piątek, 30 września 2016

50. My life, my choice





   Bezcelowo spacerowałam ulicami West Hollywood, zażywając przy tym kąpieli słonecznych. Ciemne okulary zakrywały moje lekko podpuchnięte oczy, które tego dnia odrobinę mnie szczypały. W dłoniach obracałam cienkiego, mentolowego papierosa, którego od czasu do czasu podpalałam. Kompletnie nie miałam pomysłu, dokąd mogłabym się udać. Był środek dnia, więc większość klubów po prostu była jeszcze zamknięta. Wypuściłam aromatyzowany dym, jednocześnie zbliżając się do przejścia dla pieszych. Już z daleka widziałam zielone światło i gdybym tylko szła nieco szybciej, z pewnością bym zdążyła. Jednak nie śpieszyłam się, nie było po co. Mijały mnie kolejne samochody, które pozostawiały po sobie niemiły zapach spalin. Trwałam w konsternacji, co od jakichś dwóch tygodni non stop mi się zdarzało. Nawet nie zorientowałam się, kiedy światło się zmieniło. Wytrąciłam się z rozmyślań i przeszłam na drugą stronę. Rozejrzałam się dookoła, dostrzegając szyld Psycho. Nie wiedziałam, że zaszłam aż tutaj. Psycho, jako jeden z nielicznych lokali tego typu, nie znajdował się na Sunset Strip, a raczej na obrzeżach, niedaleko Santa Monica. Nie zastanawiając się ani chwili, ruszyłam w tamtym kierunku, będąc niemal stuprocentowo pewna, iż go tam zastanę. Przeczesałam palcami pełne kołtunów włosy, które dodatkowo rozwiewał delikatny powiew wiatru. Miałam szczęście, dosłownie pół godziny temu otworzono klub. Pociągnęłam za sporych rozmiarów klamkę, która na początku nie chciała współpracować. Musiałam użyć więcej siły, która ostatnimi czasy rzadko mi towarzyszyła. W końcu dostałam się do środka. Jak zwykle panował tutaj półmrok, a jedynie niewielkie lampki emitowały smugi światła. Z głośników wydobywały się dźwięki jakiejś smętnej melodii, która idealnie oddawała nastrój. Oprócz barmana, który przecierał szklanki i nie reagował na moją obecność, w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba – on…

   Podeszłam bliżej stolika, przy którym siedział. Palił papierosa, którego od czasu do czasu strzepywał o szklane krawędzie popielniczki. Obok jego łokcia stała szklanka wypełniona bursztynowym trunkiem – zapewne whiskey. Ostrożnie usiadłam naprzeciwko, czekając aż zwróci na mnie uwagę. Mężczyzna po chwili podniósł swój nieobecny i zarazem zmęczony wzrok, następnie zatrzymując go na mojej osobie. Poczułam dziwne ciarki, których od dawna nie doświadczałam. Zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, pomimo że dawały mi swoistą ochronę, ukrycie. Odłożyłam je na blat, jednocześnie starając się nie patrzeć mu prosto w oczy. Następnie wyjęłam z torebki plik banknotów, które rzuciłam na stół, prosto pod jego ręce. Dopiero teraz uraczyłam go spojrzeniem, czując bijący od niego chłód. Spojrzał krótko na pieniądze, po czym z zapytaniem znowu popatrzył na mnie.

     – Nie rozumiem. – Pokręcił głową, jednocześnie strzepując papierosa. – Jesteś mi coś winna, chcesz coś kupić?

   Biłam się z myślami, bezustannie zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze postępuję. Tak długo z tym walczyłam tylko po to, żeby teraz ot tak wrócić do marnego początku. Chciałam tego? Oczywiście, że tak. Czułam, jakby to była jedyna droga ratunku, pomocy. Sama przestawałam sobie z tym radzić. Potrzebowałam czegoś, co odrobinę by mnie wsparło, ukoiło przenikający ból.

     – Ja nie, ale Lena już tak. Po prostu jestem dobrą przyjaciółką i chcę jej pomóc – oznajmiłam dosyć chłodno.

