sobota, 27 maja 2017

It's time to say goodbye?

Z powodu braku odzewu pod ostatnim rozdziałem zawieszam działalność na blogspocie na czas nieokreślony.
Było mi bardzo miło, ale od pewnego czasu Wasze zainteresowanie jest niemalże zerowe. 
Może wrócę, nie wiem. Teraz wszystko jest w Waszych rękach.

Buziaczki 😘
ally 

EDIT
Wstawię te kilka ostatnich rozdziałów, jak już ogarnę ocenki, formalności itp 😉 

poniedziałek, 22 maja 2017

68. Light a candle for the sinners, set the world on fire






    – Długo jeszcze? – spytała zniecierpliwiona Joy, opierając łokcie o ladę.
    Uśmiechnęłam się pod nosem, odkładając książki na właściwą półkę.
    – Musiałam posprzątać – poinformowałam, wracając na swoje miejsce. – Ten chłopak po prostu nie mógł zdecydować się na jeden egzemplarz, a na więcej nie było go stać.
    Założyłam kosmyk za ucho, otwierając kasę. Jeszcze tylko parę drobnostek i będę wolna. Ta myśl dawała mi dużo pozytywnej energii.
    – Możemy już? – dociekała, kartkując przypadkowy atlas.
    – Tylko podliczę zysk – zanuciłam, zatracając się w swoich obowiązkach.
    Usłyszałam, jak wzdycha przeciągle, kręcąc się po księgarni. Nie przejęłam się tym zbytnio. Im wcześniej skończę, tym szybciej dotrzemy do klubu. Już w zeszłym tygodniu obiecałam Joy, że pójdę z nią na drinka po pracy. Dziewczyna starała się trzymać mnie za słowo. W dodatku Eddie ostatnio dał mi klika dni wolnego, co nieco mnie zdziwiło. Czyżby już zamierzał się zwinąć?
    Przekręciłam klucz w drzwiach, szarpiąc za klamkę, aby upewnić się, że na pewno je zamknęłam. Wsiadłyśmy do mojego samochodu, który stał nieopodal. Ostatnimi czasy nie wyobrażał sobie innego środka transportu.
    – Gdzie jedziemy? – spytałam, przekręcając kluczyk w stacyjce.
    – Obojętnie – oznajmiła, zapinając pas. – Chyba Psycho jest najbliżej – stwierdziła, przeczesując włosy palcami.
    Pokiwałam głową, włączając radio. Akurat na mojej ulubionej stacji leciało Come Together Beatlesów. Uśmiechnęłam się, nucąc piosenkę pod nosem.
    – Jak tam twoje plany na przyszłość? – zagadała dziewczyna, zakładając nogę na nogę.
    – Dobrze – odpowiedziałam. Cieszyłam się, że ostatnimi czasy mogłam to przyznać. – Jak uzbieram trochę kasy, to zabieram się za skończenie szkoły. Później pójdę na jakiś uniwerek albo coś.
    Uśmiechałam się jak głupia. Niby to był typowy plan na życie każdego nastolatka. Jednak dla mnie uchodził on za szansę na spełnienie marzeń. Może w końcu mogłabym składać papiery na jakąś szkołę na Broadwayu?
    – Do tej pory zostajesz w Les Livres czy zamierzasz szukać czegoś nowego? – dociekała, przeglądając kasety, które znajdowały się w schowku.
    – Lubię swoją pracę – przyznałam. – Pan Rosenberg całkiem dobrze płaci, a poza tym jest wyrozumiały. Docenia to, że się staram.
    Zatrzymałam samochód na światłach, stukając paznokciami o brzegi kierownicy. Pomimo dobrego humoru miałam ochotę się odstresować. Do tej pory jeszcze nie odreagowałam wydarzeń minionego tygodnia.
    – Wie, czym się zajmujesz po godzinach? – spytała niepewnie, posyłając mi krótkie spojrzenie.
    Zacisnęłam dłonie na kierownicy, próbując stłamsić reakcję mojego ciała. Drażnił mnie ten temat. Wstydziłam się swoich decyzji. Wtedy nie myślałam trzeźwo, działałam pod presją. Próbowałam ukrywać moje nocne zajęcie, ale czasami było to trudniejsze niż mi się wydawało.

