenia rezultatu. – Zastanów się. Co o niej wiesz?
Miała jakieś koleżanki czy coś? Może chodziła w jakieś konkretne miejsca?
Próbowałam
odtworzyć nasze krótkie i nieco wymuszone rozmowy. Musiała kiedyś powiedzieć
coś więcej. Przecież to tylko mały odcinek czasu. Łatwo powiedzieć. Samego
dzisiejszego dnia wydarzyło się więcej niż przez cały poprzedni tydzień.
– Mówiła coś
o jakieś Corinne albo Connie – mruknęłam, otwierając oczy. – Nie pamiętam.
Wiem, że miała na nazwisko Taylor.
Prychnął pod
nosem, uśmiechając się gorzko. Chyba taka odpowiedź go nie satysfakcjonowała.
Mnie z resztą też.
– Wiesz ile
ludzi o nazwisku Taylor mieszka w Los Angeles? – spytał retorycznie, utrzymując
ze mną kontakt wzrokowy. – Gdybyśmy chcieli dzwonić do każdego z nich, to nie
skończylibyśmy przed wakacjami.
Przygryzłam
nerwowo wargę. Musiała coś jeszcze powiedzieć. Znała się z tą dziewczyną ze
szkoły. Polubiły się. W środę… Nie, to było raczej wczoraj. Powiedziała, że
idzie się z nią spotkać. Specjalnie pytała, jak może dotrzeć do…
– Ściana z
graffiti przy Lime Street – wybełkotałam, wypowiadając na głos swoje myśli.
Chłopak wydawał
się być bardziej ożywiony, usłyszawszy tę wiadomość.
– To już coś
– skomentował z nutką entuzjazmu w głosie. – To co, jedziemy tam?
Spojrzałam na
niego pytająco. Czy on powiedział my? Nie, raczej się nie przesłyszałam.
– Jesteś
pewien? – upewniałam się. Pokiwał głową. – Przecież jestem twoim śmiertelnym
wrogiem.
Uśmiechnął
się łobuzersko, wodząc wzrokiem po chodniku.
–
Powiedziałbym, że możemy zawiesić broń, ale to raczej nie poskutkuje – zaśmiał
się. – Czemu nie? Może być ciekawie.
– Czy ty
nawet w poważnej sprawie musisz zachowywać się jak idiota?
Udawał, że
się chwilę zastanawia, po czym przytaknął. Przewróciłam teatralnie oczami.
Zapowiadała się długa noc…
Nie zwracając
na niego uwagi, zdecydowanym krokiem podążyłam w stronę podjazdu przed Hell
House, gdzie zaparkowałam samochód. Po chwili usłyszałam za sobą ciężki oddech
Axla. Próbował mnie dogonić, co nie było zbyt trudne.
– Ćwiczysz
szybki marsz? – spytał, chichrając pod nosem.
Podobno
wmawianie sobie, że jest się kwiatem lotosu pomaga. W moim przypadku na pewno
nie. Nie z nim.
– Nie.
Zastanawiam się w jaki sposób wyłącza się u ciebie tryb idioty – odparowałam,
nie zwalniając kroku.
Nie musiałam
długo czekać, aż jego postać pojawi się obok mnie. Starałam się nawet na niego
nie zerkać. Vicky, tylko spokój cię
uratuje. Nie zapomnij o oddychaniu.
– Lubisz
udawać obrażoną, nie? – odezwał się po chwili ciszy.
Zlekceważyłam
go, otwierając drzwi od strony kierowcy.
– Nieładnie
tak nie odpowiadać – skomentował z wyższością.
Zatrzymałam
się, posyłając mu wymowne spojrzenie. Nie miałam ani ochoty, ani siły na
odpieranie jego głupkowatych zaczepek. Sprawa była poważna, a on jak zawsze
zachowywał się infantylnie.
– Mam coś do
załatwienia, więc proszę, nie przeszkadzaj – westchnęłam dosadnie. Już prawie
znajdowałam się we wnętrzu pojazdu.
– Chciałbym,
tylko że jest jeden mały problem. Ty nie wiesz, gdzie jest Lime Street –
zaakcentował, powodując, że zdecydowałam się wysłuchać, co ma do powiedzenia. –
A tak się akurat składa, że byłem tam kilka razy i mogę cię ponawigować.