   Ben nadal patrzył na mnie nieufnie. Zgasił niedopałka, wyrzucając go do popielniczki. Przejechał dłonią po żuchwie pokrytej niewielkim zarostem. Obniżył wzrok, zabierając się przy tym za liczenie pieniędzy. Denerwowałam się, chociaż on zachowywał spokój. Przygryzałam dolną wargę, niecierpliwie czekając, aż skończy.

     – Trochę tego za dużo – rzucił po chwili, popijając alkohol.

     – Wiem. Chcę skorzystać z okazji i coś u ciebie zakupić.

   Nie wiedziałam, czego tak naprawdę chciałam. Pod stołem bawiłam się palcami tylko po to, żeby cokolwiek z nimi zrobić. Bałam się ponownego upadku, aczkolwiek z drugiej strony, nie mogłam już dłużej tak funkcjonować. Powoli Valium przestawało wystarczać.

   Wyglądał na zdziwionego. Nigdy wcześniej nie kupowałam niczego u niego. Nic nie mówił przez chwilę, zapewne nad czymś się zastanawiając. Przynajmniej wydawał się być zamyślony.

     – Chcesz coś do picia? – zapytał, jakby wytrącony z transu.

     – Poproszę sok jabłkowy.

   Ostatnio wlewałam w siebie zbyt duże ilość toksycznego alkoholu. Do teraz miałam niewielkiego kaca, który zresztą nękał mnie niemal codziennie. W końcu musiałam zrobić sobie niewielki detoks, żeby zregenerować resztki sił, które mi pozostały.

   Chłopak podniósł rękę do góry i zamówił dla mnie wspomniany napój. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy barman przyniósł szklankę z sokiem. Niemal na raz wypiłam połowę jej zawartości, odrobinę zwalczając pragnienie.

     – Lubię robić interesy, ale z zaufanymi osobami, a ciebie nie znam – powiedział, odpalając kolejnego papierosa. – Możesz mi przypomnieć, jak się nazywasz?

     – Vicky – oznajmiłam bez chwili namysłu. – Ta od Gunsów – dodałam już mniej pewnie.
 
   Jego wyraz twarzy od razu zmienił się na mniej podejrzliwy, a co za tym idzie, bardziej przyjazny. Uśmiechnął się delikatnie, wypuszczając przy tym siwy dym, który wypełnił przestrzeń pomiędzy nami. Pomimo że byłam czynnym palaczem, zakaszlałam kilka razy, krzywiąc się przy tym, kiedy toksyczny opar dotarł do moich nozdrzy.

     – Trzeba było tak od razu. Nie spodziewałem się, że to ty jesteś ta Ruda od Eddiego. Nieźle mu naściemniałaś z tą chorobą.

   Prychnęłam ironicznie. Czyżby już wszyscy, którzy dla niego pracowali, słyszeli o mnie? Poza tym skłonienie się do kłamstwa było jedynym wyjściem, jeżeli chciałam zrobić sobie dłuższy urlop. Mój szef respektował jedynie okres albo chorobę. Zwykła chęć ucieczki od rzeczywistości nie przeszłaby.

     – Skąd wiesz, że kłamałam? – Przejechałam palcem wskazującym  po wilgotnych brzegach szklanki. – Może to była tygodniowa niedyspozycja?

   Uśmiechnęłam się zalotnie. Powoli uczyłam się, jak należy się zachowywać, rozmawiać z takimi ludźmi. Musiałam wykorzystywać wszystkie swoje atuty oraz udawać cholernie pewną siebie. Kokietowanie również było mile widziane.

     – Nieważne w co z nim grasz – rzucił, pociągając fajkę. – Mnie to nie dotyczy. Przechodząc do sprawy, czego księżniczka sobie życzy?

   Prychnęłam po raz kolejny, następnie upijając łyka chłodnego napoju. Miałam już po dziurki w nosie tych głupich zdrobnień, których używali niemal wszyscy faceci. Czy oni nie potrafią wymyślić czegoś sensowniejszego?

     – Tego, co wszyscy u ciebie kupują. Coś mocnego na porządne znieczulenie – powiedziałam pewnie, co pewien czas subtelnie unosząc kąciki.