niedziela, 14 maja 2017

67. I cannot keep what isn't mine




Wyszłam za zewnątrz, od razu nabierając świeżego powietrza. Przyjemny wiaterek ochładzał moją twarz. Chociaż nie byłam w środku nie wiadomo ile czasu, zdążyłam poczuć się przytłaczająco przez ten cały tłum ludzi. Wyciągnęłam z kieszeni paczkę papierosów, następnie odpalając jednego.
– I co? – spytał z ciekawością Axl.
Dopiero teraz zauważyłam postać rudzielca, który opierał się o słup z ogłoszeniami. Był sam, z czego wywnioskowałam, że udało mu się spławić małolaty.
– Nie ma jej tam – westchnęłam, strzepując popiół. Zaczął kręcić głową. On też już miał dosyć tych całych poszukiwań. – Ale wiem, gdzie może być – dodałam nieco pewniej, uśmiechając się subtelnie.
Spojrzał na mnie. Jego wzrok przepełniało zmęczenie, ale mimo niego udało mi się znaleźć iskierkę radości. Tak samo jak ja spodziewał się szczęśliwego zakończenia. Inne nie wchodziło w grę.
– Gdzie? – dociekał, odchodząc od podparcia.
Już otworzyłam usta, żeby przekazać mu nazwę miejscowości, kiedy nagle do naszych uszu doszło czyjeś wołanie.
– Vicky!
W naszą stronę truchtał Greg, który zapewne wyjechał niedługo po nas. Musiał sobie przypomnieć, że umknął mu pewien istotny szczegół.
– Zapomniałeś mi powiedzieć o domku w Vistcie – wypomniałam, zaciągając się dymem.
Stanął obok nas, próbując złapać oddech. Przewrócił oczami, chcąc znaleźć dobry argument.
– Przepraszam – mruknął, spoglądając na mnie błagalnym wzrokiem. – Przez to wszystko na śmierć zapomniałem, że dałem jej kluczyki.
Uśmiechnęłam się przyjaźnie. Dobrze, że jednak sobie przypomniał. W końcu kto, jak nie on mógł zlokalizować owe miejsce.
– Zawieziesz mnie tam? – spytałam, zauważając w oddali jego samochód.
Axl odchrząknął, w ten sposób zwracając na siebie uwagę. Nie zapomniałam o nim. Po prostu nie chciałam go niepotrzebnie fatygować. Już i tak bardzo mi pomógł.
– Dziękuję bardzo – zwróciłam się w stronę rudzielca. – Nawet się nie spodziewałam, że mogę liczyć na takie wsparcie z twojej strony. – Wyciągnęłam z kieszeni kluczyki i podałam mu je. – Wróć moim, a ja pojadę z Gregiem. – Spojrzał na metalowy przedmiot, a następnie na mnie. Chciał coś powiedzieć, ale weszłam mu w słowo. – Tak będzie lepiej.
– Skoro tak mówisz – westchnął bez przekonania. – Pozdrów ode mnie Nicole – dodał na odchodne, zmierzając w stronę zaparkowanego kawałek dalej BMW.