Cholera! Miał
rację. Nie znałam zbyt dobrze Los Angeles. Ba, nawet krążąc po mieście nie
znalazłabym pożądanego miejsca. Chcąc, nie chcąc, musiałam wziąć go ze sobą.
Westchnęłam
przeciągle, spoglądając na niego spode łba. Stał z rękami w kieszeni i
uśmiechał się cwaniacko. Wiedział, że już mógł świętować triumf. Po raz…
kolejny.
– Dobra –
mruknęłam od niechcenia. – Wsiadaj. – Na jego twarzy pojawił się szerszy
uśmiech. Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej pojazdu. – Tylko mam jeden
warunek – uprzedziłam go.
– Twoje
życzenie jest dla mnie rozkazem, jaśnie pani – zakpił, tłamsząc śmiech.
Uśmiechnęłam
się mimowolnie. Jak wytrzymam z nim
dłużej niż godzinę, to chcę medal.
– Ja
prowadzę.
Zatrzymał się
na chwilę. W mgnieniu oka uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Nie
powinnaś w tym stanie… – zaczął swoją gadkę umoralniającą, ale w porę mu przerwałam.
– Daj spokój
– jęknęłam ze znudzeniem. – Tylko w taki sposób mogę przestać myśleć o niej –
dodałam już nieco poważniej.
Nie odezwał
się. Posłusznie zajął miejsce pasażera, zapinając pas. Zrobiłam to samo,
poprawiając lusterko. Niby było dobrze ustawione, ale wolałam się upewnić. W
takich sytuacjach stawałam się bardziej przewrażliwiona niż na co dzień.
– Zobaczysz –
westchnął z entuzjazmem. – Będziemy jak Bonnie i Clyde.
sobota, 22 kwietnia 2017
65. I think I'm dumb or maybe just happy
– Nie wiem, co powinnam teraz zrobić –
mruknęłam, chowając głowę między kolana.
Siedziałam na
dywanie w salonie i byłam na kolejnym tripie tego dnia. Tym razem jednak James,
a raczej jak stwierdził – wytwór mojej wyobraźni, wydawał się nieco bardziej
przyjaźnie nastawiony. Zajmował miejsce na kanapie, zapewne patrząc na mnie z
wyrozumiałością. Tego nie wiedziałam. Widziałam jedynie ostre krawędzie
przedmiotów, natomiast ich wnętrze wypełniały barwne kształty.
– Dosyć
ciekawie to rozegrałaś – zaśmiał się. Podniosłam głowę, zauważając jak zakłada
nogę na nogę. – Nigdy nie byłaś mistrzem planowania, Victorio.
Prychnęłam,
przewracając oczami. Miał rację. Zawsze starałam się mieć wszystko dopięte na
ostatni guzik. Jednak im bardziej się do tego przykładałam, tym gorszy był
skutek.
– Tego akurat
nie planowałam – przyznałam, wzdychając głęboko. – Muszę coś zrobić.
Przeniosłam
wzrok na kontury jego twarzy. Obraz przyjemnie wirował mi przed oczami, ukazując
niemal całą paletę barw. Przełknęłam ślinę, niepewnie się uśmiechając. Nawet
nie myślałam, że złudna rzeczywistość może być taka fajna.
– A czym
będzie to coś? – dociekał. Przez moment poczułam się, jakbym była na jakiejś
terapii.
– Nie wiem
jeszcze – mruknęłam bez przekonania, obejmując golenie. – Liczyłam, że może mi
pomożesz.
Zaśmiał się
przenikliwie. Wstał z miejsca i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Starałam się
śledzić wzrokiem każdy jego ruch, co nie
było proste. Robiło mi się niedobrze.
– Przecież
nie ma różnicy, czy to ja powiem czy ty – stwierdził, uśmiechając się
łobuzersko. Przygryzłam wargę, starając się nie ulec mu po raz kolejny. – Czuję
się jak jakiś pieprzony psychoanalityk.
Uśmiechnęłam
się ironicznie. Właśnie tym był. Miał pomagać mi pokonać mój strach i
pojawiające się niemal każdej nocy koszmary. Odbywaliśmy swego rodzaju terapię
– ja i James. Nie umiałam przyswoić sobie, że tak naprawdę to nie był on. Wizja
spotykania swojego zmarłego narzeczonego wydawała się przyjemniejsza.