   Grałam, co ostatnio zdarzało mi się coraz częściej. Życie nauczyło mnie, żeby chować strach i cierpienie dla siebie. Im bardziej byłeś wygadany, pewny siebie, a w niektórych momentach nawet chamski tym bardziej liczyłeś się w tym brudnym i chorym towarzystwie. Trzeba było umieć grać w ich gierki i robić interesy, aby przeżyć jeden pieprzony dzień. A on mijał i pojawiał się następny, aż z biegiem czasu musiałeś zobojętnieć, nie przejmować się niczym. Zmieniałam się, pomimo że na początku kompletnie nie miałam o tym pojęcia. Później było tylko za późno…

sobota, 17 września 2016

49. True story


* Ważna notka pod rozdziałem *


   Znajdowałam się w ciemnym pomieszczeniu oświetlanym jedynie przez małą jarzeniową lampkę. Siedziałam przy poniszczonym drewnianym stole. Naprzeciwko znajdowało się krzesło, które zapewne miał zająć mój towarzysz. Tymczasem krążył po pokoju, ogarnięty smugą ciemności. Nie widziałam jego twarzy. Nawet nie domyślałam się, kim mógł być.

     – Gdzie ja jestem? – zapytałam po chwili, odczuwając lekki niepokój.

   Pomieszczenie najwidoczniej było prawie puste, ponieważ  roznosiło się po nim echo.

     – Tam, gdzie twoje miejsce...

   Przełknęłam głośno ślinę. Doskonale znałam właściciela tego głosu. Na samo wspomnienie przeszył mnie dreszcz.

   Dopiero później mogłam dostrzec jego twarz, która nękała mnie niemal co noc. Wysoki blondyn o przenikliwie niebieskich oczach. Kilkudniowy zarost oraz szrama na środku prawego policzka. Właśnie takiego go zapamiętałam.

   Oparł dłonie o blat, po czym usiadł na wcześniej ustawionym krześle. Wlepiał we mnie swoje chłodne spojrzenie, co wprawiało mnie w zakłopotanie.

     – Co ty tutaj robisz? – zapytałam, przerywając ciszę.

   Starałam się zachować opanowanie, chociaż czułam, jak po moich policzkach spływają łzy.

     – Nie pamiętasz, co mi zrobiłaś? – Uśmiechnął się ironicznie.

     – To był wypadek! – niemal wykrzyczałam.

     – Od dawna to planowałaś, co? Chciałaś się mnie pozbyć. Dawałem ci wszystko, a ty tak mi się odpłaciłaś...

     – Przestań!  – wrzasnęłam, jednocześnie pozwalając sobie na płacz. – Traktowałeś mnie jak ścierwo. Cierpiałam. Nadal mam uraz, który pozostanie ze mną na całe życie.

   Nadal patrzył na mnie nieobecnym, a zarazem przenikliwym wzrokiem. Czułam się, jak w jakimś pieprzonym horrorze. Płakałam, błagając, aby to wreszcie się skończyło.

     – Udajesz delikatną i wrażliwą dziewczynkę, a tak naprawdę jesteś zimną suką. Nie zawsze byłem wobec ciebie szarmancki, ale w jaki sposób mi się odpłaciłaś, przekroczył wszelkie granice. Fajnie było? Poczułaś później ulgę?

     – Tak – mruknęłam, wykładając ręce na stole.

   Zaśmiał się ironicznie. Był nad wyraz opanowany, podczas gdy ja ukazywała swoją słabość, bezsilność. Próbowałam się stamtąd wydostać, uciec, aczkolwiek nie mogłam. Jakby coś mnie trzymało albo ktoś przymocował mnie do krzesła.
   
     – Przynajmniej jesteś szczera. Taka niepokaźna, a w głębi zimna jak lód. Dziwne, że twoi przyjaciele jeszcze cię nie opuścili.

     – Przestań – błagałam.

     – Co, próbujesz brać mnie na litość? Nigdy ci to nie wyjdzie, słonko. Powinnaś cierpieć i to bardzo. Zasługujesz na to.