niedziela, 7 maja 2017

66. I can't hide what I've done, scars remind me of just how far I've come




– Vicky? Co ty tutaj robisz?
Odwróciłam się, usłyszawszy jego głos. Uśmiechnęłam się niewyraźnie. Coś czułam, że mógł mi pomóc. Zrobiłam kilka kroków na przód. Musiałam mu streścić wszystkie ważne wydarzenia dzisiejszego dnia. Razem na pewno coś wykombinujemy. Zatrzymałam się kilka centymetrów przed jego postacią, przypomniawszy sobie o dosyć istotnym szczególe. Od kilku godzin nie miałam żadnego kontaktu od Nicole i na dobrą sprawę nawet nie wiedziałam, gdzie mogłaby być…
– Nicole – mruknęłam niewyraźnie, skupiając swoje nieobecne spojrzenie na czubkach jego butów.
– Coś się stało? – spytał z troską.
Przeniosłam wzrok na jego twarz. Zmarszczył brwi, okazując niewiedzę.
– Axl, musisz mi pomóc – oznajmiłam półszeptem.
Chłopak podszedł bliżej, przejeżdżając dłonią po moim ramieniu. Chciał w jakiś sposób okazać mi wsparcie. Doceniałam to, nawet bardzo. Aczkolwiek jednocześnie bałam się, że jak dowie się prawdy, to nie będzie chciał mnie znać. Nie przeżyłabym kolejnej straty…
– No wiesz, to zależy do czego chcesz mnie wykorzystać – próbował mnie rozśmieszyć, co po części mu się udało. Na mojej twarzy dosłownie na moment zagościł subtelny uśmiech.
– Nicole wie o wszystkim – odparłam z trudem, posmutniawszy natychmiastowo.
– Powiedziałaś jej? – spytał wysokim głosem, mimo wszystko próbując opanować negatywne emocje. Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
– Nie – zaprzeczyłam krótko, odwracając wzrok. – Rosie jej powiedziała.
Wokalista odsunął się nieznacznie, opierając ręce na biodrach. Wyglądał na kompletnie zdziwionego. Moje zdawkowe odpowiedzi ani trochę nie przybliżały go do prawdy.
– A jej kto powiedział? – spytał ostrożnie.
Zaczekałam chwilę z odpowiedzią. Musiałam rozważyć, czy mówić mu wszystko, czego dowiedziałam się od blondynki czy tylko przytoczyć najistotniejsze fakty. Axl jednak trochę się niecierpliwił i ponaglał mnie, kilkukrotnie odchrząkując.
– Eddie jest jej biologicznym ojcem – oznajmiłam. Mówienie tego po raz kolejny przychodziło już nieco łatwiej. – Spotkała się z nim i wtedy powiedział jej prawdę.
Rose zaklął pod nosem, śmiejąc się ironicznie. Nikt nie chciał w to wierzyć. Może jednak nadal śniłam? Zdecydowanie nie. Mój mózg nie był aż tak dobry, żeby odtworzyć ten okropny chłód.
– Co robimy? – westchnął, przestając chodzić w kółko.
Rosie raczej należała do spraw zamkniętych. Duff tym bardziej, chociaż nadal łudziłam się, że kiedyś mi wybaczy. Podobnie Hooter. Zostawała tylko Nicole… Martwiłam się na samo wspomnienie jej osoby. Nie znała tego miasta. Sama dokładnie nie wiedziałam, gdzie co było, a mieszkałam tu od dłuższego czasu. Wzdrygnęłam się, kiedy przez moją głowę przeleciała myśl, iż mogła spać w jakimś przytułku dla bezdomnych. Gregowi z pewnością nie wybaczyła. Wydawała się być zdecydowaną i pamiętliwą osobą.
– Musimy jej poszukać – bardziej zleciłam niż zaproponowałam. – Tylko, że nie mam pojęcia, gdzie mogłaby być.
Przytknęłam lodowatą dłoń do czoła. Czułam pulsujący ból, który prawdopodobnie został spowodowany nadmiarem emocji.
Chłopak podszedł bliżej, stając naprzeciwko mnie. Odgarnął miedziane kosmyki, które wiatr usilnie próbował wepchnąć mu do ust. Jego twarz oświetlało chłodne światło ulicznej lampy. Byliśmy tylko we dwójkę. Mało kto z własnej woli kręcił się w tej okolicy po zmroku.
– Vicky, musisz się skupić – polecił. Jego głos przyjemnie koił moje bębenki. Przymknęłam oczy dla polepszenia rezultatu. – Zastanów się. Co o niej wiesz? Miała jakieś koleżanki czy coś? Może chodziła w jakieś konkretne miejsca?
Próbowałam odtworzyć nasze krótkie i nieco wymuszone rozmowy. Musiała kiedyś powiedzieć coś więcej. Przecież to tylko mały odcinek czasu. Łatwo powiedzieć. Samego dzisiejszego dnia wydarzyło się więcej niż przez cały poprzedni tydzień.
– Mówiła coś o jakieś Corinne albo Connie – mruknęłam, otwierając oczy. – Nie pamiętam. Wiem, że miała na nazwisko Taylor.