–
Przynajmniej teraz mam z ciebie jakiś pożytek – prychnęłam.
Nie zdążyłam
w porę ugryźć się w język, czego teraz żałowałam. Przecież James był zdolny do
wszystkiego. Już sobie wyobrażałam, jak eksploduje z niego cała złość. Zamarłam
na moment, bacznie obserwując jego zachowanie. Usiadł na podłokietniku zaledwie
kilkadziesiąt centymetrów ode mnie.
– Cieszę się
– rzucił nieco przygaszonym głosem, wywołując u mnie zdezorientowanie.
– Nie
krzyczysz? – spytałam niepewnie, marszcząc brwi.
Rozłożył
ręce, poszerzając uśmiech.
– Jak widać.
Zachowuję się dosyć podobnie jak ty.
Czyli zamiast
Jamesa odbywałam sesję z drugą mną tylko że w wersji męskiej? Nawet podobnie
siedział. Mój lęk zmniejszył się, ustępując miejsca spokojowi. Odetchnęłam z
ulgą. Czyżbym mogła to kontrolować?
– Czyli już
zawsze będziesz miły i pomocny? – upewniłam się.
Skrzywił się
nieznacznie, zakładając ręce na piersi. To nie świadczyło o niczym dobrym.
– To zależy –
jęknął przeciągle. – Wcześniej było nieprzyjemnie, bo bałaś się mnie. Nie
wiedziałaś, czego możesz się spodziewać. Teraz jest miło, bo nie czujesz
strachu. Po części to przez heroinę, która nieco cię znieczuliła. Poza tym
oczekujesz wsparcia od bliskiej osoby.
Uśmiechnęłam
się gorzko. Specjalnie wywoływałam halucynacje, bo potrzebowałam czyjejś
bliskości? Zdecydowanie nie. Robiłam to, bo chciałam usłyszeć jego głos,
zobaczyć jego wyraźnie zarysowaną postawę, poczuć ciepło jego dłoni. W snach to
nie było to samo. Tam mogłam czuć się jak w kinie. Teraz miałam wrażenie,
jakbym cofnęła się w czasie.
– Potrzebuję
wsparcia, dlatego rozmawiam z wytworem swojej wyobraźni? – spytałam, nawet nie
próbując powstrzymać śmiechu.
Wzruszył
ramionami. Zdawało się, że faktycznie nie zna odpowiedzi na to pytanie.
– Nie jestem
Bogiem ani nic z tej rzeczy. Dla ciebie jestem Jamesem Hooverem, którego
kochałaś i do tej pory obwiniasz się za jego śmierć.
Jego słowa
jeszcze przez chwilę wybrzmiewały w moich uszach. Oparłam podbródek o kolana,
głębiej zastanawiając się nad ich sensem. Miał rację. Chciałam odpokutować za
coś, czego nie zrobiłam. Kochałam go, pomimo że mnie krzywdził. Cholera!
Uświadomiłam sobie, że nadal tkwiłam w tej toksycznej relacji. Mimo że jego już
nie było. Nie pogodziłam się z jego śmiercią, przez co mnie nachodził. Sama
chciałam, żeby był blisko. Dopiero teraz wszystko zaczęło układać się w jedną
całość. Powinnam z tym zerwać, przestać. Każde wracanie do tamtego okresu
sprawiało zbyt dużo bólu. Jednak nie potrafiłam inaczej…
– Zbyt dużo
myślisz – wtrącił, wyrywając mnie z letargu. – Po prostu przestań.
Spojrzałam na
niego z podejrzliwością. Nie wiedziałam, o co mogło mu chodzić. Wcześniej
zdarzało nam się pomilczeć. Oboje twierdziliśmy, że lepiej rozumiemy się bez
słów niż z nimi.
– Nie
rozumiem… – mruknęłam, odruchowo kręcąc głową.
Przytaknął z
aprobatą, wywołując u mnie jeszcze większą dezorientację. Nie potrafiłam go
rozszyfrować. Mój James wydawał się być mniej skomplikowany w obsłudze. Ten co
chwilę okazywał się stanowić jeszcze większą zagadkę.