   Jego spokój dodatkowo wytrącał mnie z równowagi. Chciałam, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.

     – James, proszę...

     – Słonko, to już koniec.

   Zmarszczyłam czoło. Nie rozumiałam jego słów. Bacznie przyglądałam się jego ruchom. Powoli wyciągał coś z szuflady, która podczas wysuwania niemiłosiernie skrzypiała.

     – O co ci chodzi? – zapytałam niespokojna. Czułam, jak serce biło mi coraz mocniej.

     – Powinnaś odpokutować. Dobrze ci radzę. Najpierw trochę pocierpisz, aby później móc wszystko zacząć od początku. Chociaż i tak uważam, że się nie zmienisz. Zimne suki tak mają.

   Otworzyłam szeroko oczy. Mężczyzna wyjął niewielkich rozmiarów pistolet, który następnie przeładował. Niespokojnie oddychałam, próbując cokolwiek powiedzieć.

     – Chyba nie zamierzasz mnie zamordować? James, przecież ja cię naprawdę kochałam, do samego końca. To był wypadek, ja nie chciałam. Naprawdę... – Mój głos wypełniony był obawą, a jednocześnie odrobinę się przerywał.

     – Słonko, ty nigdy nikogo nie pokochasz. Biedny Axl. Robisz mu złudne nadzieję, a później i tak pokażesz mu swoją drugą stronę. Szkoda chłopaka. Taka prawda, krzywdzisz wszystkich wokół.

     – Nieprawda – wyszeptałam niespokojnie.

     – Do zobaczenia, Vicky. Kurde, a ja cię naprawdę kochałem i byłem w stanie wiele dla ciebie poświęcić.

   Uniosłam ręce do góry. Miałam ochotę krzyczeć, ale jakby coś odebrało mi głos. Pokręciłam głową w momencie, kiedy mężczyzna wycelowywał pistolet. Otworzyłam usta, czując słony smak łez, które potokami wylewały się z moich oczu. Czułam, że to już koniec. Nacisnął spust, a pocisk wyleciał z lufy...

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

48. Give yourself a chance

   
 
   Siedziałam przy dębowym kuchennym stole i jadłam jogurt truskawkowy, który był moim śniadaniem. Nie spieszyłam się zbytnio, ponieważ oprócz lekcji z Jackiem nie miałam żadnych planów na dzisiaj.

   Od ostatniej rozmowy z Chrisem nie utrzymywałam z nim kontaktów. Czułam dziwne poczucie winy, które nie pozwalało mi nawet spojrzeć mu w oczy. Z tego powodu od jakichś dwóch tygodni pomieszkiwałam w Hell House, z czego wszyscy czerpaliśmy korzyści. Chłopaki mieli darmowe posiłki i porządek, a ja dach nad głową.

   Przeglądałam starą, pożółkłą gazetę, którą Gunsi kupili z dobry rok temu, kiedy do pomieszczenia weszła Lena. Wyglądała na jeszcze odrobinę zaspaną, o czym świadczyły jej rozmierzwione włosy i granatowa piżama. Wyjęła z szafki turkusowy kubek, ziewając przy tym przeciągle, po czym nalała do niego czarnej, aromatycznej kawy.

     – Chcesz? – zapytała, odwracając się w moim kierunku.

   Pokręciłam głową. Już wcześniej wypiłam sporą porcję tego zbawiennego naparu. Odłożyłam gazetę na bok, skupiając swoją uwagę na dziewczynie, która zajęła miejsce naprzeciwko mnie. W porcelanowych dłoniach trzymała kubek, dmuchając w celu ostudzenia gorącego napoju. Nadal wyglądała jak żywy kościotrup.

     – Zjesz coś? – zapytałam z troską. Naprawdę się o nią martwiłam.

     – Nie, dziękuję – odmówiła, zdobywając się nawet na znikomy uśmiech.

     – Musisz coś jeść. – Spojrzałam na nią wymownie. – Nie możesz głodować.