Prychnął pod nosem, uśmiechając się gorzko. Chyba taka odpowiedź go nie satysfakcjonowała. Mnie z resztą też.
– Wiesz ile ludzi o nazwisku Taylor mieszka w Los Angeles? – spytał retorycznie, utrzymując ze mną kontakt wzrokowy. – Gdybyśmy chcieli dzwonić do każdego z nich, to nie skończylibyśmy przed wakacjami.
Przygryzłam nerwowo wargę. Musiała coś jeszcze powiedzieć. Znała się z tą dziewczyną ze szkoły. Polubiły się. W środę… Nie, to było raczej wczoraj. Powiedziała, że idzie się z nią spotkać. Specjalnie pytała, jak może dotrzeć do…
– Ściana z graffiti przy Lime Street – wybełkotałam, wypowiadając na głos swoje myśli.
Chłopak wydawał się być bardziej ożywiony, usłyszawszy tę wiadomość.
– To już coś – skomentował z nutką entuzjazmu w głosie. – To co, jedziemy tam?
Spojrzałam na niego pytająco. Czy on powiedział my? Nie, raczej się nie przesłyszałam.
– Jesteś pewien? – upewniałam się. Pokiwał głową. – Przecież jestem twoim śmiertelnym wrogiem.
Uśmiechnął się łobuzersko, wodząc wzrokiem po chodniku.
– Powiedziałbym, że możemy zawiesić broń, ale to raczej nie poskutkuje – zaśmiał się. – Czemu nie? Może być ciekawie.
– Czy ty nawet w poważnej sprawie musisz zachowywać się jak idiota?
Udawał, że się chwilę zastanawia, po czym przytaknął. Przewróciłam teatralnie oczami. Zapowiadała się długa noc…
Nie zwracając na niego uwagi, zdecydowanym krokiem podążyłam w stronę podjazdu przed Hell House, gdzie zaparkowałam samochód. Po chwili usłyszałam za sobą ciężki oddech Axla. Próbował mnie dogonić, co nie było zbyt trudne.
– Ćwiczysz szybki marsz? – spytał, chichrając pod nosem.
Podobno wmawianie sobie, że jest się kwiatem lotosu pomaga. W moim przypadku na pewno nie. Nie z nim.
– Nie. Zastanawiam się w jaki sposób wyłącza się u ciebie tryb idioty – odparowałam, nie zwalniając kroku.
Nie musiałam długo czekać, aż jego postać pojawi się obok mnie. Starałam się nawet na niego nie zerkać. Vicky, tylko spokój cię uratuje. Nie zapomnij o oddychaniu.
– Lubisz udawać obrażoną, nie? – odezwał się po chwili ciszy.
Zlekceważyłam go, otwierając drzwi od strony kierowcy.
– Nieładnie tak nie odpowiadać – skomentował z wyższością.
Zatrzymałam się, posyłając mu wymowne spojrzenie. Nie miałam ani ochoty, ani siły na odpieranie jego głupkowatych zaczepek. Sprawa była poważna, a on jak zawsze zachowywał się infantylnie.
– Mam coś do załatwienia, więc proszę, nie przeszkadzaj – westchnęłam dosadnie. Już prawie znajdowałam się we wnętrzu pojazdu.
– Chciałbym, tylko że jest jeden mały problem. Ty nie wiesz, gdzie jest Lime Street – zaakcentował, powodując, że zdecydowałam się wysłuchać, co ma do powiedzenia. – A tak się akurat składa, że byłem tam kilka razy i mogę cię ponawigować.
Cholera! Miał rację. Nie znałam zbyt dobrze Los Angeles. Ba, nawet krążąc po mieście nie znalazłabym pożądanego miejsca. Chcąc, nie chcąc, musiałam wziąć go ze sobą.
Westchnęłam przeciągle, spoglądając na niego spode łba. Stał z rękami w kieszeni i uśmiechał się cwaniacko. Wiedział, że już mógł świętować triumf. Po raz… kolejny.
– Dobra – mruknęłam od niechcenia. – Wsiadaj. – Na jego twarzy pojawił się szerszy uśmiech. Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej pojazdu. – Tylko mam jeden warunek – uprzedziłam go.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, jaśnie pani – zakpił, tłamsząc śmiech.
Uśmiechnęłam się mimowolnie. Jak wytrzymam z nim dłużej niż godzinę, to chcę medal.
– Ja prowadzę.
Zatrzymał się na chwilę. W mgnieniu oka uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Nie powinnaś w tym stanie… – zaczął swoją gadkę umoralniającą, ale w porę mu przerwałam.
– Daj spokój – jęknęłam ze znudzeniem. – Tylko w taki sposób mogę przestać myśleć o niej – dodałam już nieco poważniej.
Nie odezwał się. Posłusznie zajął miejsce pasażera, zapinając pas. Zrobiłam to samo, poprawiając lusterko. Niby było dobrze ustawione, ale wolałam się upewnić. W takich sytuacjach stawałam się bardziej przewrażliwiona niż na co dzień.
– Zobaczysz – westchnął z entuzjazmem. – Będziemy jak Bonnie i Clyde.