– Znam cię
lepiej, niż ci się wydaje – odpowiedział.
– Czytasz mi
w myślach? – spytałam niepewnie. Z nim wszystko było możliwe.
– Nie
zaprzeczę – jęknął przeciągle, pochylając się nieznacznie. – Super, nie?
Roześmiał się
serdecznie, wstając. Podszedł kilka kroków, następnie siadając na podłodze.
Znajdował się dosyć blisko, przez co mogłam poczuć jego zapach, który
przyjemnie drażnił moje nozdrza. Dostał te perfumy ode mnie na gwiazdkę.
– Co jeszcze
potrafisz? – dociekałam, podkulając nogi. Chyba powoli zaczęliśmy przełamywać
lody.
– Wiele
rzeczy – odparł wymijająco, wodząc wzrokiem po ścianach.
Barwy powoli
zaczynały zanikać, a obraz stawał się coraz bardziej rzeczywisty. Dopiero teraz
dostrzegłam mężczyznę ubranego w czarny garnitur. Wyglądał olśniewająco. Był
nawet przystojniejszy, niż go zapamiętałam. Blizna na jego prawym policzku w
niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła.
– Musiałabym
umrzeć, żeby być taka jak ty? – spytałam z ciekawości, niepewnie podnosząc
dłoń. Tak bardzo chciałam dotknąć opuszkami palców jego skóry.
sobota, 15 kwietnia 2017
64. Just keep me where the light is
Podkręciłam wydobywające się z głośników dźwięki utworów z debiutanckiej płyty Toxic Bliss. Chociaż dostałam ją prawie dwa miesiące temu, dopiero teraz znalazłam czas na odsłuchanie jej. Nastawiłam wodę na kawę, robiąc sobie niewielką przerwę w sprzątaniu
Od ostatniego incydentu unikałam Hell House jak ognia. Tu nawet nie chodziło o dziwne uczucie wstydu. Po prostu Steven podłapał temat i zaczął nam kibicować. Tylko że żadnych nas nie było i ani ja, ani Axl nie chcieliśmy tego zmieniać.
Zalałam wrzątkiem aromatyczny proszek, rozsiadając się na kuchennym krześle. Po mojej prawej leżał przygotowany zestaw do iniekcji. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę, nerwowo zaciskając palce na gorącej ceramice Nie byłam na głodzie. Stan, w jakim się znajdowałam można było nazwać łaknieniem. Zamierzałam jak najdłużej pozostać czysta, ale w razie kryzysu miałam wszystko przygotowane.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podobnie było ze mną i heroiną. Na początku brałam ją jedynie dla dobrego samopoczucia. Pozwalała mi wyciszyć się, zapomnieć o problemach i odciąć się od rzeczywistości. Złudnie leczyła rany, które mi zadano. Jednak kiedy jej działanie mijało, ja nadal cierpiałam i nadal tkwiłam w tym zaklętym kole. Później przyjemność stopniowo zanikała, ustępując miejsca rutynie. Z weekendowego narkomana stałam się poważnie uzależnioną ćpunką. Nie mogłam przeżyć dnia bez tej cudownej substancji. Starałam się ze wszystkich sił, ale nadal pozostawałam na dnie przepaści, z której wyjście prowadziło przez długi i stromy korytarz. Wmawiałam sobie, że jak już raz udało mi się pokonać nałóg, to równie dobrze mogę to zrobić ponownie.
Westchnęłam głęboko, na moment przymykając powieki. Przypomniałam sobie o moim planie, którego szczegóły skrupulatnie dopracowywałam od tygodnia. Jakimś cudem Benowi udało się zdobyć to, czego chciałam. Otworzyłam oczy, odkładając kubek na blat stołu. Wyjęłam z kieszeni dresów listek z kolorowymi tabletkami. Znajdował się tam od jakiegoś czasu, cierpliwie czekając na ten właściwy moment. Obróciłam go w palcach, przyglądając się mu z każdej strony. Przełknęłam ślinę, czując rosnącą w gardle gulę. Podobno na pożądane efekty trzeba czekać około godziny. Przecież nie mam nic do stracenia, pomyślałam, uśmiechając się. Jeśli nie spróbuję, to nie przekonam się, czy to faktycznie działa.
Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując opanować nerwy. Nie było już odwrotu. Włożyłam do ust niewielką tabletkę, czując jej lekko gorzkawy posmak. Skrzywiłam się, zaciskając dłonie w pięści. Czekanie na efekty wydawało się trwać wieczność. Upiłam łyka kawy, zabierając się za ścieranie kurzu z mebli. Musiałam zająć się czymś, żeby nie zwariować.
Po skończonej pracy usiadłam na kanapie, rozkładając się na niej. Czułam się dosyć dziwnie. Ogarnęło mnie otępienie, lecz nie to, które znałam do tej pory. Mój oddech był dosyć płytki, a wzrok wyostrzony. Przyciągnęłam nogi pod klatkę piersiową, kurczowo obejmując łydki. Kwas zaczął działać. Przed moimi oczami wirowały barwne kształty, a dźwięki muzyki wydawały się głośniejsze. Uśmiechnęłam się, subtelnie odchylając głowę. Przedstawienie czas zacząć.
– Wiem, że gdzieś tutaj jesteś – mruknęłam, czując, jak przez moje ciało przelatuje dreszcz. – Wreszcie spotkamy się na moich warunkach – wyszeptałam, co raczej zabrzmiało jak pytanie.
Pomimo że moje ciało było rozgrzane, doświadczyłam powiewu chłodnego powietrza. Westchnęłam niespokojnie, rozglądając się po pomieszczeniu.
– Tak ci się tylko wydaje. – Usłyszałam jego głos, nerwowo poszukując wzrokiem mojego rozmówcy. Na marne.
sobota, 25 lutego 2017
63. Live while we're young
Przekręciłam
się na drugi bok, cicho pomrukując. Powoli zaczynałam odzyskiwać świadomość.
Otworzyłam oczy, kilkukrotnie nimi mrugając. Rażące światło wywoływało ich ból.
Przetarłam powieki, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyglądało znajomo,
aczkolwiek nie było to moje mieszkanie. Podniosłam się raptownie, równie szybko
żałując tej decyzji. Obraz przed oczami zaczął wirować. Dopiero teraz pulsujący
ból głowy zaczął dawać o sobie znać.
– Obudziłaś
się – zauważył obojętnie.
Skrzywiłam
się, słysząc jego głos. Reagowałam podobnie na każdy bodziec, który docierał do
mnie niczym fala uderzeniowa. Wszystko w spowolnionym tempie układało się w
mojej głowie. Zaczęłam należycie odbierać otaczającą mnie rzeczywistość.
Siedziałam na kanapie w salonie Gunsów, a przede mną stał Steven.
– Ciszej –
mruknęłam, posyłając mu nikłe spojrzenie.
Uśmiechnął
się, poddając mi parujący kubek.
– Trzymaj.
Przyda ci się.
Niepewnie
zacisnęłam palce na gorącej ceramice. Gwałtownie zaczerpnęłam łyka napoju,
jednocześnie parząc sobie język. Skrzywiłam się, odsuwając kubek od ust. W
środku znajdowała się kawa. Cholernie gorzka i równie bardzo mocna.
– Co to,
kurwa, jest? – spytałam, nie kryjąc niezadowolenia. Owa mieszanka dodatkowo
spotęgowała mdłości, które mnie dręczyły.
– Kawa i
aspiryna. Najlepsze na kaca.
Usiadł obok,
gestem dłoni zachęcając mnie do dalszego picia. Popatrzyłam na niego
podejrzliwie. Przełknęłam ślinę, próbując zmusić się do dalszej konsumpcji
napoju.
– Niedobrze mi
– rzuciłam krótko, gwałtownie strzepując koc i ruszając w stronę łazienki.
Zdążyłam w
ostatniej chwili. Po wszystkim poczułam się nieco lepiej. Tylko posmak żółci,
który pozostał w moich ustach, nieco mi przeszkadzał. Doczołgałam się pod
umywalkę, odkręcając kurek z zimną wodą. Przepłukałam usta, następnie jedną
ręką przemywając twarz. Spojrzałam w lustro, oddychając ciężko. Pozostałości po
wczorajszym makijażu rozmyły się, pozostawiając na moich policzkach smoliste
plamy.
– Wszystko w
porządku? – spytał Steve, zapukawszy do drzwi.