   Odłożyła naczynie na stół i zaśmiała się, chociaż widać było, że wiele ją to kosztowało.

czwartek, 11 sierpnia 2016

NOTATKA INFORMACYJNA [BARDZO WAŻNE]

 EDIT

Wprowadzam poniższe zmiany, przez co mogą pojawić się drobne niezgodności, ale postaram się wszystko dzisiaj zaktualizować. Poprawki rozdziałów dokonam w najbliższym czasie, o czym Was poinformuję ;) 




Znowu przychodzę do Was z takim trochę pogadankowo/informacyjnym postem. Mianowicie zastanawiam się nad pewnego rodzaju zmianami (w sumie to nawet w życiu prywatnym je planuję, ale o tym nie tutaj).
Kiedy zaczynałam pisać to opowiadanie, podeszłam do tego dosyć spontanicznie, co teraz odrobinę mi przeszkadza. Początkowe rozdziały kompletnie mnie nie zadowalają, więc coraz bardziej zastanawiam się na napisaniem ich jeszcze raz (oczywiście nie zamierzam przez to zbytnio wpływać na fabułę). Co o tym sądzicie, bo mi się wydaję, że to byłby jak najbardziej przydatny zabieg.
Po drugie, zastanawiałam się nad zmianą imienia głównej bohaterki. Nie wiem, czy to do końca dobry pomysł, ponieważ w pewnym stopniu przyzwyczailiście się do niego. Aczkolwiek nie do końca podoba mi się i chyba to była zbyt pochopna decyzja. Za bardzo kojarzy mi się z Bellą ze Zmierzchu xd W ogóle na początku pisałam trochę zainspirowana tym filmem, ale teraz żałuję 😂
Czekam na Wasze opinie😉 Zamieszczę tego posta również na facebooku i wattpadzie, aby więcej osób mogło się wypowiedzieć.
Rozdział, a może nawet dwa ukażą się w najbliższym czasie 😉 Gdybym zdecydowała się na zmiany, nadal będę starała się pisać na bieżąco.
Trzymajcie się, robaczki 😘

piątek, 29 lipca 2016

47. I want to be close to you




      – Mogłabyś mi podać popielniczkę?
    Z konsternacji wyrwało mnie pytanie nieznanego mi mężczyzny. Trwając jeszcze w zamyśleniu, podałam mu pożądaną rzecz. Uśmiechnął się przyjaźnie w geście podziękowania i odszedł, pozostawiając mnie pośród grupki ludzi, których nie znałam.
    Od kilku dni zastanawiałam się nad swoją przyszłością i jak do tej pory nic nie wymyśliłam. Wydawała mi się wielką niewiadomą, którą nijak nie wiedziałam, w jaki sposób poznać. Chyba dopiero teraz powoli dochodziły do mnie słowa Chrisa, nad którymi postanowiłam dłużej pomyśleć. Skończyło się na tym, że nie zamierzałam, a raczej nie chciałam zmieniać swojego zachowania, ani trybu życia. Było mi z nim dobrze, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie.
    Zabrałam ze sobą butelkę z tanim winem i usiadłam w kącie salonu. Napawałam się samotnością, która w tym momencie stanowiła dla mnie swoistą harmonię. Gunsi zaprosili na imprezę sylwestrową połowę osiedla, która miała za zadanie gwarantować udaną zabawę. Dla mnie jednak obecność tych wszystkich ludzi nie robiła różnicy. Po prostu przyglądałam się im, jednocześnie delektując się lekko wytrawnym smakiem burgundowego trunku.