sobota, 22 kwietnia 2017

65. I think I'm dumb or maybe just happy





–  Nie wiem, co powinnam teraz zrobić – mruknęłam, chowając głowę między kolana.
Siedziałam na dywanie w salonie i byłam na kolejnym tripie tego dnia. Tym razem jednak James, a raczej jak stwierdził – wytwór mojej wyobraźni, wydawał się nieco bardziej przyjaźnie nastawiony. Zajmował miejsce na kanapie, zapewne patrząc na mnie z wyrozumiałością. Tego nie wiedziałam. Widziałam jedynie ostre krawędzie przedmiotów, natomiast ich wnętrze wypełniały barwne kształty.
– Dosyć ciekawie to rozegrałaś – zaśmiał się. Podniosłam głowę, zauważając jak zakłada nogę na nogę. – Nigdy nie byłaś mistrzem planowania, Victorio.
Prychnęłam, przewracając oczami. Miał rację. Zawsze starałam się mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Jednak im bardziej się do tego przykładałam, tym gorszy był skutek.
– Tego akurat nie planowałam – przyznałam, wzdychając głęboko. – Muszę coś zrobić.
Przeniosłam wzrok na kontury jego twarzy. Obraz przyjemnie wirował mi przed oczami, ukazując niemal całą paletę barw. Przełknęłam ślinę, niepewnie się uśmiechając. Nawet nie myślałam, że złudna rzeczywistość może być taka fajna.
– A czym będzie to coś? – dociekał. Przez moment poczułam się, jakbym była na jakiejś terapii.
– Nie wiem jeszcze – mruknęłam bez przekonania, obejmując golenie. – Liczyłam, że może mi pomożesz.
Zaśmiał się przenikliwie. Wstał z miejsca i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Starałam się śledzić wzrokiem  każdy jego ruch, co nie było proste. Robiło mi się niedobrze.
– Przecież nie ma różnicy, czy to ja powiem czy ty – stwierdził, uśmiechając się łobuzersko. Przygryzłam wargę, starając się nie ulec mu po raz kolejny. – Czuję się jak jakiś pieprzony psychoanalityk.
Uśmiechnęłam się ironicznie. Właśnie tym był. Miał pomagać mi pokonać mój strach i pojawiające się niemal każdej nocy koszmary. Odbywaliśmy swego rodzaju terapię – ja i James. Nie umiałam przyswoić sobie, że tak naprawdę to nie był on. Wizja spotykania swojego zmarłego narzeczonego wydawała się przyjemniejsza.
– Przynajmniej teraz mam z ciebie jakiś pożytek – prychnęłam.
Nie zdążyłam w porę ugryźć się w język, czego teraz żałowałam. Przecież James był zdolny do wszystkiego. Już sobie wyobrażałam, jak eksploduje z niego cała złość. Zamarłam na moment, bacznie obserwując jego zachowanie. Usiadł na podłokietniku zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ode mnie.
– Cieszę się – rzucił nieco przygaszonym głosem, wywołując u mnie zdezorientowanie.
– Nie krzyczysz? – spytałam niepewnie, marszcząc brwi.
Rozłożył ręce, poszerzając uśmiech.
– Jak widać. Zachowuję się dosyć podobnie jak ty.
Czyli zamiast Jamesa odbywałam sesję z drugą mną tylko że w wersji męskiej? Nawet podobnie siedział. Mój lęk zmniejszył się, ustępując miejsca spokojowi. Odetchnęłam z ulgą. Czyżbym mogła to kontrolować?
– Czyli już zawsze będziesz miły i pomocny? – upewniłam się.
Skrzywił się nieznacznie, zakładając ręce na piersi. To nie świadczyło o niczym dobrym.