Przełknęłam
ślinę, ostrożnie siadając na podłodze. Nadal świat wokół mnie nieco wirował,
ale nie było już tak tragicznie.
– Tak –
zawołałam, co trochę mnie kosztowało. – Możesz wejść – dodałam, przymykając
powieki.
Delikatnie uchylił drzwi,
wchodząc do środka. Słyszałam jego ciężkie kroki, czując woń jego ciała.
Pachniał wódką, przez co nieco się skrzywiłam. Podszedł na tyle blisko, że
czułam na policzku jego w miarę stabilny oddech. Niepewnie otworzyłam oczy,
zaciskając dłoń w pięść. Nie pomogło, świat wirował nawet bardziej.
– Pij, będzie
już tylko lepiej – oznajmił z troską, podając mi kubek.
Westchnęłam,
niemal na raz wypijając jego zawartość. Skrzywiłam się, ponownie czując ten
okropny posmak. Oparzyłam sobie całą jamę ustną, ale przynajmniej nie będę
musiała znowu tego pić. No chyba, że po raz kolejny zwrócę całą zawartość
mojego żołądka.
Przytkałam
usta wierzchem dłoni, oddychając głęboko przez nos. Chciałam jakoś poradzić
sobie z powracającą falą narastających mdłości.
– Na pewno
wszystko w porządku? – dopytywał Steven, delikatnie przejeżdżając palcami
wzdłuż mojego odkrytego ramienia.
Pokiwałam
głową, niepewnie przełykając ślinę. Powoli zaczynało mi przechodzić. Odsunęłam
dłoń, łapczywie nabierając hausty powietrza.
– Chyba już do
końca życia nie wezmę do ust ani kropli alkoholu – wysapałam, pozwalając, żeby
grymas zniknął z mojej twarzy.
Chłopak
zaśmiał się, siadając naprzeciwko mnie.
– Teraz tak
mówisz, potem ci się odwidzi – stwierdził, uśmiechając się.
– Istnieją
jeszcze proszki – wspomniałam, obojętnie wzruszając ramionami. Przyciągnęłam
kolana pod brodę, opierając na nich podbródek.
Pokiwał głową,
zastanawiając się nad czymś. Bacznie obserwowałam rysy jego zmęczonej twarzy.
Wyglądał, jakby od dłuższego czasu nie zmrużył oka.
– Lubisz
eksperymentować? – spytał nieoczekiwanie.
– Trochę. –
Uśmiechnęłam się niewyraźnie, co nieco mnie kosztowało. – A ty?
Zaśmiał się,
rozprostowując nogi. Odkąd go poznałam, sprawiał wrażenie wiecznie
szczęśliwego. Takie duże dziecko, które żyje beztrosko.
– Zadajesz
takie pytanie rasowemu ćpunowi? – Zdziwił się, wskazując na siebie palcem. –
Oczywiście, że lubię. W końcu tylko raz jest się młodym.
– Nie boisz
się? – dociekałam.
niedziela, 19 lutego 2017
62. Sometimes goodbye is a second chance
– Wychodzę! –
zawołałam, zarzucając na siebie brunatne futro.
Było okropne i wyglądałam w nim
jak jakaś hrabina, która widzi wyłącznie czubek własnego nosa. Jednak Eddiemu
się podobało. W końcu to on je kupił i nakazał, abym tego wieczoru je założyła.
Odpowiedziała mi milczeniem.
Siedziała u siebie w pokoju. Jest zbyt
zajęta, pomyślałam. Przełożyłam klucz w drzwiach, następnie przekręcając go.
Zjechałam windą, szukając w torebce papierosów. Potrzebowałam dawki nikotyny na
odstresowanie. Co prawda miałam w zapasie coś mocniejszego, aczkolwiek wolałam
to zostawić na później.