sobota, 23 lipca 2016

46. We can't be together



      – Zaprosisz mnie do środka, czy tak będziemy stać na werandzie?
   Z rozmyślań wytrącił mnie jego spokojny, aczkolwiek przepełniony niecierpliwością głos. Otrząsnęłam się i próbowałam podjąć jakąkolwiek racjonalną decyzję. Jedno było pewne. Musieliśmy porozmawiać.
     – Jasne – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się niemrawo, po czym otworzyłam szerzej drzwi.
   Chris ostrożnie wszedł do środka, uprzednio podając mi kwiaty. Odruchowo zaciągnęłam się ich zapachem, jednakże tym razem nie odczułam tej samej radości, wywołanej zwykłą wonią róż. Mężczyzna w tym czasie uważnie rozglądał się po pomieszczeniu, dokładnie analizując każdy jego fragment, każdą osobę, która się w nim znajdowała. W pewnym momencie jego wzrok zatrzymał się na rudowłosej postaci, która popijając whiskey, posyłała nam palące spojrzenie. Odruchowo złapałam Chrisa za nadgarstek i skierowałam się w stronę schodów. Tylko na górze mogliśmy znaleźć jakieś ciche i ustronne miejsce. Nadal odczuwałam na sobie jego wzrok, którym próbował mnie wypalić. Czułam się nieprzyjemnie i to nie tylko z tego powodu. Po raz kolejny musiałam zmierzyć się z własnymi uczuciami wobec Pittmana, co nie należało do najłatwiejszych.
   Zanim zupełnie zniknęliśmy z pola widzenia innych, zwróciłam się do Lily, jakby w tym momencie była jedyną osobą, której ufałam:
      – Zajmij się tym.
   Podałam jej bukiet, na co dziewczyna na początku zareagowała zdziwieniem. Dopiero po chwili subtelnie się uśmiechnęła i poszła w kierunku kuchni, zapewne w celu znalezienia czegoś, co mogłoby służyć jako wazon.
   Kiedy znaleźliśmy się w moim starym pokoju, dokładnie zamknęłam drzwi na mały metalowy kluczyk, którego od bardzo dawna nikt nie używał. Po prostu nie było potrzeby. Zaczęłam nerwowo chodzić po pomieszczeniu, jednocześnie tocząc bój z myślami, które zalewały mi głowę, podczas gdy Chris najspokojniej w świecie siedział na skraju łóżka i zatapiał we mnie swoje przenikające, a zarazem przyjemne spojrzenie. Panowała niezręczna cisza, której nijak nie umiałam przerwać. Mój towarzysz chyba to wyczuł, ponieważ zdecydował się rozpocząć naszą rozmowę.

poniedziałek, 18 lipca 2016

45. Merry Christmas

 