– To zależy – jęknął przeciągle. – Wcześniej było nieprzyjemnie, bo bałaś się mnie. Nie wiedziałaś, czego możesz się spodziewać. Teraz jest miło, bo nie czujesz strachu. Po części to przez heroinę, która nieco cię znieczuliła. Poza tym oczekujesz wsparcia od bliskiej osoby.
Uśmiechnęłam się gorzko. Specjalnie wywoływałam halucynacje, bo potrzebowałam czyjejś bliskości? Zdecydowanie nie. Robiłam to, bo chciałam usłyszeć jego głos, zobaczyć jego wyraźnie zarysowaną postawę, poczuć ciepło jego dłoni. W snach to nie było to samo. Tam mogłam czuć się jak w kinie. Teraz miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie.
– Potrzebuję wsparcia, dlatego rozmawiam z wytworem swojej wyobraźni? – spytałam, nawet nie próbując powstrzymać śmiechu.
Wzruszył ramionami. Zdawało się, że faktycznie nie zna odpowiedzi na to pytanie.
– Nie jestem Bogiem ani nic z tej rzeczy. Dla ciebie jestem Jamesem Hooverem, którego kochałaś i do tej pory obwiniasz się za jego śmierć.
Jego słowa jeszcze przez chwilę wybrzmiewały w moich uszach. Oparłam podbródek o kolana, głębiej zastanawiając się nad ich sensem. Miał rację. Chciałam odpokutować za coś, czego nie zrobiłam. Kochałam go, pomimo że mnie krzywdził. Cholera! Uświadomiłam sobie, że nadal tkwiłam w tej toksycznej relacji. Mimo że jego już nie było. Nie pogodziłam się z jego śmiercią, przez co mnie nachodził. Sama chciałam, żeby był blisko. Dopiero teraz wszystko zaczęło układać się w jedną całość. Powinnam z tym zerwać, przestać. Każde wracanie do tamtego okresu sprawiało zbyt dużo bólu. Jednak nie potrafiłam inaczej…
– Zbyt dużo myślisz – wtrącił, wyrywając mnie z letargu. – Po prostu przestań.
Spojrzałam na niego z podejrzliwością. Nie wiedziałam, o co mogło mu chodzić. Wcześniej zdarzało nam się pomilczeć. Oboje twierdziliśmy, że lepiej rozumiemy się bez słów niż z nimi.
– Nie rozumiem… – mruknęłam, odruchowo kręcąc głową.
Przytaknął z aprobatą, wywołując u mnie jeszcze większą dezorientację. Nie potrafiłam go rozszyfrować. Mój James wydawał się być mniej skomplikowany w obsłudze. Ten co chwilę okazywał się stanowić jeszcze większą zagadkę.
– Znam cię lepiej, niż ci się wydaje – odpowiedział.
– Czytasz mi w myślach? – spytałam niepewnie. Z nim wszystko było możliwe.
– Nie zaprzeczę – jęknął przeciągle, pochylając się nieznacznie. – Super, nie?
Roześmiał się serdecznie, wstając. Podszedł kilka kroków, następnie siadając na podłodze. Znajdował się dosyć blisko, przez co mogłam poczuć jego zapach, który przyjemnie drażnił moje nozdrza. Dostał te perfumy ode mnie na gwiazdkę.
– Co jeszcze potrafisz? – dociekałam, podkulając nogi. Chyba powoli zaczęliśmy przełamywać lody.
– Wiele rzeczy – odparł wymijająco, wodząc wzrokiem po ścianach.
Barwy powoli zaczynały zanikać, a obraz stawał się coraz bardziej rzeczywisty. Dopiero teraz dostrzegłam mężczyznę ubranego w czarny garnitur. Wyglądał olśniewająco. Był nawet przystojniejszy, niż go zapamiętałam. Blizna na jego prawym policzku w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła.
– Musiałabym umrzeć, żeby być taka jak ty? – spytałam z ciekawości, niepewnie podnosząc dłoń. Tak bardzo chciałam dotknąć opuszkami palców jego skóry.