Szybkim krokiem opuściłam
budynek, trzaskając potężnymi, szklanymi drzwiami. Zaczerpnęłam świeżego
powietrza, przymykając powieki. Tego potrzebowałam – chwili wytchnienia. Włożyłam
do ust mentolowego papierosa, następnie go odpalając. Zaciągnęłam się
tytoniowym dymem, powoli go wypuszczając. Miałam wrażenie, że im dłużej jest we
mnie, tym lżejsza się staję. Drżącą ręką strzepnęłam popiół. Nie dało się nie
zauważyć, że pierwszy raz od dawna dopadł mnie stres. Ostatnimi czasy miałam
małą przerwę, przez co nieznacznie się odzwyczaiłam. Westchnęłam, obracając się
na pięcie. Dostrzegłam grupkę młodych chłopaków, którzy śmiali się, wytykając
mnie palcami. Domyślali się, kim byłam? A może znali prawdę? Przygryzłam wargę,
odwracając od nich wzrok. Może wcale nie
chodziło im o mnie, pomyślałam, uśmiechając się niewyraźnie.
Zmrużyłam oczy, zauważając
oślepiające światło reflektorów. Dopaliłam papierosa, wyrzucając niedopałek.
Samochód podjechał bliżej, zatrzymując się na wolnym miejscu. Nie wyłączając
silnika, odsunął do połowy szybę. Otworzyłam szerzej oczy, mrugając nimi. Znowu
ogarnęła mnie spowijająca miasto ciemność. Mężczyzna wychylił się, posyłając mi
zawadiacki uśmiech. Poczułam, jak rośnie we mnie obrzydzenie.
– Victoria –
wzdrygnęłam się, usłyszawszy swoje imię padające z jego ust – wsiadaj –
zaproponował, zachęcająco machając ręką.
Doskonale wiedziałam, że był to
raczej rozkaz niż sugestia. Znałam Eddiego nie od dziś. Nie znosił sprzeciwów.
Wszystko musiało odbywać się według jego planu.
Czułam, jakbym miała nogi z waty.
Wykonanie tych kilku kroków wydawało się najtrudniejszą czynnością tego
wieczoru. A to był dopiero początek.
Wsiadłam do pojazdu, niemal
natychmiast zapinając pasy. Do moich nozdrzy dotarł przyjemny zapach piżmowych
perfum. Zadbał o każdy detal.
– Masz jakieś
konkretne życzenia? – spytał, szukając odpowiedniej stacji radiowej.
Zaplotłam palce, nerwowo nimi
poruszając.
– Nie –
niemalże wyszeptałam, odruchowo kręcąc głową.
Uśmiechnął się triumfalnie.
Widział, jak reaguję na jego towarzystwo. Górował nade mną, co niezmiernie go
satysfakcjonowało.
Włączył jakąś płytę z muzyką
klasyczną, następnie odjeżdżając z parkingu, w którym staliśmy. Zerknęłam na
niego kątem oka, z trudem przełykając ślinę. W niektórych miejscach na jego
głowie można było wyodrębnić skupiska siwych włosów. Również niewielkie
zmarszczki, pokrywające jego twarz, wydawały się pogłębić.
– Podoba ci
się sukienka? – zagadał, nie spuszczając wzroku z jezdni.
– Jasne –
przytaknęłam niepewnie, rozprasowując na udach skrawek jasnoróżowego materiału.
Nie cierpiałam tego koloru,
chociaż krój sukienki był całkiem niezły. Aczkolwiek nie mogłam mu o tym
powiedzieć. Jego reakcja była nieprzewidywalna.
– Cieszę się –
oznajmił, subtelnie unosząc kącik ust. – Pasuje ci do oczu – dodał.
Zarumieniłam się nieznacznie.
Chyba nadal nie przyzwyczaiłam się do komplementów, które w sumie rzadko
dostawałam. Westchnęłam niespokojnie, przenosząc swój wzrok na mijane ulice.
Nie wiedziałam, czy mówił prawdę. Jak na razie próbował stworzyć wokół siebie
otoczkę czułego, wręcz idealnego faceta. Potrafił doskonale maskować swoją
naturę mężczyzny, który przedmiotowo traktował kobiety.
Reszta drogi minęła nam w
podobnej atmosferze. On zadawał jakieś pytania, na które ja zdawkowo
odpowiadałam. Jak do tej pory nie skomentował mojego niecodziennego zachowania.
Wyłączył Sonatę księżycową Beethovena,
parkując w wyznaczonym miejscu. Znaleźliśmy się pod budynkiem jednej z
prestiżowych restauracji w tym mieście. Podobno odwiedzała ją już śmietanka
towarzyska amerykańskiego kina lat dwudziestych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