   Nawet się nie obejrzałam, a już nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie dzień. Moje pierwsze święta spędzone z chłopakami. Z tej okazji zaplanowaliśmy małą, kameralną imprezę. To było aż do nich niepodobne, ale chyba woleli spędzić ten czas w gronie najbliższych.
   Od samego rana zobowiązałam się pomóc w przygotowaniach Hell House na tę okazję. Pracy było dużo, ponieważ oni rzadko kiedy tutaj sprzątali. Na szczęście udało mi się zwerbować Lenę, która jak już sobie władowała była nawet pomocna. Zmywałam podłogi, podczas gdy ona zajmowała się ścieraniem kurzu z mebli, których swoją drogą nie mieli nie wiadomo ilu. Nawet Slash zaoferował swoją pomoc przy wynoszeniu pustych butelek, które walały się dosłownie wszędzie. Duff i Izzy  z kolei pojechali na zakupy. Oby tylko nie kupili zapasu papieru toaletowego zamiast dobrego alkoholu. A nie, takie rzeczy to tylko ze Stevenem, który wyszedł, aby spotkać się z Lily. Swoją drogą, moje przekonania się potwierdziły i dziewczyna faktycznie była byłą współlokatorką Fiodorow i Pittmana. Z wielką chęcią chciałam ją poznać, pomimo że podchodziłam do niej raczej sceptycznie.
   Axla raczej nie widywałam od tamtego incydentu, więc i teraz nie miałam pojęcia, gdzie się znajdował. Zapewne udał się do klubu albo w jedno z tych swoich miejsc. Zbytnio się tym nie przejmowałam. Może wynikało to z tego, iż już  praktycznie mi na nim nie zależało. 
   Właśnie kończyłam wyrzynać szmatę i zostało mi dosłownie kilka metrów podłogi w salonie, kiedy otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszli nie kto inny, jak Izzy i Duff. Ten pierwszy niósł kilka reklamówek, które były wypełnione po brzegi, natomiast basista schował coś za plecami.
     – Ej, ja tu sprzątam! – krzyknęłam oburzona, zauważając ich buty, które oblepione były błotem.
     – Ooo, hej Vicky Świetnie wyglądasz. Robiłaś coś z włosami? – odezwał się Duff, który cały czas szczerząc się, przemierzał pomieszczenie, pozostawiając po sobie ślady.
   Popatrzyłam na niego z politowaniem. Miałam na sobie czarne dresy i malinową bokserkę. Byłam niepomalowana, a włosy związałam w niechlujnego koczka, tylko po to, żeby mi nie przeszkadzały. Wyglądałam jak siedem nieszczęść, a on próbował mi wmówić, że wcale tak nie było.
     – A co tam masz? – zapytałam, wskazując palcem na jego ręce.
     – A nic – odpowiedział nienaturalnie wysokim głosem.
   Zaśmiałam się. Basista nie potrafił ukrywać pewnych rzeczy. Podejrzewam, że z kłamaniem wychodziło mu podobnie. Przyglądałam mu się z najmniejszą dokładnością. Próbował powoli wycofywać się w stronę kuchni, uważając, żebym przypadkiem nie zobaczyła, co niesie. Niestety chyba dzisiaj nie był jego dzień, ponieważ będąc w okolicy schodów, potknął się o leżącego nieopodal kota i już po chwili miał dosyć nieprzyjemne spotkanie z podłogą.
       – Aua – odparł, leżąc na plecach i oglądając niezbyt czysty sufit. – Swoją drogą, strasznie dużo tutaj much.
      – Duff, gdzie jest Puszek? – zapytałam lekko zdenerwowana. Steven by nam nie darował, gdyby temu zwierzęciu stała się jakakolwiek krzywda.
      – Nie wiem. Na pewno nie jest pode mną.
   Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oprócz świeżych plam na dopiero co pozmywanej podłodze, dostrzegłam małą choinkę, która leżała obok blondyna, który swoją drogą wyglądał, jakby zaraz miał umrzeć.
     – Chyba aż tak źle nie jest, co? – zapytałam i spojrzałam na niego wymownym wzrokiem.
     – No wiesz, przyjemnym masażem nie pogardzę – starał się pokazać swój urok osobisty, aczkolwiek niezbyt mu to wyszło, ponieważ po chwili się roześmiał.
   Pokręciłam głową i rzuciłam w jego stronę poduszkę, która o dziwo znajdowała się na kanapie. Zapewne, któryś z chłopaków nie był w stanie wejść na górę i po prostu zasnął tam, gdzie był.
     – A to za co? – zapytał z udawanym oburzeniem.
     – Sama nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Za żywota, chociaż to miłe, że kupiłeś choinkę, pomimo że nie mamy łańcuchów, gwiazd i bombek – posłałam mu sztuczny uśmiech. – Lecz za poświęcenie swoich ostatnich centów na miłą atmosferę, a nie butelkę wódki, pomogę ci wstać – oznajmiłam i podałam mu rękę, którą złapał.
   Na całe szczęście wstał o własnych siłach, a ja służyłam mu tylko za podporę. Nie wyobrażałam sobie podnoszenia go, ważył chyba ze sto osiemdziesiąt funtów. Założyłam za ucho zwisający kosmyk i spojrzałam na niego, oczekując decyzji, co dalej robimy.
     – Co wy robicie? – usłyszałam zdziwiony głos Izzy’ego, który po wypakowaniu wszystkich zakupów, zaszczycił nas swoją obecnością.
     – Szukamy kota – odpowiedziałam obojętnie.
     – Siedzi na schodach – poinformował nas, jakby to była jakaś oczywistość.
   Kątem oka zerknęłam w wyznaczonym kierunku. Rzeczywiście na jednym z ostatnich schodów, znajdowała się mała, czarna kulka, która była łudząco podobna do Puszka. Więc tu się ukrył! Na całe szczęście, bo nie wiem, jaką bajeczkę musiałabym wcisnąć Adlerowi.
     – Faktycznie – oznajmiłam, uśmiechając się szeroko.