sobota, 15 kwietnia 2017

64. Just keep me where the light is



     Podkręciłam wydobywające się z głośników dźwięki utworów z debiutanckiej płyty Toxic Bliss. Chociaż dostałam ją prawie dwa miesiące temu, dopiero teraz znalazłam czas na odsłuchanie jej. Nastawiłam wodę na kawę, robiąc sobie niewielką przerwę w sprzątaniu
     Od ostatniego incydentu unikałam Hell House jak ognia. Tu nawet nie chodziło o dziwne uczucie wstydu. Po prostu Steven podłapał temat i zaczął nam kibicować. Tylko że żadnych nas nie było i ani ja, ani Axl nie chcieliśmy tego zmieniać.
     Zalałam wrzątkiem aromatyczny proszek, rozsiadając się na kuchennym krześle. Po mojej prawej leżał przygotowany zestaw do iniekcji. Patrzyłam na niego przez dłuższą chwilę, nerwowo zaciskając palce na gorącej ceramice  Nie byłam na głodzie. Stan, w jakim się znajdowałam można było nazwać łaknieniem. Zamierzałam jak najdłużej pozostać czysta, ale w razie kryzysu miałam wszystko przygotowane.
     Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podobnie było ze mną i heroiną. Na początku brałam ją jedynie dla dobrego samopoczucia. Pozwalała mi wyciszyć się, zapomnieć o problemach i odciąć się od rzeczywistości. Złudnie leczyła rany, które mi zadano. Jednak kiedy jej działanie mijało, ja nadal cierpiałam i nadal tkwiłam w tym zaklętym kole. Później przyjemność stopniowo zanikała, ustępując miejsca rutynie. Z weekendowego narkomana stałam się poważnie uzależnioną ćpunką. Nie mogłam przeżyć dnia bez tej cudownej substancji. Starałam się ze wszystkich sił, ale nadal pozostawałam na dnie przepaści, z której wyjście prowadziło przez długi i stromy korytarz. Wmawiałam sobie, że jak już raz udało mi się pokonać nałóg, to równie dobrze mogę to zrobić ponownie.
     Westchnęłam głęboko, na moment przymykając powieki. Przypomniałam sobie o moim planie, którego szczegóły skrupulatnie dopracowywałam od tygodnia. Jakimś cudem Benowi udało się zdobyć to, czego chciałam. Otworzyłam oczy, odkładając kubek na blat stołu. Wyjęłam z kieszeni dresów listek z kolorowymi tabletkami. Znajdował się tam od jakiegoś czasu, cierpliwie czekając na ten właściwy moment. Obróciłam go w palcach, przyglądając się mu z każdej strony. Przełknęłam ślinę, czując rosnącą w gardle gulę. Podobno na pożądane efekty trzeba czekać około godziny. Przecież nie mam nic do stracenia, pomyślałam, uśmiechając się. Jeśli nie spróbuję, to nie przekonam się, czy to faktycznie działa.
     Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując opanować nerwy. Nie było już odwrotu. Włożyłam do ust niewielką tabletkę, czując jej lekko gorzkawy posmak. Skrzywiłam się, zaciskając dłonie w pięści. Czekanie na efekty wydawało się trwać wieczność. Upiłam łyka kawy, zabierając się za ścieranie kurzu z mebli. Musiałam zająć się czymś, żeby nie zwariować.
     Po skończonej pracy usiadłam na kanapie, rozkładając się na niej. Czułam się dosyć dziwnie. Ogarnęło mnie otępienie, lecz nie to, które znałam do tej pory. Mój oddech był dosyć płytki, a wzrok wyostrzony. Przyciągnęłam nogi pod klatkę piersiową, kurczowo obejmując łydki. Kwas zaczął działać. Przed moimi oczami wirowały barwne kształty, a dźwięki muzyki wydawały się głośniejsze. Uśmiechnęłam się, subtelnie odchylając głowę. Przedstawienie czas zacząć.
         – Wiem, że gdzieś tutaj jesteś – mruknęłam, czując, jak przez moje ciało przelatuje dreszcz. – Wreszcie spotkamy się na moich warunkach – wyszeptałam, co raczej zabrzmiało jak pytanie.
     Pomimo że moje ciało było rozgrzane, doświadczyłam powiewu chłodnego powietrza. Westchnęłam niespokojnie, rozglądając się po pomieszczeniu.
         – Tak ci się tylko wydaje. – Usłyszałam jego głos, nerwowo poszukując wzrokiem mojego rozmówcy. Na marne.

sobota, 25 lutego 2017

63. Live while we're young




Przekręciłam się na drugi bok, cicho pomrukując. Powoli zaczynałam odzyskiwać świadomość. Otworzyłam oczy, kilkukrotnie nimi mrugając. Rażące światło wywoływało ich ból. Przetarłam powieki, rozglądając się po pomieszczeniu. Wyglądało znajomo, aczkolwiek nie było to moje mieszkanie. Podniosłam się raptownie, równie szybko żałując tej decyzji. Obraz przed oczami zaczął wirować. Dopiero teraz pulsujący ból głowy zaczął dawać o sobie znać.

– Obudziłaś się – zauważył obojętnie.

Skrzywiłam się, słysząc jego głos. Reagowałam podobnie na każdy bodziec, który docierał do mnie niczym fala uderzeniowa. Wszystko w spowolnionym tempie układało się w mojej głowie. Zaczęłam należycie odbierać otaczającą mnie rzeczywistość. Siedziałam na kanapie w salonie Gunsów, a przede mną stał Steven.

– Ciszej – mruknęłam, posyłając mu nikłe spojrzenie.

Uśmiechnął się, poddając mi parujący kubek.

– Trzymaj. Przyda ci się.

Niepewnie zacisnęłam palce na gorącej ceramice. Gwałtownie zaczerpnęłam łyka napoju, jednocześnie parząc sobie język. Skrzywiłam się, odsuwając kubek od ust. W środku znajdowała się kawa. Cholernie gorzka i równie bardzo mocna.

– Co to, kurwa, jest? – spytałam, nie kryjąc niezadowolenia. Owa mieszanka dodatkowo spotęgowała mdłości, które mnie dręczyły.

– Kawa i aspiryna. Najlepsze na kaca.

Usiadł obok, gestem dłoni zachęcając mnie do dalszego picia. Popatrzyłam na niego podejrzliwie. Przełknęłam ślinę, próbując zmusić się do dalszej konsumpcji napoju.

– Niedobrze mi – rzuciłam krótko, gwałtownie strzepując koc i ruszając w stronę łazienki.

Zdążyłam w ostatniej chwili. Po wszystkim poczułam się nieco lepiej. Tylko posmak żółci, który pozostał w moich ustach, nieco mi przeszkadzał. Doczołgałam się pod umywalkę, odkręcając kurek z zimną wodą. Przepłukałam usta, następnie jedną ręką przemywając twarz. Spojrzałam w lustro, oddychając ciężko. Pozostałości po wczorajszym makijażu rozmyły się, pozostawiając na moich policzkach smoliste plamy.

– Wszystko w porządku? – spytał Steve, zapukawszy do drzwi.

Przełknęłam ślinę, ostrożnie siadając na podłodze. Nadal świat wokół mnie nieco wirował, ale nie było już tak tragicznie.

– Tak – zawołałam, co trochę mnie kosztowało. – Możesz wejść – dodałam, przymykając powieki.

Delikatnie uchylił drzwi, wchodząc do środka. Słyszałam jego ciężkie kroki, czując woń jego ciała. Pachniał wódką, przez co nieco się skrzywiłam. Podszedł na tyle blisko, że czułam na policzku jego w miarę stabilny oddech. Niepewnie otworzyłam oczy, zaciskając dłoń w pięść. Nie pomogło, świat wirował nawet bardziej.

– Pij, będzie już tylko lepiej – oznajmił z troską, podając mi kubek.

Westchnęłam, niemal na raz wypijając jego zawartość. Skrzywiłam się, ponownie czując ten okropny posmak. Oparzyłam sobie całą jamę ustną, ale przynajmniej nie będę musiała znowu tego pić. No chyba, że po raz kolejny zwrócę całą zawartość mojego żołądka.

Przytkałam usta wierzchem dłoni, oddychając głęboko przez nos. Chciałam jakoś poradzić sobie z powracającą falą narastających mdłości.

– Na pewno wszystko w porządku? – dopytywał Steven, delikatnie przejeżdżając palcami wzdłuż mojego odkrytego ramienia.

Pokiwałam głową, niepewnie przełykając ślinę. Powoli zaczynało mi przechodzić. Odsunęłam dłoń, łapczywie nabierając hausty powietrza.

– Chyba już do końca życia nie wezmę do ust ani kropli alkoholu – wysapałam, pozwalając, żeby grymas zniknął z mojej twarzy.

Chłopak zaśmiał się, siadając naprzeciwko mnie.

– Teraz tak mówisz, potem ci się odwidzi – stwierdził, uśmiechając się.

– Istnieją jeszcze proszki – wspomniałam, obojętnie wzruszając ramionami. Przyciągnęłam kolana pod brodę, opierając na nich podbródek.

Pokiwał głową, zastanawiając się nad czymś. Bacznie obserwowałam rysy jego zmęczonej twarzy. Wyglądał, jakby od dłuższego czasu nie zmrużył oka.

– Lubisz eksperymentować? – spytał nieoczekiwanie.

– Trochę. – Uśmiechnęłam się niewyraźnie, co nieco mnie kosztowało. – A ty?

Zaśmiał się, rozprostowując nogi. Odkąd go poznałam, sprawiał wrażenie wiecznie szczęśliwego. Takie duże dziecko, które żyje beztrosko.

– Zadajesz takie pytanie rasowemu ćpunowi? – Zdziwił się, wskazując na siebie palcem. – Oczywiście, że lubię. W końcu tylko raz jest się młodym.

– Nie boisz się? – dociekałam.